(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Zmarli

Pomysł, żeby bać się zmarłych, wydaje mi się dość ekscentryczny.

I to nawet nie chodzi o to, że nie wierzę w duchy. To znaczy, nie wierzę, ale płytka jest ta moja niewiara. Na przykład w seansie spirytystycznym nigdy bym nie wziął udziału. A jak bym wziął, to istnieje ryzyko, że ze strachu zsikałbym się pod ten stolik z tym talerzykiem. Przy czym nawet w trakcie nie miałbym żadnych wątpliwości, że duchy nie istnieją. Bo to jak z horrorem oglądanym nocą w pustym mieszkaniu: wiesz, że to tylko film, ale i tak się boisz. A jak następnego ranka ładna pani w serwisie informacyjnym mówi ładnym głosem rzeczy nie tylko straszne, ale i prawdziwe, to nawet ci powieka nie drgnie.

Ludzki mózg działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

Ale ten wpis nie jest o tym, jak mózg działa, tylko o sytuacji, w której już nie działa, bo razem z resztą człowieka ulega właśnie biodegradacji sześć stóp pod ziemią. A konkretnie o tym, że ja nie bardzo rozumiem, skąd się wziął obecny w wielu (we wszystkich?) kulturach lęk przed tym, że jak już pradziadka zakopiemy, to pewnej nocy pradziadek wstanie i do nas przyjdzie. Lęk, który przez wieki kazał nam zostawiać pradziadkowi jadło i napitek, żeby się obżarł, rozleniwił i nie miał już ochoty ruszać duszy do wsi. Lęk, który kazał sadzić wokół cmentarza kolczaste drzewa i krzewy, przez które pradziadek się nie przedrze (widać wstać z grobu to jedno, a trafić do furtki – drugie). Lęk, który pierwotnie zainspirował nas do tego całego palenia świeczek na grobie, żeby światło zniechęcało pradziadka do nocnych wycieczek poza mogiłę.

No, a ja się pytam: czego tu się lękać? Dlaczego pradziadek miałby nam zrobić coś złego? Przecież my potomkowie jego ukochani. No, wyobraźcie sobie, że umieracie, a na świecie zostają wasze dzieci, żona, zięciowie, wnuki. I akurat jest pełnia, więc dostajecie przepustkę i na parę godzin możecie wyskoczyć do domu. I co? Będziecie swoim bliskim brzękać łańcuchami albo garnki z półek zrzucać? No chyba, kurwa, nie.

A jakiś duch obcy, niepradziadkowy, to po co miałby do was przyłazić? Za życia nie bywał, to po śmierci będzie się narzucał? No bez sensu pomysł. Jedyny przypadek, kiedy jakoś tam rozumiem lęk przed nachodzeniem przez nieboszczyka, to sytuacja, kiedy za życia doznał on od nas jakiejś krzywdy. Czy wręcz nawet troszkę pomogliśmy mu tym nieboszczykiem zostać. To już zupełnie inna para trupięgów! Tu rozumiem, sumienie męczy, strasznie obrazy podpowiada. Słusznie, poniekąd.

Sumienie działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

Ale ponieważ nie wydaje mi się, żebym miał kosę z którymkolwiek ze zmarłych, to czuję się w ich obecności całkiem dobrze. Dlatego najchętniej chadzam na cmentarz po zmroku, kiedy żywi nie plączą się między grobami i nie zakłócają spokoju. W ogóle najbardziej lubię cmentarze za ten spokój. Idę sobie alejkami i, jeśli jeszcze całkiem ciemno nie jest, czytam inskrypcje na płytach.

Żyła lat 71, pogrążeni w żalu mąż, córka i wnuki

Zginął w Niemczech (daty nie ma, widać łobuzy od historii nie podały)

Anielka. Ur. 11 V 1967, zm. 16 V 1967

I tak dalej.

Tyle tam żyć różnych, tyle historii, emocji, szczęścia i tragedii. I wszystko już nieaktualne. Wszyscy sobie teraz leżą tak samo. Bogaci i biedni, ładni i brzydcy, sympatyczni i gburowaci.

Podobno to dla niektórych ludzi przygnębiające. Dla mnie wręcz przeciwnie. Mnie to uspokaja. Kiedy tak idę między grobami, to czuję się trochę, jakbym patrzył na śpiące dzieci w żłobku. Biegały, hasały, kaszką pluły, klockami się napierdalały, a teraz leżą i śpią, aniołki kochane.

Ten tutaj cały dzień skakał, rozrabiał i powtarzał zasłyszane od starszego brata brzydkie słowo. A teraz śpi. Ta obok tak strasznie płakała za mamą, że nawet zupki nie tknęła. A teraz śpi. Ta wierzgała, rzucała się, do łóżka nie dawała się zagonić, zaklinała się, że nie chce jej się spać. A teraz śpi. A ten był już taki zmęczony, że nie miał siły walczyć, sam się ułożył na poduni. I śpi.

Wszystkie śpią, aniołki.

zmarli

Ratownik

– Co tam dzisiaj było w przedszkolu, córeczko?
Pokój wygląda jak chlew po tornadzie, syn jeździ samochodzikiem po talerzu, całe żarcie już dawno wystygło, a kot próbuje mi podpierdzielić mięso z widelca. Ale chuj z tym, jest biesiada, jest small talk.
– Przyszedł pan ratownik!
– Taki co jeździ karetką?
No bo przecież nie wodny. Raczej aż tyle nie płacimy na tę Radę Rodziców, żeby przedszkole mogło basen w piwnicy pierdolnąć. Chyba, że oni uczęszczają chyłkiem na jakąś pływalnię, a ja znowu przegapiłem ogłoszenie w szatni i nie wyposażyłem dziecka w czepek, kostium z Elsą i klapki… Cholera.
– Nieee… Taki inny… Taki… Eeee…
Okej, czyli basenu nie ma. Alarm odwołany. No dobra, to niech ona teraz poszuka odpowiedniego słowa, a ja spróbuję nafutrować to drugie.
– Jedz synku mięsko. Nie sam makaron.
– Nie e am-am! Nie e am-am!
To nie jedz! W ogóle, jak ci tak wszystko nie pasuje, to się wyprowadź, zaciągnij na jakiś okręt i żryj śledzie z beczki.
– To może ogórka?
– Tata, ten pan miał, zobacz, miał tutaj…
Na piersi.
– …taką odznakę z orzełkiem…
Urzędnik stanu cywilnego?
– …i syrenki tu na rękawach.
Czyli albo wydziarany recydywista, albo…
– To może to był strażnik miejski?
– Tak! I uczył nas o bezpieczeństwie.
– Świetnie! O tym, jak przechodzić przez ulicę?
– Nie.
No to o czym, kurwa? Jak ochronić się przed zagładą jądrową, zakładając żółte blokady na koła?
– No, mówił… No, na przykład jest taka sytuacja: rodzice wyszli po zakupy i zostawili nas w domu…
Aha, czyli o tym, żeby nie wpuszczać obcych. Słusznie. Ale tu na razie nie ma stresu, bo młoda nie sięga jeszcze do zasuwki. Może sobie najwyżej z jehowymi przez domofon pogadać. Swoją drogą może warto zorganizować taką ustawkę? #słuchałbym #żarłbympopcorn.
– …samych w domu. Z wujkiem.
Uuuuu, to widzę z grubej rury! Będzie o złym dotyku, jak nic! Dobra, ostrożnie.
– No i co ten wujek?
– No i patrzymy, a ten wujek leży i się nie rusza.
Co, kurwa?!?!
– Eee, leży?
– Tak! Leży nieprzytomny i trzeba sprawdzić, czy oddycha…
O kraju mój wódką i winem płynący! Co twa pięcioletnia córa wiedzieć winna o bezpieczeństwie? Proste: jak zbierać nieprzytomnego wujka z podłogi. Dziękuję, kurtyna.
– …i sprawdza się tak, że tak robisz głowę i tu patrzysz. A potem, tak składasz ręce i mocno naciskasz na serce. I trzeba wezwać pomoc.
A może to i dobrze, że się tego uczą? Cholera wie, kiedy przy nich dostanę zawału. Taka wiedza będzie wtedy jak znalazł.
– Synku, nie wylewaj picia na kota!
Nie no, serio, jak ja byłem w jej wieku, to strażnicy miejscy do przedszkola nie przychodzili, tylko malowaliśmy obrazki na Dzień Milicjanta. A teraz okazuje się, że pan strażnik przyniósł nawet fantoma, na którym dzieci mogły poćwiczyć reanimację wujka. Fantom był elektroniczny i gadał, więc normalnie prawie R2D2.
– I na koniec pan powiedział, że się niedługo znowu zobaczymy.
– O, to ciekawe, o czym będzie następnym razem.
– Ja wiem, co będzie następnym razem! Powiedział, że podzieli nas na grupy i będziemy coś robić. Jakieś rzeczy.
OK, to jesteśmy umówieni.

Ogłoszenie

Artykuły z “Internetowego Merkuriusza Stegien-Północ”, które zacząłem udostępniać na swoim prywatnym profilu na Facebooku, podobają mi się tak bardzo, że postanowiłem podzielić się nimi z szerszym gronem odbiorców. Od dzisiaj “Merkuriusza” będzie można czytać również na facebookowym profilu Kompostowni. Kto jeszcze nie polajkował, ten trąba.

Czemu nie śpię

Miałem kiedyś jako zdjęcie w tle na FB ustawioną grafikę z napisem “Droga trzecio nad ranem, musimy przestać widywać się w ten sposób. Zdecydowanie wolałbym z tobą sypiać”. Ale oczywiście na deklaracjach się skończyło i nadal zbyt często widujemy się przy biurku. Na przykład w ciągu ostatnich paru lat tylko raz się zdarzyło, żeby komputer przestawił się z czasu zimowego na letni (albo z powrotem) pod moją nieobecność.
Lubię myśleć, że to dlatego, że w dzień jestem ojcem, a w nocy freelancerem. Ale to w najlepszym wypadku tylko część prawdy. Pozostałą część dobrze ilustruje poniższa historia.
Noc ciemna, noc głucha, ewidentnie pora spać. Niechętnie wstaję od komputera i zaczynam dreptać w stronę łazienki. Wpół dreptu kątem oka dostrzegam dziwne błyski w oddali za oknem. Dziwne, bo nieregularne. Raz dłuższe, raz krótsze, z większymi lub mniejszymi przerwami pomiędzy. Zupełnie jakby ktoś nadawał morsem. Błyska się w jednym z okien bloku oddalonego o jakieś 300 m, więc szczegółów nie widać. (Nasze osiedle zbudowano w latach 70., kiedy królowała inna filozofia zagospodarowania przestrzennego, dzięki czemu z okna można sięgnąć wzrokiem dalej niż o rzut słoikiem). Wyciągam tedy lornetkę, którą przezornie zawsze trzymam w szufladzie biurka i, z braku atrakcyjnych sąsiadek przebierających się przy zapalonym świetle, używam do oglądania wron. Ogniskuję soczewki na migającym punkcie i ustalam niezbicie, że to zepsuta świetlówka.
No i OK. Świetlówka się zepsuła i nadaje morsem. Przypuszczam, że większość w miarę normalnych osób idzie w tym momencie umyć zęby i spać. Bo te całkiem normalne to śpią już od 3 godzin.
Ale, kurwa, nie ja. Ja wyciągam tabelę kodu i sprawdzam, co ta świetlówka nadaje. Powtórzmy to sobie jeszcze raz: wiem, że to świetlówka, wiem, że nie nadaje nic, ale i tak, zamiast iść spać, sprawdzam. Jeśli kogoś interesuje wynik, to komunikuję, że wiadomość nie miała żadnego sensu i była w niej nadużywana litera “T”.
Przed snem nagrywam jeszcze telefonem film dokumentalny, który zamieszczam poniżej. Nie zarejestrowały się na nim krótsze rozbłyski świetlówki (w centrum kadru), ale za to pojawiają się inne ładne efekty wizualne w postaci zapalających się i gasnących rzędów świateł po bokach (to okna klatek schodowych zasłaniane i odsłaniane przez poruszane wiatrem gałęzie).
I sumie film ten byłby swego rodzaju pomnikiem mojej żenującej walki z własnym cyklem okołodobowym, gdyby nie to, że podłożyłem pod niego muzykę. Z dobrą muzyką wszystko wydaje się wspaniałą przygodą i wzbogacającym duchowo nocnym przeżyciem.



PS. Na potrzeby tego posta zostałem jutuberem i dumam, jak to w przyszłości wykorzystać ku Waszej i mojej uciesze.

Dzidzia

– Mam prawo nienawidzić, kogo chcę. – oświadczył z dumą koleś w nocnym, kiedy młody człowiek z dredami przepasanymi niebieską chustką grzecznie zwrócił mu uwagę, że piosenka “Jebać brudasa / jebać rastafarianina / w niebieskiej chusteczce / chodzi dziewczyna” jest dla niego jednak trochę obraźliwa. I wcale nie był, ten nienawidzący, taki znów młody, tak bardzo pijany ani taki łysy, jak można by przypuszczać na podstawie samego opisu zdarzenia. Suchy opis nie odda też tonu, którym to powiedział. Brzmiało to jak “mój dziadek zginął w powstaniu, żeby dzisiaj każdy mógł nienawidzić, kogo chce!”.

Dla równowagi: rozkosz językowa na naszym placu zabaw dzięki rodzicielstwu multi-kulti. Śródziemnomorski ojciec łamaną polszczyzną udziela córce informacji zwrotnej, że psieciesz mogla zrobicz dzidzi ksziwde! A wobec jej oporów poznawczych, daje się nieco ponieść emocjom i przechodzi na język ojczysty, uświadamiając dziecku, że kabahatakrampateha dzidzia! Gehdekrhabohekhera dzidzia karakhoutroke! Dzidzia mukurukatakaturokhumuserkh!
I fantazjuję, że może on kiedyś zabierze córkę na wakacje do środziemnomorskich dziadków i przywiezie śródziemnomorskiemu krajowi polskie słowo, którego najwyraźniej tam brakuje. Bo odpowiednik słowa “jebać” to na pewno mają.

Potęga miłości i groza Kosmosu

Przychodzi chłop (w sensie: ja) do lekarza, a lekarz mówi:
– Panie chłopie, ja tu już nie będę pracować, idę na swoje, chodź pan ze mną.
– Dobra, panie lekarzu. – mówię na to ochoczo. – Idziemy.
– Tylko niech pan stąd weźmie, panie chłopie, swoją historię choroby, bo mi jej nie wolno zabierać.

O, fajnie, cieszę się w myślach. Wreszcie się dowiem, co on tam o mnie pisze przy każdej wizycie. Bo może na przykład nic, tylko krzyżówkę rozwiązuje chyłkiem. Ale przy odbiorze papierów okazuje się, że kij tam z krzyżówką, bo w charakterze nieoczekiwanego bonusa dostaję również dokumenty sprzed 17 (!) lat. Wtedy to do tej samej przychodni wysłała mnie komisja wojskowa, żeby fachowcy stwierdzili, czy rzeczywiście nie nadaję się do służby Ojczyźnie tak bardzo, jak twierdzę.

A było to tak.

Wezwanie do Wojskowej Komisji Uzupełnień dostałem jako pierwszy w klasie. Duma bardzo, zabrałem je do szkoły i wszystkim pokazywałem na korytarzu. No bo wiecie, niby ciągle mieszkam z rodzicami i babcia mi gotuje obiadki, a mama pierze skarpety, ale jakby co, to już jestem na tyle dorosły, żeby przelewać krew za Ojczyznę, naftę i bawełnę.

Do wojska jednakowoż jakoś mi się nie spieszyło, więc na komisję wybierałem się z plikiem diagnoz, wyników i zaświadczeń przekonujących o mojej trwałej niezdolności do obrony granic. I nie zrozumcie mnie źle – nic lewego tam nie było. Po prostu, jak mówi stare przysłowie, nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. No i ja właśnie w porę zadbałem o to, żeby mieć wszystkie swoje diagnozy na piśmie. Tak uzbrojony, czekałem.

I oto nachodzi wreszcie dzień, kiedy osłonięty jedynie bokserkami i teczką pełną zaświadczeń lekarskich, wchodzę na komisję.

A tam na dzień dobry – fortepian.

O, kurwa.

Niby dla niepoznaki przykryty jakimś materiałem, no ale umiem odróżnić fortepian od czołgu nawet w kamuflażu bojowym. Trzy nogi są, gąsienic nie ma. What the fuck? – zapytałbym siebie w myślach, gdyby młodzież wtedy tak mówiła. (Jeszcze nie mówiła, więc zdumiałem się w myślach po polsku). To będą mnie do orkiestry wojskowej przesłuchiwać?
Ale nie. Fortepian jest na sali tylko dlatego, że pomieszczenia, w których stacjonuje komisja, w cywilu należą do domu kultury.

Komisja przystępuje do oględzin. Z przekazów kulturowych znam legendarne “Przodem! Tyłem! Kaszlnąć! Zdrowy!” i jestem ciekaw, czy medycyna wojskowa poczyniła pod tym względem jakieś postępy. Poczyniła. Jest tylko “Przodem! Tyłem! Zdrowy!”, bo wobec przyniesionych przez nas prześwietleń klatki piersiowej “Kaszlnąć!” okazuje się już zbyteczne. Wszystko zatem idzie naprawdę szybko i już mi chcą dawać kategorię “A”, kiedy gwałtownie oponuję, machając swoją teczką pełną papierów.

– No dobra, pokaż, co tam masz. – wzdycha Pan Komisja. Pewnie oficer. W sumie nie wiem.
– Choroba Scheuermanna! – melduję posłusznie i prezentuję zaświadczenie, które wypisał mi mój ortopeda, co to teraz magnez o doskonałej bioretencji w telewizji reklamuje. Dla niewtajemniczonych: Scheuermann to jałowa martwica kości, czyli kifoza młodzieńcza, czyli po prostu garb. Jak ostatnio przeczytałem w Wikipedii, “powoduje zeszpecenie i trwałe ograniczenie sprawności życiowej”. Story of my life.
– Eeeee, tam. – lekceważy jednak moje cierpienie, zeszpecenie i ograniczenie pewnie-oficer. Widać w nowoczesnej armii garb nie przeszkadza. W sumie łatwiej się człowiek mieści w czołgu.
– Skolioza? – próbuję nieco mniej pewnie, podając kolejną kartkę wypisaną przez ortopedę od magnezu.
– Eeee…
No to wyciągam broń ostateczną: nerwica lękowa. Tu już komisja okazuje pewne zainteresowanie. Widać żołnierz polski może być garbaty, ale nerwowy czy, nie daj Bóg, lękliwy – w żadnym razie. Dostaję skierowanie do przychodni, w której sprawdzą, co tam mam pod hełmem.

Do przychodni udaję się na rowerze. Przypominam, że rzecz dzieje się w najtisach, kiedy to rowery kradną na potęgę. Mój jest całkiem, jak na tamte czasy, przyzwoity, więc zabezpieczam go, nie tylko przypinając do nieruchomego elementu krajobrazu, ale też odkręcając koło i biorąc je pod pachę. Stylówy dopełniają krótkie bojówki (mówiłem, że najtisy), w których podczas jazdy na rowerze ciągle rozpina mi się rozporek.

W poczekalni, ku mojemu rozczarowaniu, sami z wyglądu normalni ludzie, poza jedną dziwną panią. Dziwna pani wkrótce okazuje się Panią Psychiatrą i zabiera mnie na badanie, czyli – ku mojemu ponownemu rozczarowaniu – zwykłą rozmowę bez żadnego pokazywania plam atramentowych czy coś. Potem przejmuje mnie młody Pan Psycholog i dopytuje o historię mojego życia.

Pamiętam to koło od roweru, pamiętam, że w trakcie rozmowy dostrzegłem rozpięty rozporek i z wdziękiem go sobie zasunąłem, pamiętam, że w końcu dali mi kategorię “D”, ale nie do końca pamiętam, o czym rozmawialiśmy. A wygląda na to, że mówiliśmy o sprawach absolutnie fundamentalnych. Eros, Tanatos, miejsce człowieka we Wszechświecie, te klimaty. I że mój rozmówca miał niezwykły talent do efektownego protokołowania wypowiedzi pacjentów. W otrzymanej przeze mnie dokumentacji medycznej czytam bowiem:

“Diagnoza: nerwica lękowa. W ’96 zakochał się i twierdzi, że objawy minęły. Obecnie: lęki, np. kiedy rozmyśla nad strukturą Kosmosu”.

Pi-pi-pip

Nie zmyśliłem tego.

Siedzimy sobie w parę osób, coś tam robimy, o czymś rozmawiamy. Ja niby też, ale tylko niby, bo zza tych rozmów i zza tego robienia czegoś dobiega mnie ciche, ale wyraźnie słyszalne pi-pi-pip, pi-pi-pip, pi-pi-pip. Wysoki, piskliwy sygnał mówiący, że jakiś sprzęt elektroniczny potrzebuje, żeby go wyłączyć, przełączyć, coś mu wymienić albo przytulić. Inni w ogóle nie zwracają na to uwagi, ale ja jestem człowiekiem, któremu przeszkadza nawet pisk ładowarki. No, znacie to: akumulatory są już nabite do pełna, ale ładowarka dalej siedzi w gniazdku, więc zaczyna tak cichutko, cieniutko piszczeć. Nie znacie? A mi to nie daje spokoju nawet dwa pokoje dalej. Wmawiam sobie, że to taki dar, jak w “Szóstym zmyśle”. I hear piszczing ładowarkas.

No więc tym razem jest jak każdym innym razem, czyli towarzystwo nie zauważa problemu, a ja już czuję, że nie zaznam spokoju, dopóki nie zlokalizuję źródła tego pi-pi-pip. Zaczynam chodzić po mieszkaniu i szukać. Sprawę trochę utrudnia fakt, że to nie moje mieszkanie. Upewniam się, że nie jest to lodówka ani kuchenka, ani pralka, ani nic przy liczniku prądu. Inni stopniowo odrywają się od swoich rozmów oraz robienia czegoś i przyłączają się do mnie. Ulegam w związku z tym złudzeniu, że oni też słyszą to pi-pi-pi. Ale nie, oni tylko chcą pomóc.

Kiedy mamy sprawdzony już właściwie cały dom (wychynąłem nawet do połowy przez okno, żeby wykluczyć  ewentualny sprzęt nad nim), okazuje się, że pora, żebyśmy wszyscy już szli, bo coś tam. Przez pewien czas jestem tak zaaferowany owym czymś tam, że zapominam o moim pi-pi-pip. Ale kiedy w końcu żegnam się ze wszystkimi i zostaję sam na ulicy, uświadamiam sobie, że pipanie towarzyszyło mi cały czas, również na dworze.

A więc to coś, co mam w plecaku! Zaglądam do środka i sam siebie zaskakuję ilością elektroniki, którą dźwigam. Telefon i zegarek to zrozumiałe, ale pilot do telewizora? Listwa antyprzepięciowa? Wszystko po kolei oglądam i przykładam do ucha, ale za każdym razem przeklęte pi-pi-pip zdaje się rozlegać gdzieś obok. Tuż obok.

Wściekły i zmęczony postanawiam zajść do kolegi, bo akurat blisko jestem. Kolegę zastawam, kolega mnie wpuszcza, u kolegi wywalam wszystko z plecaka i kieszeni i zaczynam sprawdzać od nowa. Pipanie jest coraz głośniejsze. Znowu wszystko przykładam do ucha, próbuję powyłączać, powyjmować baterie, ale nie zawsze się udaje, bo czasem pokrywka jest przykręcona małą śrubką, zwłaszcza w zabawkach dla dzieci. Nawet nie zastanawiam się, po co właściwie taszczyłem ze sobą zabawki dla dzieci, tylko podważam klapkę, wyłamuję ją i wywalam baterie. Pi-pi-pip nie ustaje.

Zniechęcony wstaję znad kupki rozbebeszonych sprzętów, z których żaden nie ma już prawa być źródłem pipania. Kolega spogląda na mnie z troską i wysnuwa nieuchronny wniosek.
– Stary, jeśli wszędzie słyszysz pipanie, a nie pipa nic, co masz przy sobie, to znaczy, że pipa ci w głowie…

No, w sumie trudno się z taką żelazną logiką nie zgodzić. Czyli super, mam omamy słuchowe. Z jednej strony fajnie, bo wreszcie znalazłem źródło przeklętego dźwięku, ale z drugiej to jednak przejebane… Różne rzeczy mi się już z mózgiem działy, ale coś takiego… Będę musiał teraz na każdym formularzu medycznym w rubryce “halucynacje” zaznaczać opcję “tak”. Cholera.

Kolega próbuje mnie pocieszać, że to może z przemęczenia, z niedospania, że to minie, ale ja już myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej dostać się do lekarza. Dzisiaj jest czwartek, na piątek na pewno nie uda mi się zapisać, potem weekend, w poniedziałki nie przyjmuje… Czyli najwcześniej we wtorek. Przecież nie będę się tyle dni męczył z tym pieprzonym pi-pi-pip! Żegnam kolegę i pędzę do domu. Może rzeczywiście, jeśli się zrelaksuję, wyśpię… Na razie próbuję jakoś oswoić coraz głośniejsze pipanie. Może jeśli będę nucił jakąś melodię, która będzie miała akcent na pierwsze “pi”, będzie łatwiej wytrzymać? Próbuję dobrać odpowiedni rytm, ale mi się nie udaje.

*      *      *

W końcu, całkiem już wymęczony, budzę się i wyłączam ten jebany budzik, który od 56 minut robi pi-pi-pip.

Odzież z orzełkiem

Tak się zastanawiam – dlaczego ta twoja koszulka ma biało-czerwoną opaskę nadrukowaną na ramieniu?

Nie no, jasne, widzę, że jesteś patriotą. Wielkimi literami masz to na piersi napisane. Ale ja pytam, dlaczego na ramieniu.

Powstańcy? Że niby warszawscy? Ale im te opaski były potrzebne, bo nosili mundury zabrane Niemcom. Jakoś musieli się od nich odróżniać. A ty od kogo chcesz się odróżnić? Mi się takie znakowanie ludzi opaskami kojarzy bardzo niedobrze. Pewnie się interesujesz historią, to sam wiesz, z czym.

szwadrony_polskie

Ja się historią nigdy specjalnie nie interesowałem, licząc na wzajemność. I rzeczywiście, dotychczas się jakoś o mnie nie upominała. Ale widać każde pokolenie ma swój czas i boję się, że nasz właśnie nadchodzi.

Historią się nigdy specjalnie nie interesowałem, ale parę rzeczy ze szkoły udało mi się zapamiętać. Na przykład to, że ona, ta historia, lubi się powtarzać. I obawiam się, że znowu zamierza to zrobić. Nie sama, oczywiście. Wy jej w tym pomożecie.

Jak to, kto? No wy, chłopaki z husarią i żołnierzami wyklętymi na piersi.

Nie złość się. Ja też jestem Polakiem. Ten orzeł, co go masz tam wyhaftowanego, to też mój orzeł. W dowodzie go mam i na pieniądzach go mam. Lubię kupować dzieciom banany za pieniądze z orłem białym. Bo kiedy sam byłem dzieckiem, płaciło się za nie dolarami. Albo bonami.

Pewnie, że nie wiesz, co to takiego. Za młody jesteś. Parę lat temu myślałem, że nigdy się nie dowiesz, że będziesz w euro płacił. Teraz nie jestem już taki pewien.

filcowy-rycerz

No więc obaj mamy tego samego orła, ale ja myślę, że nie gramy w tej samej drużynie. Nad twoim orłem jest napisane “Śmierć zdrajcom ojczyzny”. I ja nie bardzo wiem, kto jest dla ciebie takim zdrajcą, ale mniej więcej wiem, co to jest śmierć. I nie jest to chyba najgorsza rzecz, która może nam się przydarzyć, jeśli się weźmiecie za tych zdrajców.

Ty pewnie o tym nie wiesz, ale myślę, że grasz w jednej drużynie nie ze mną, ale ze wszystkimi innymi chłopakami od orłów i lwów, z chłopakami z całej Europy. Ja wiem, że przynajmniej część z nich to twoi śmiertelni wrogowie. Bo wam się pewnie wydaje, że popychacie świat w zupełnie przeciwnych kierunkach. Ale przypuszczam, że wcześniej czy później, dzięki waszym wspólnym wysiłkom, spotkamy się wszyscy w jednym miejscu. I będzie to cholernie nieprzyjemne miejsce.

Może wtedy twoje dzieci będą mogły już na poważnie nosić te biało-czerwone opaski. Może nie będą już musiały bawić się w paintballa i grupy rekonstrukcyjne. Może dla nich namalowanie na murze kotwicy Polski Walczącej będzie rzeczywiście wymagało odwagi. Kto wie? Może zostaną bohaterami i same kiedyś trafią na jakąś koszulkę?

Może tobie właśnie taka przyszłość się marzy? Bo ja to bym jednak wolał Unię Europejską, święty spokój i wodę w kranie. Może nawet być zimna.

Nie wiem, jak będzie, ale czarno to wszystko widzę. Bo, co prawda, historią nigdy się specjalnie nie interesowałem, ale coś mi tam ze szkoły w głowie zostało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zapomniani uczeni rosyjscy: Ilja Siergiejewicz Ofsajdow

Ilja Siergiejewicz Ofsajdow – wybitny radziecki trener i teoretyk futbolu, ze względu na swoją przebiegłość i zamiłowanie do forteli nazywany Liskiem Chytruskiem Zielonej Murawy. Do historii przeszedł jego najsłynniejszy manewr, tzw. pułapka Ofsajdowa, której celem było uniemożliwienie wrogiemu napastnikowi napaści. Pierwszy raz selekcjoner drużyny Kraju Rad zastosował ją w 1968 r. w meczu przeciwko Holendrom. Na dany w odpowiednim momencie znak sowieccy obrońcy ruszyli w pole, pozostawiając strzelca z Krainy Tulipanów sam na sam z dużą ilością trawy. Zdezorientowany Niderlandczyk wyciągnął z pomarańczowych majtasów bibułkę i zanim piłka do niego doleciała, był już kompletnie spalony. Z Anglikami w 1972 r. Ofsajdow pograł sobie jeszcze podlej. “Wody z czajnika odlej” rzekł cichcem do asystenta, kiedy zbliżał się, tak uroczyście celebrowany przez synów Albionu, five o’clock. Imbryk wyspiarzy pozostawiony jedynie z cienką warstewką życiodajnego płynu na dnie, nie miał szans. Rozległ się cichy gwizd i był spalony. Wraz ze zwęglony saganem, potomkowie króla Artura utracili też ducha bojowego.

A dlaczego w ogóle o tym piszę? Otóż, z powodu, że Garfield. Gruby, pomarańczowy sierściuch stworzony przez Jima Davisa.
Garfielda znam od dziecka i bardzo go wtedy lubiłem. Jako dorosły też czasem do niego zaglądałem, szczególnie w okolicach jego urodzin, które wypadają tuż obok moich. Lubiłem sobie poczytać pojawiające się wtedy na Garfieldowej stronie www paski o starości.
Ale znacznie bardziej od kota lubię jego właściciela, Jona Arbuckle’a. Jako totalna pierdoła na każdej płaszczyźnie, ze szczególnym uwzględnieniem damsko-męskiej, miał on okazję rozmawiać z żywą kobietą niemal wyłącznie podczas wizyt u pani weterynarz, Liz Wilson. Podkochiwał się w niej oczywiście i na wszelkie sposoby starał się z nią umówić. Pierwsze próby podejmował już w 1979, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było. Próbował nadal, kiedy szedłem pierwszy raz do szkoły. A także później, kiedy sam pierwszy raz usiłowałem zwrócić na siebie uwagę atrakcyjnej przedstawicielki płci przeciwnej. I wiele lat później, kiedy pierwszy raz mi się to udało. A kiedy w końcu poznałem swoją przyszłą żonę, on nadal próbował. Jego beznadziejne starania zdobycia serca Liz były dla mnie stałym elementem krajobrazu.
Aż w końcu pewnego dnia, po 27 latach, Jim Davis ulitował się nad swoim bohaterem i sprawił, że Liz odwzajemniła jego uczucia. Od 10 lat są parą*. I powiem Wam, że sam się zdziwiłem, jak bardzo mnie ten fakt ucieszył.

I w zasadzie identycznie mam ze znakomitym występem naszej reprezentacji na ME.Bo nawet jeśli ktoś, tak jak ja, piłką zupełnie się nie interesuje, to mieszkając w tym kraju, musiał być świadkiem trwającego od dziesięcioleci opłakiwania naszej utraconej świetności. A tu nagle, pierwszy raz za mojej pamięci, znowu jesteśmy świetni.

garfield
PS. Nie zmienia to faktu, że wszystko to, co dzieje się wokół piłki (kluby, działacze, sponsorzy, łapówki, teatrzyki faulowe, o kibicach nie wspominając) postrzegam jako straszny syf. I dlatego, na wypadek, gdyby kiedyś moje dzieci miały zainteresować się piłką, rozważam ufundowanie im drużyny, która przynajmniej częścią tych wad ma nie być obciążona. O, tej:
https://polakpotrafi.pl/projekt/klub-sportowy-aks-zly

________________
*I oczywiście mają ciągle tyle samo lat, co w ’79, bo to komiks jest.

Dlaczego warto być poganinem w 2016 r.

W związku z nadchodzącym Świętem Letniego Przesilenia, tradycyjnie poddaję temat pod rozwagę. W tym roku aż:

18 POWODÓW, DLA KTÓRYCH WARTO BYĆ POGANINEM*

1. Nie musisz ciągle wysłuchiwać od ateistów, że wierzysz w coś, co nie istnieje. Czcisz Słońce. Jak ktoś ma wątpliwości, czy Ono istnieje, to pokazujesz palcem. Richard Dawkins może ci naskoczyć.

2. Matka Natura nie ma ci za złe, gdy gapisz się na tyłki płci przeciwnej. Wręcz przeciwnie, cieszy się, że doceniasz, że tak ładnie jej wyszły.

3. Bardzo szybko uczysz się dystansu do tego, co ludzie mówią o twojej wierze. No bo jak powiesz, że świętujesz pełnię Księżyca, to wiadomo, że będą się śmiali. I oczywiście przechodzisz nad tym do porządku dziennego, zamiast pielęgnować urazę swoich uczuć religijnych.

4. Nie masz jednej księgi z odpowiedziami na fundamentalne pytania, więc szukasz w wielu różnych. Koniec końców, pewnie i tak nie znajdziesz, ale jaki będziesz oczytany!

5. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby święte drzewo wyrosło w kształt bazyliki w Licheniu.

6. Zagadnienia teologiczne stają się znacznie bliższe życiu, kiedy w twojej religii Matka jest symbolem płodności, a nie dziewictwa.

7. Politycy i publicyści nie wycierają sobie gęby imionami twoich bogów. A nawet gdyby chcieli, to nie umieliby ich wymówić.

8. Nikt za bardzo nie wie, po czyjej jesteś stronie w sporach antyklerykałów z Kościołem, oświeceniowych racjonalistów z religijnymi fundamentalistami, moherów z lewakami itp., więc każdy może z tobą porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. A że i tak zdarza się to rzadko, to już inna rzecz.

9. Wolno ci jeść wszystko, pod warunkiem, że nie będziesz się czuł pokrzywdzony, jeśli w końcu coś zeżre ciebie.

10. Twoi bogowie nie wypierają się tego, że stworzyli ludzi takimi, jakimi są. Na przykład gejami. Pewnie nawet gdzieś tam w Panteonie jest jakiś osobny bóg specjalnie dla nich, bo dlaczego by nie? I na pewno wygląda bo-sko!

11. W szkołach i urzędach krzyże na ścianach pojawiają się i znikają, ale pogańskie paprotki na parapetach, symbolizujące odwieczną siłę Natury, trwają niezmiennie.

12. Składanie ofiar rzeczowych ma więcej sensu, kiedy czcisz święte zwierzęta. Głodnej wiewiórce sprawisz więcej radości orzeszkiem niż obrazowi Matki Boskiej kolejnym złotym wisiorkiem.

13. Jedyny ojciec, którego czcisz, to twój własny. Co prawda nie był pewnie nieskończoną miłością, ale za to widywałeś go nie tylko w wizjach i prawdopodobnie nie groził ci skazaniem na wiekuiste męki za nieposłuszeństwo ani nie wyrzucił z domu za podjadanie jabłek z sadu.

14. Rozumiesz, że nie jesteś duszą uwięzioną w ciele, tylko tym właśnie, cudownie skonstruowanym, ciałem. Fajnie jest nie czuć się uwięzionym, prawda?

15. Na tacę kładziesz filiżankę.

16. Nie wierzysz w te bzdury, jakoby dobra karma wracała. Na podstawie wieloletnich obserwacji swojego zwierzęcia totemicznego (na przykład kota) wiesz, że dobra karma to taka, która po spożyciu nie wraca i nadaje sierści jedwabisty połysk.

17. Niebo masz zawsze nad głową, a nie w abstrakcyjnej i niepewnej przyszłości.

18. W twojej politeistycznej wizji świata jest miejsce dla każdego boga, którego przyniesie ze sobą napotkany człowiek.

_____________
*Zeszłoroczny post zachwalający praktyczne zalety pogaństwa stał się (ku mojemu szczeremu zaskoczeniu) tak popularny, że trafił również do osób biegłych w temacie. Osoby te lepiej niż ja wiedziały, o czym chciałem napisać, więc poprawiały, że nie “poganin” tylko “rodzimowierca”. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że rodzimowierstwo w naszych czasach polega na rekonstruowaniu domniemanych przedchrześcijańskich  wierzeń i praktyk religijnych swoich domniemanych przodków. Co jest bajką interesującą i godną szacunku, ale zupełnie nie moją. Choć z drugiej strony rozumiem, że wspominając o Nocy Kupały i postrzyżynach, mogłem czytelnika wprowadzić w błąd (dlatego w tegorocznej wersji usunąłem te fragmenty).

Ja natomiast używam słowa “pogaństwo” (z braku lepszego) na określenie takiego najbardziej pierwotnego i uniwersalnego (w moim wyobrażeniu) kultu Natury, której nierozerwalną część stanowił człowiek. Myślę, że to mogło być bardzo miłe, tak po prostu czcić Słońce, które daje światło i ciepło, rzekę pełną życiodajnej wody, cud narodzin, pamięć przodków, następstwo pór roku i tak dalej. Bez przesadnej nadbudowy teologiczno-mitologicznej, nadając tylko symboliczne imiona Matce Ziemi, Piorunowi, Słońcu i innym bytom szalenie w tamtych czasach ważnym, a dziś ledwo zauważanym przez okno.

Podoba mi się też spotykane dawniej tu i ówdzie wyobrażenie, że wszystko ma własnego boga: każde drzewo, rzeka, góra, miasto, naród. I to, że jeśli ktoś miał i czcił swoje bóstwo, to niekoniecznie odbierał prawo istnienia bogom cudzym. Na przykład w Księdze Wyjścia napisano: “Pan jest większy niż wszyscy inni bogowie”. Czyli nasz Tata jest silniejszy niż wasz tata. I tyle. Nawet żadnego nawracania nie było, bo to przecież bogowie wybierali narody, a nie ludzie bogów.

Chyba podoba mi się idea świata bez nawracania. Ten wpis też raczej ma za zadanie  Czytelnika rozbawić, niż do czegokolwiek przekonać. Bo jeśli przytoczone powyżej argumenty do Czytelnika trafiają, to znaczy, że w głębi serca był on poganinem jeszcze zanim zaczął czytać😉

Post Navigation

%d bloggers like this: