(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Dlaczego warto być poganinem (edycja 2017)

Zgodnie z odwiecznym rytmem pór roku powraca jeden z moich ulubionych postów. Stałych czytelników przepraszam – udało mi się dodać tylko jeden nowy powód.

Poprzednim razem próbowałem tłumaczyć się i wyjaśniać, co autor miał na myśli, ale w tym roku zwyczajnie mi się nie chce. Zaznaczę tylko, że gdyby chodziło mi o bycie rodzimowiercą, to tak bym właśnie napisał.

A zatem, przed Państwem

19 POWODÓW, DLA KTÓRYCH WARTO BYĆ POGANINEM

1. Nie musisz ciągle wysłuchiwać od ateistów, że wierzysz w coś, co nie istnieje. Czcisz Słońce. Jak ktoś ma wątpliwości, czy Ono istnieje, to pokazujesz palcem. Richard Dawkins może ci naskoczyć.

2. Nikt jakoś się nie wysadza w centrum miasta z okrzykiem “bogowie są wielcy!”, więc jeśli kiedyś będziesz zmuszony uchodzić, to jest spora szansa, że cię wpuszczą. Może nawet do Polski.

3. Bardzo szybko uczysz się dystansu do tego, co ludzie mówią o twojej wierze. No bo jak powiesz, że świętujesz pełnię Księżyca, to wiadomo, że będą się śmiali. I oczywiście przechodzisz nad tym do porządku dziennego, zamiast pielęgnować urazę swoich uczuć religijnych.

4. Nie masz jednej księgi z odpowiedziami na fundamentalne pytania, więc szukasz w wielu różnych. Koniec końców, pewnie i tak nie znajdziesz, ale jaki będziesz oczytany!

5. Wolno ci jeść wszystko, pod warunkiem, że nie będziesz się czuł pokrzywdzony, jeśli w końcu coś zeżre ciebie.

6. Zagadnienia teologiczne stają się znacznie bliższe życiu, kiedy w twojej religii Matka jest symbolem płodności, a nie dziewictwa.

7. Politycy i publicyści nie wycierają sobie gęby imionami twoich bogów. A nawet gdyby chcieli, to nie umieliby ich wymówić.

8. Nikt za bardzo nie wie, po czyjej jesteś stronie w sporach antyklerykałów z Kościołem, oświeceniowych racjonalistów z religijnymi fundamentalistami, moherów z lewakami itp., więc każdy może z tobą porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. A że i tak zdarza się to rzadko, to już inna rzecz.

9. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby święte drzewo wyrosło w kształt bazyliki w Licheniu.

10. Twoi bogowie nie wypierają się tego, że stworzyli ludzi takimi, jakimi są. Na przykład gejami. Pewnie nawet gdzieś tam w Panteonie jest jakiś osobny bóg specjalnie dla nich, bo dlaczego by nie? I na pewno wygląda bo-sko!

11. W szkołach i urzędach krzyże na ścianach pojawiają się i znikają, ale pogańskie paprotki na parapetach, symbolizujące odwieczną siłę Natury, trwają niezmiennie.

12. Składanie ofiar rzeczowych ma więcej sensu, kiedy czcisz święte zwierzęta. Głodnej wiewiórce sprawisz więcej radości orzeszkiem niż obrazowi Matki Boskiej kolejnym złotym wisiorkiem.

13. Jedyny ojciec, którego czcisz, to twój własny. Co prawda nie był pewnie nieskończoną miłością, ale za to widywałeś go nie tylko w wizjach i prawdopodobnie nie groził ci skazaniem na wiekuiste męki za nieposłuszeństwo ani nie wyrzucił z domu za podjadanie jabłek z sadu.

14. Rozumiesz, że nie jesteś duszą uwięzioną w ciele, tylko tym właśnie, cudownie skonstruowanym, ciałem. Fajnie jest nie czuć się uwięzionym, prawda?

15. Na tacę kładziesz filiżankę.

16. Nie wierzysz w te bzdury, jakoby dobra karma wracała. Na podstawie wieloletnich obserwacji swojego zwierzęcia totemicznego (na przykład kota) wiesz, że dobra karma to taka, która po spożyciu nie wraca i nadaje sierści jedwabisty połysk.

17. Bogowie nie widzą niczego grzesznego w twoim zainteresowaniu zgrabnymi tyłkami. Dla równowagi pamiętaj tylko o kulcie przodków.

18. Niebo masz zawsze nad głową, a nie w abstrakcyjnej i niepewnej przyszłości.

19. W twojej politeistycznej wizji świata jest miejsce dla każdego boga, którego przyniesie ze sobą napotkany człowiek.

Uwaga, napisałem wiersz

w Warszawie moich marzeń

jest co najmniej osiem godzin

ciszy

między koncertem nocnym i tęczowym

a pielgrzymką pod oknami poranną

a sklepy w niedzielę są

czynne

i w pełni zrobotyzowane

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Cz. II. Kieliszki

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Zróbmy imprezę formatu grande de lux, jakieś wesele, chrzciny, bal dziennikarza czy inne rozdanie Oscarów, zaścielmy stoły śnieżnobiałymi obrusami, poczekajmy, aż się zejdą wytworni goście w tych wszystkich megaodpicowanych, odprasowanych, w pralni wypranych, nakrochmalonych, ledwo spłaconych frakach-gorsach koktajlowych, half-canvasach na ramiączkach, no-smokingach lub princeskach z logo mistrza lecz bez pleców, posadźmy ich za stołami i wyciągnijmy duże ilości wina, koniecznie czerwonego, bo plami najskuteczniej, i wlejmy im to nie w w żadne kubki, czarki czy pucharki, szklanki albo filiżanki, tylko w te odjebane sny pijanego dmuchacza szkła, te bańki rozdęte chwiejące się na wysokich nóżkach!

Noszszsz, kurwa, ludzie…! Kto, pytam ja się, kto, do chuja wielorybiego, wymyślił kieliszki do wina!? I po co?!

Nie można pić normalnie ze szklanki albo z kubka? W kubku stoi stabilnie, do zmywarki się mieści wygodnie, tłucze się z trudem. I smakuje tak samo, sprawdzałem.

Nie no, pewnie, że nie jestem kiperem i nie wychwycę subtelnych różnic w smaku, ale – niespodzianka – ty też, kurwa, nie. Przecież w tym kieliszku masz właśnie wino z Lidla za 29,90, starannie utrzymywane w temperaturze pokojowej, które oddychać zaczęło właśnie teraz, więc nie jestem pewien, czy przelanie go do kubka naprawdę coś by tu zepsuło.

No zobacz, a filiżanek to nie używasz. Herbatę pijesz, w czym popadnie, a kawę właściwie wyłącznie w w kubku. Niejednokrotnie, za przeproszeniem, papierowym. Yerbę też ciągniesz jak ostatni cham bez bombizi. A z winem, nie wiedzieć czemu, się wygłupiasz. Wygłupiasz się tak bardzo, że trzymasz nawet osobne kieliszki do białego i czerwonego, jakbyś za dużo miejsca miał w kredensie. I nie opowiadaj mi tu o kształcie, który pomaga wydobyć aromat, bo zaraz ci opowiem, który kieliszek należy trzymać za czaszę, a który za nóżkę i będziesz miał dodatkowy kłopot. A poza tym, popatrz: z whisky jakoś da się aromat wydobyć za pomocą zwykłej szklanki. I jak się dobrze przyjrzeć, to zdumiewająco przypomina ona szklankę po Nutelli.

Że co? Kultura picia? No tak właśnie się spodziewałem, że wcześniej czy później o tym wspomnisz. To może zastanów się przez chwilę, gdzie się picie spotyka, a gdzie mija z kulturą i czy to aby na pewno ma wiele wspólnego z tym, co i z czego pijesz.

I podaj mi tę deskę serów, bo naprawdę dobrze wygląda. Tyle chociaż pożytku z tej twojej enologicznej zajawki.

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Cz. I. Ortografia.

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Piszmy raz h, raz ch, raz u, raz ó, raz ż, raz rz, ale wymawiajmy tak samo! Co za geniusz jebany to wymyślił?! I nie mów mi, proszę, że to tradycja. Nie ma takiego imienia Tradycja. Tradycyjnie to się te głoski różniły w wymowie i wtedy to wszystko jakiś sens miało. A dzisiaj nawet już “h” pozostało dźwięczne jedynie w ustach  najstarszych osobników, pamiętających przedwojenne gimnazjum (takie z greką i łaciną, bez gimbusa). No bo wiecie, generalnie jest taka zasada, że jak coś było kiedyś ważne, fajne i potrzebne, a dzisiaj tylko zawadza, to się to odstawia do szklanej gablotki albo robi z tego ikonkę “save” na komputerze. I ja bym polecał tę procedurę również w omawianym przypadku. Moskale, na przykład, jak sobie zrobili rewolucję, to od razu wywalili z alfabetu cztery znaki i jakoś to przeżyli. To znaczy nie wszyscy, bo łagry, czystki i tak dalej, ale to nie przez ortografię przecież.

No więc my też moglibyśmy się ogarnąć i wypieprzyć w diabły to “rz”, “ó” i “ch”. Ale nie! Siedzą dzieci w szkołach i wkuwają, że korzeń, bo kora, grządka, bo grabie, półka, bo położyć i groch, bo psiont groszy. I niektórym (mnie na przykład) to do głowy wchodzi łatwo, a innym wręcz przeciwnie, bo akurat tak mają, że ortoneuronki nie stykają i niczyja to wina. No ale przecież ko-ko-ko gdak-gdak szkoła nie może wypuścić absolwenta, który ortografii gdak-gdak nie przyswoił! Bo jak by on sobie potem w dorosłym życiu poradził? Jeszcze by został mechanikiem i komuś naprawił samohud albo jako programista napisał órzyteczny program na kompóteże! I co by to było?

Odpowiadam: nic by, kurwa, nie było. Dajcie dzieciakowi spokój z tymi dyktandami, niech się w tym czasie czegoś pożytecznego nauczy. Załatwiania spraw w urzędzie, na przykład. Albo jak ogarnąć zmianę dętki w rowerze, bo teraz, kiedy się ciepło zrobiło, to znowu widzę, że pół miasta jeździ z bieżnikiem tył na przód.

Od przeciwników radykalnego uproszczenia ortografii od lat słyszę te same dwa argumenty. Państwo pozwolą, że je przytoczę i się odniosę.

Argument 1. Przyzwyczajenie. “Nie wyobrażam sobie, żeby pisać koham albo żułty. Jak to w ogóle wygląda! Jak na to patrzę, to robi mi się niedobrze!”.

Szanuję twoje zdanie, ale weź się odpierdol. Dzieci nie po to się uczą pisać, żeby tobie się podobało. Mi się na przykład nie podoba słowo “pieczywo”, mlaskanie w autobusach i twoje namalowane brwi na profilowym, ale nie robię z tego zagadnienia. I daj spokój z tym przyzwyczajaniem się. Ja na przykład od dziecka byłem przyzwyczajony, że wszyscy mi dmuchają dymem w twarz, a psy srają na chodniki. Ale potem nagle okazało się, że jednak ludzi to trochę uwiera i może by tak przestać.

Argument 2. “Ej, ale to by znaczyło, że przez tyle lat zakuwaliśmy nadaremnie!”. No, znaczyłoby. I co, tylko dlatego kolejne pokolenia też mają zakuwać bez sensu? Bardzo mi się podobało, kiedy dawno temu w internetach ktoś zapytał wprost, po co nam właściwie ta cała ortografia. No i była lekka konsternacja, ale jakiś kozak uratował sytuację, odpisując “Po to, żeby się pozytywnie odróżniać od tych, którzy jej nie znają”.

Gościu, urzekła mnie twoja historia. Czyli jak ktoś zapisuje ci adres, że na przykład mieszka na ul. Żymowskiego 11 m. 26, to ty jesteś lepszy, bo wiesz, że powinno być Rzymowskiego? To ja ci, chłopie, serdecznie gratuluję. Aż normalnie specjalnie dla ciebie zatoczę w kompozycji tego posta pełne koło i powtórzę to, co w pierwszym zdaniu, czyli że nie no, kurwa, świetny pomysł! Rozbudujmy go! Zróbmy na przykład taką zasadę, że trzeba podawać imię tego Rzymowskiego. I daty życia. I numer domu w systemie dwójkowym. I jak ten cienias nie napisze bezbłędnie, że mieszka na ul. Wincentego Rzymowskiego (1883-1950) 1011 m. 11010, to już wiemy co o nim myśleć.

Ale nie zrozumcie mnie źle. Ja kocham nasz język i te wszystkie popierdolone przypadki i stopniowania, rodzaje męskie, żeńskie i nijakie, pszenice i pszczoły, skuwki i zasuwki, ja mełłem, ty mełłeś, on/ona/ono też, rzeżucha i gżegżółka, ale to powinna być, kurwa, zabawa dla koneserów! Zwykłemu człowiekowi to do niczego niepotrzebne, tylko mu samoocenę miażdży, kiedy dziecięciem będąc pisze zajebistą rozprawkę o etosie szlacheckim w Panu Tadeuszu, ale wykłada się na pasie słóckimi i rzópanie, przez co otrzymuje dostateczną mniej.

Bo może niech wystarczy, żeby ten absolwent rozumiał, co mówi i pisze? Żeby wiedział na przykład, że nie ma czegoś takiego jak najmniejsza linia oporu. Albo rozumiał, że języczek jest u wagi i z uwagą nie ma to nic wspólnego. Albo że jak masz coś na tapecie, to chodzi o tapet, a nie o tapetę? Bo tak sobie myślę, że dobrze jest wiedzieć, skąd się dane sformułowanie wzięło i co właściwie oznacza. Na przykład jest taka inicjatywa, żeby nie brać w knajpach słomek do napojów, bo one się nie rozkładają w przyrodzie i bardzo szkodzą na środowisko naturalne. I hasło tej inicjatywy brzmi “Don’t SUCK”. I to jest hahaha śmieszny żart językowy, ale zdaje się, że twórcy sloganu nie zastanowili się, skąd się wziął pejoratywny wydźwięk słowa “suck”. No chyba, że to było zamierzone i ich następne hasło będzie brzmieć “Nie bądź pedał, sortuj śmieci”.

Sąsiad, który słyszał

Dzisiaj opowiem pouczającą historię, która przydarzyła się nie mi, tylko koledze, bo sam z siebie to ostatnio nie mam zbyt wielu pouczających historii. Kolega z kolei nie ma bloga, więc rozwiązanie jakby samo się narzucało. Kolega nie ma też na imię Henrique, więc historia jest prawdziwa.

A było to tak. Rzeczony kolega, nazwijmy go Artemon, bo dzisiaj są akurat imieniny Artemona, siedzi sobie na kanapie i pije sok pomarańczowy. Kanapa w sensie przestrzennym znajduje się w jego dużym pokoju, a w sensie czasowym – w okolicach trzeciej nad ranem, co jest, moim zdaniem, dziwną porą na picie soku pomarańczowego, ale w sumie kim ja jestem, żeby Artemona osądzać. Zwłaszcza, że gdyby zamiast pić sok, spał, to nie usłyszałby, jak sąsiedzi za ścianą się kłócą.

– I to nie była taka normalna awantura małżeńska – opowiada mi później Artemon. – Bo jak ja się na przykład kłócę z żoną, to najpierw ona drze ryja, potem ja, potem znowu ona, rozumiesz, kulturalnie, jak w debacie prezydenckiej, każdy ma swoje dwie minuty, tak się ładnie po partnersku kłócimy, bo my jesteśmy zgodnym i szczęśliwym małżeństwem.

Milczę i kiwam głową, bo ja się przecież na kłótniach w ogóle nie znam. My z żoną całe życie tylko się przytulamy i patrzymy sobie czule w oczy i tej wersji będę się trzymał.

– Ale u tych sąsiadów to było słychać prawie tylko jego – kontynuuje Artemon. – Całe perory wykrzykiwał, dramaturgię budował i kolejne punkty oskarżenia wyliczał. A ta druga osoba to coś tam z rzadka tylko cichutko odpowiadała i właściwie to tylko po tym, że ją pieszczotliwie nazywał kurwą, domyśliłem się, że to prawdopodobnie jego partnerka życiowa.

I w tym momencie muszę wam o Artemonie powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, to człowiek bardzo czuły na krzywdę niewieścią i kiedy się ostatnio w mediach znowu ożywiła dyskusja na temat przemocy domowej, to on się strasznie w to wkręcił. I ja go rozumiem, bo mnie też ruszył radny Piasecki ze swoim zapomnianym z niewdzięczności kwiatkiem oraz reżyser Dejczer dręczący swoją żonę, która mówi w Kucykach głosem Rarity, za co jeszcze kiedyś go ze Spike’iem dojedziemy. I dlatego od paru tygodni Artemon mało ze skóry nie wyjdzie, tak bardzo chciałby powstrzymać jakąś przemoc domową, ale – i tu dochodzimy do drugiej rzeczy, którą musicie o nim wiedzieć – na jego osiedlu mieszkają niemal wyłącznie emeryci i grzeczni studenci. Więc jeśli jakaś przemoc tam jest, to dobrze ukryta.

Możecie sobie zatem wyobrazić, że w opisywanej sytuacji Artemon natychmiast odstawił sok pomarańczowy, ubrał się i poszedł pod sąsiednią klatkę. Pierwotny plan zakładał, że (1) zadzwoni domofonem pod mieszkanie przylegające do jego mieszkania, (2) powie, że chce rozmawiać z panią, co w tym mieszkaniu mieszka, (3) zapyta ją, czy wszystko OK. Ale w końcu zamiast tego wszedł na klatkę i bardzo dobrze zrobił, bo to wcale nie było to mieszkanie przylegające, tylko piętro niżej. Tak dobrze się po zbrojonym betonie dźwięk niesie! Czyli ci wszyscy sąsiedzi, co zawsze potem na rozprawie twierdzą, że nic nie słyszeli, to łżą jak bure szczure.

Po namierzeniu właściwych drzwi, Artemon przystanął pod nimi, żeby lepiej się rozeznać w sytuacji, bo z tej odległości to słychać było już każde słowo toczącej się nadal kłótni. No i znowu się okazało, że dobrze, że nie zadzwonił domofonem i nie chciał rozmawiać z panią, co tam mieszka, bo tam żadna pani nie mieszkała. Zapomniałem bowiem wspomnieć, że trzecią – oprócz studentów i emerytów – grupą licznie występującą na Artemonowym osiedlu byli geje.

Artemon zgłupiał totalnie, bo on jednak wychowany był w tradycyjnym modelu patriarchalnym i nie miał pojęcia, jak ustalić, kto jest sprawcą, a kto ofiarą w sytuacji, kiedy wszyscy zainteresowani mają siusiaki. Stał więc nadal i słuchał. Na szczęście dość szybko wyjaśniło się, że sytuacja nie jest na tyle poważna, jak się wcześniej zdawało. Okazało się, że jeden z panów jest taki cichy i małomówny głównie z powodu przebywania w stanie wskazującym, co bardzo miał mu za złe pan głośny i elokwentny. W chwili, kiedy Artemon stawił się pod drzwiami, sugerował właśnie partnerowi, żeby wypierdalał z domu. Jego współgej przytomnie jednak zauważył, że przecież to jego mieszkanie. Kłótnia utkwiła zatem w martwym punkcie, obaj panowie pogrozili sobie jeszcze tylko, że rano to dopiero sobie pokażą i poszli spać.

Artemon wracał do domu z poczuciem ulgi, że nikt tam jednak nikogo w sąsiednim mieszkaniu sznurem od żelazka nie okładał i jeszcze większej ulgi, że obyło się bez wzywania policji. No bo czy dzielni policjanci umieliby się odnaleźć w sytuacji nieheteronormatywnej przemocy domowej? Obaj z Artemonem wątpimy. Z drugiej strony myślimy sobie, że takiemu gejowi jednak łatwiej jest uciec z patologicznego związku niż kobiecie, która z reguły ma niższą pensję, wspólnotę majątkową i wspólne dzieci z oprawcą. Ciekawe, co by w tym względzie zmieniłyby związki partnerskie z prawem do adopcji dzieci.

A tak naprawdę, to sam nie wiem, czy z tej historii w ogóle jest jakiś morał, ale się wydarzyła i już.

Kochajmy płazy!

Trwa właśnie okres rozrodczy płazów. To ważne wydarzenie w życiu naszego ekosystemu i chciałbym was nim zainteresować za pomocą kilku ciekawostek.

1. Dlaczego żaba przebiegła przez drogę? Żeby poruchać. To ważna rzecz w życiu żaby.

Kierowco! Zwolnij. Patrz pod koła. Chroń życie kijanki w fazie prekoncepcyjnej.

2. U żab i ropuch do zapłodnienia dochodzi pozaustrojowo (in bajoro). Jeżeli bajoro jest brudne, kijanki wykluwające się z jajeczek są zwyczajnie głupie. Głupie kijanki to zagrożenie dla zrównoważonego rozwoju miast i wsi.

Turysto! Dbaj o czystość zbiorników wodnych.

3. Kijanki żaby trawnej zapylają ponad 80% kwiatów mięty wodnej (Mentha aquatica), z której pozyskiwany jest mentol, wykorzystywany w przemyśle spożywczym. W raporcie opublikowanym w 2011 r. firma Menthos deklaruje, że obserwowany od ponad dekady spadek liczebności płazów ziemno-wodnych drastycznie ograniczył dostępność tego surowca. Dla giganta spożywczego oznaczało to wielomilionowe straty i konieczność wprowadzenia nowych smaków, np. Menthos Choco.

Konsumencie! Nie kupuj Menthos Choco. Niedobre są.

4. Żaby i ropuchy są objęte w Polsce ochroną gatunkową, nie dotyczy to jednak osobników rozmnażanych w niewoli na specjalnych płazich fermach. Pod koniec marca tego roku minister Szyszko zbulwersował opinię publiczną, urządzając w swojej posiadłości istną rzeź pozyskanych od hodowców żab jeziorowych. Z dwudziestu klatek wypuszczono kilkaset płazów, a minister i jego goście uganiali się za nimi ze słomkami. Pan Szyszko chwalił się później w mediach społecznościowych żabą nadmuchaną przez siebie do rekordowych rozmiarów. Trofeum prawdopodobnie zawiśnie nad jego kominkiem między motylkiem z oberwanymi skrzydełkami, a własnonożnie rozdeptaną dżdżownicą.

Ministrze! Pierdol się.

Internauto! Jeżeli chcesz wyrazić solidarność z płazami bezogonowymi, to umieść żabę na swoim zdjęciu profilowym i udostępnij ten post. I bądź miły dla spotkanych żab i ropuch. Uważaj jednak, aby zbytnio się z nimi nie spoufalać. Pamiętaj! Całując żabę, całujesz wszystkie księżniczki, z którymi ona była.

Na kładce

Siedzimy sobie we trzech: ja, Henrique, czyli mój wymyślony przyjaciel z Mozambiku, oraz Eduardo, wymyślony przyjaciel ministra Waszczykowskiego (wiadomo, skąd). Jest sobota wieczór, posadowiliśmy się wygodnie na kładce dla pieszych nad ul. Górnośląską, dyndamy nogami i pijemy rum. Alkohol pity w miejscu publicznym może sprowadzić na nas kłopoty, ale Eduardo poza rumem nie przyjmuje żadnych innych płynów. Widać minister Waszczykowski pojmuje świat nieco stereotypowo.

Na szczęście policja ma co innego do roboty, bo pod nami, wymachując transparentami i wykrzykując hasła, suweren idzie pod Sejm.
– Kto to? – pyta Henrique.
Rzucam w dół fachowym okiem mieszkańca stolicy. Głównie kobiety, brak szpitalnych fartuchów, brak parasolek, stroje może nie tam zaraz różnokolorowe, ale na pewno nie czarne.
– Nauczyciele – ustalam drogą eliminacji.
– Szego one kcieć? – pyta Eduardo, obdarzony przez pana ministra typową dla egzotycznych sojuszników Polski składnią Kalego z Pustyni i w puszczy.
– One nie chcieć reforma edukacji – mówię głośno i powoli.
– Czyli chcą, żeby było jak dawniej? – upewnia się Henrique.
Tu już odpowiedź nie przychodzi mi tak łatwo. W sumie kto tam wie, czego chcą nauczyciele. Z czasów szkolnych pamiętam, jak mówili, że chcieliby stawiać nam same piątki, ale ich czyny świadczyły zgoła o czym innym.
– No… Chyba tak… – mówię niepewnie.
– A ci, co robić reforma, kcieć nowocieśna, lepsia śkoła, tak? – pyta Eduardo. Widać minister Waszczykowski obdarzył go nie tylko oszałamiającym afro i  wytatuowanym torsem widocznym spod rozchełstanej koszuli, ale też niezachwianą wiarę w Dobrą Zmianę.
– No, nie – sprostowuję. – Oni też chcieć, żeby być jak dawniej. Tylko że jeszcze dawniej. Wizjonerstwa u nas niet. PiS chcieć, żeby być tak, jak przed rządami opozycji, a opozycja chcieć, żeby być tak, jak przed rządami PiS.
– Chcą po staremu? – dziwi się Henrique. – Nawet ci, co się nazywają .Nowoczesna?

Następne 5 minut spędzamy, śmiejąc się serdecznie z nazw polskich partii politycznych.
– “Nowoczesna”! Hahahaha!
– “Obiwatelszka”! Hohohoho!
– “Prawo”! O, ja cię, nie wytrzymam!
Na koniec z pewnym zażenowaniem stwierdzam, że jedyną adekwatną nazwę (a właściwie skrót) ma partia KORWiN.
– A ty, Wojtek? – pyta Henrique. – Nie chcesz, żeby wróciła Polska sprzed PiS? Przecież ich nie cierpisz.
– Nie cierpię – potwierdzam. Eduardo momentalnie zmienia się w pachnącą Karaibami mgiełkę i rozpływa w powietrzu. W głowie ministra Waszczykowskiego nie ma miejsca na krytykę partii rządzącej. – Ale ta Polska sprzed PiS nie była lepsza.
– Nie była? Dlaczego? – dziwi się Henrique.
– Bo to była Polska, w której wybory wygrywa PiS.

Tragizm sytuacji zostaje złagodzony przez fakt, że choć Eduardo zniknął, to jego rum pozostał.

Po świątyni Kalliopy drepcą me w sandałach stopy

Działo się to wiosną zeszłego roku. Większość poniższego tekstu napisałem właśnie wtedy, na świeżo, ale nie dokończyłem, bo coś, i nie opublikowałem aż do teraz. I wielka szkoda, bo gdybyście historię poznali wtedy, a epilog dopiero dzisiaj, to byłoby pierdolnięcie, a tak to jest jedynie tani lans. Trudno.

A było to tak. Pięknego wiosennego dnia wstałem-zjadłem, ubrałem-się-umyłem, po czym popedałowałem jedną nogą (bo druga aktualnie była zepsuta) na PGE Stadion Narodowy. Rower zostawiłem pod bramą, wkuśtykałem po tych wielkich schodach, co je tam na moją zgubę pobudowali i poszedłem do toalety, żeby się przebrać w elegancką odzież (#jaksuperman). Czyli konkretnie zdjąłem wytarte i pomięte ciuchy, w których jeżdżę na rowerze i włożyłem wytarte i pomięte ciuchy, które wyglądają, jakby celowo były wytarte i pomięte, bo taki nosiciel ma styl. A przynajmniej mam nadzieję, że tak wyglądają.

Oraz przygładziłem włosy.

Podobając się sobie po tych zabiegach bardzo, podszedłem do rejestracji Warszawskich Targów Książki i powiedziałem, że jestę poczytnym autorę i poproszę identyfikator. Protip na przyszłość: nie legitymują, do razu dają (#lifehack). Wszedłem, usiadłem przy stoliku i wyciągnąłem długopis, bo w planie było podpisywanie książki, która jakoś tam też jest trochę moja.

Podpisywanie trwało dwie godziny i było przesympatycznie. No bo, wiecie, ludzie przychodzą z książką i mówią, że fajna, dzieci patrzą na ciebie z zachwytem, dziewczęta ukradkiem wsuwają ci w dłoń klucze do swoich pokoi hotelowych, młodzieńcy mówią, że jak dorosną, to chcą być tobą, nobliwe matrony zachwalają cnoty swoich córek na wydaniu, szejkowie kuszą petrodolarami za prawa do ekranizacji i tak dalej.

Naprawdę i na serio, było bardzo miło. Na dowód przedstawiam zdjęcie, na którym w doborowym towarzystwie uśmiecham się błogo:

targi-ksiazki

Pierwszy raz wstawiam na Kompostowni zdjęcie twarzy, więc chyba mogę się już całkiem zdemaskować. Nazywam się Wojtek. Skończyłem XVII LO A. Frycza-Modrzewskiego w Warszawie, o czym wszystkim przypominam przy każdej okazji. Kiedy tylko mogę, chodzę boso, a kiedy nie mogę, bo muszę być elegancki, to zakładam koszulę z krótkim rękawem. Noszę okulary. W dzieciństwie chciałem być Indianinem.
Źródło zdjęcia: http://biblioteki-szkolne.blogspot.com/2016/05/bso-na-warszawskich-targach-ksiazki.html

Nie mam natomiast zdjęcia dowodzącego, że rzeczywiście byłem na Stadionie Narodowym, choć już wiem, jak takie się robi. Podsłuchałem bowiem młodego człowieka tłumaczącego drugiej młodej człowiekowi, że należy skierować obiektyw na płytę boiska (żeby było wiadomo, że to TEN stadion), jednocześnie wsadzając w kadr kawałek swojej ręki, na dowód, że to zdjęcie własne, a nie z netu. Tak też młoda człowiek zrobiła, składając przy tym palce w znak “V”, co wywołało u młodego człowieka pomruk dodatkowego uznania.

Ale kiedy podpisywanie się skończyło i zrobiłem sobie rundkę po stoiskach, to poczułem się cokolwiek nie na miejscu. No bo, heloł, co ci wszyscy ludzie mają z tymi książkami? Tłoczą się, przepychają i ekscytują ponad miarę, a oczy im się przy tym błyszczą jak fikuśnie piercingowanemu psu jaja. I kupują te książki siatami całymi, tachają do domu, nie wiem, po co, na przetwory może? A do jednego pana autora to była wielka kolejka przez 5 stoisk, dwa razy dłuższa niż do Grocholi nawet, a mi ten pan autor nic nie mówił. Ani jego twórczość, ani twarz, ani nazwisko. Z grupą kolarską Supradyn Witaminy się tylko kojarzył.

No bo szczerze, to ja z książkami od paru lat tak raczej nie bardzo (dlaczego tak jest, to temat na osobny wpis). W ubiegłym roku może z 8 przeczytałem, z czego większość córce. I powiem, że naprawdę trochę głupio przychodzić do tej PGE Świątyni Literatury jako pan autor, czyli jakiś w sumie taki trochę kapłan tej świątyni, albo ministrant przynajmniej, kiedy samemu się nie czyta.

Więc żeby jakoś ratować twarz, podreptałem nerwowo w kółko i kupiłem co następuje:

  • książkę kolegi, no bo skoro wziął i napisał, to trzeba,
  • jedną książkę dla mamy i drugą dla teściów, bo oni wszyscy chyba czytają (no, w każdym razie wiem, że umieją),
  • Konstytucję RP dla siebie, bo to przynajmniej krótkie jest i nie ma opisów przyrody, a poza tym słyszałem, że ma być niedługo sequel, więc chciałem sobie przypomnieć, co tam było wcześniej.
  • książkę dla dzieci, bo podobno jak im nie będę czytał 20 minut dziennie, to się wyda, że jestem chujowym ojcem.

A ponieważ dłużej już naprawdę nie mogłem wytrzymać między tymi wszystkimi stoiskami ze strawą duchową, to uciekłem na płytę boiska, gdzie stali ludzie z planszówkami. Tam było lepiej, bo chłodniej i ludzi jakoś mniej, ale w sumie to ja z planszówkami mam podobnie jak z książkami. W sensie nie gram, ewentualnie od czasu do czasu w coś tam z córką. Ale przypomniało mi się, że w dzieciństwie strasznie jarało mnie rysowanie plansz, wycinanie kart i układanie zasad. No i na fali tej nostalgii pomyślałem sobie, że chuj, skoro da się książek nie czytać, tylko pisać, to może i da się w gry nie grać, tylko je układać.

Kupiłem jedną grę (dla córki) i poszedłem do domu.

EPILOG:
Noga się zasadniczo zaleczyła.
Konstytucji ciągle nie doczytałem do końca.
W zeszłym tygodniu Pewne Poważne Wydawnictwo zgodziło się wydać moją grę.

SOR

Z synem coś było nie halo, więc zabrałem go do pani doktor. Bywamy u niej często i w sumie to muszę kiedyś zagadać, czy nie pozwoliłaby nam zamieszkać u siebie w jakiejś komórce pod schodami czy coś, bo co ja tak będę ciągle jak głupi jeździł wte i nazad. Pani doktor potwierdziła moją wstępną diagnozę, że z synem jest coś nie halo, a ponieważ ta niehalość miała charakter nawracający, to posłała nas do szpitala na SOR, żeby nam tam zrobili niehalografię, a w razie potrzebny położyli na oddział i leczyli. No to dzwonię do żony, że halo, z dzieckiem nie halo, niehalość nawracająca, zbieraj się, grażynko, kierunek szpital. A potem drugi telefon do taty, że z dzieckiem młodszym nie halo, szpitalu halo witaj nam i czy mógłby ode mnie zabrać to starsze, bo mi w tej chwili niepotrzebne, a nawet zawadzać będzie, to lepiej może niech sobie posiedzi z dziadkami, pokoloruje jednorożce, wyżre wszystkie żelki ze spiżarki i scementuje więź międzypokoleniową.

No i czy wy widzicie, jakie to jest niesamowite?! Dwa prztyknięcia tym takim śmiesznym telefonem, co się w kieszeni mieści i już na dwóch końcach miasta odpalają dwa silniki i nadjeżdża odsiecz! Kurwa, jakbym o tym opowiedział Napoleonowi, to by mi nie uwierzył, że takie rzeczy możliwe oraz dodałby coś po francusku, a ja bym nie zrozumiał. W czasach Napoleona to ja bym z tym dzieckiem zapierdalał saniami po śniegu (bo efekt cieplarniany jeszcze niewynaleziony byłby) i to nie do szpitala, tylko do jakiegoś lekarza powiatowego od puszczania krwi. I to sam, bo żona by była nieżywa od dawna na jakąś zarazę, a tata na niezoperowane serce. A nie, w sumie to nie jechałbym, bo przecież bez antybiotyków to bym dzieci już nie miał. No więc, powtarzam, to wszystko jest totalnie niesamowite, ale już przywykliśmy. Więc żona tylko pakuje kanapki, a ja wygodne japonki na zmianę, bo wiemy, ile się na SORze czeka, i jedziemy.

Szpital nowiutki, pachnący, wykładzina lśni aseptycznie, kanapy w poczekalni spoglądają zapraszająco, tylko pacjenci jacyś nie w sosie. To znaczy rodzice pacjentów, bo same dzieci to w większości mają wyjebane i ganiają się radośnie po pokojach. Tak jest, po POKOJACH. Liczba mnoga. Mamy ich do dyspozycji cztery: poczekalnia z kanapami, bawialnia z książkami, przewijalnia z przewijakami i polegiwalnia z pufami. W rejestracji mówią, że na wejście do gabinetu trzeba będzie poczekać ze cztery godziny, no ale chuj, przecież jak ktoś codziennie dwie godziny stoi w korku, to chyba może raz do roku poczekać cztery? Zwłaszcza że, jak wynika z moich obliczeń, każdą godzinę można spędzić w osobnym pokoju.

Do gabinetu wchodzimy w końcu po jakichś pięciu i pół, bo ciągle przepuszczali przed nas kogoś, kto połknął igłę albo co. No ale to zrozumiałe chyba. A w gabinecie siedzi lekarka, która skończyła te trudne i długie studia właśnie dla takich chwil jak ta, kiedy przed północą ogląda nasze dziecko, z którym coś nie halo. I uśmiecha się do niego. I posyła na wypasionego rentgena najnowszej generacji, który okazuje się być w chuja wielką i skomplikowaną maszyną, która pokazuje niezbicie, że wcale nie jest z naszym synem tak nie halo, jak się wszystkim wydawało i kocham ją za to. Więc jedźcie, państwo, do domu, łykajcie, wziewajcie, skontrolujcie się za parę dni.

No i co prawda w tej poczekalni jak zwykle dostaliśmy gratis jakiegoś rotawirusa, i żona z synem spędzili dzisiejszą noc puszczając tzw. wielorybki, no ale hej, niech to nie przysłoni pozytywnego wydźwięku przytoczonej historii pełnej niezawodnych dziadków, dyżurujących lekarzy i sprzętów typu future-is-now.

Bystrzy jesteście, więc pewnie już się domyślacie, do czego zdążam. Ten wpis mógłby przecież brzmieć: “Ale chujowy Sylwester 😦   Najpierw 7 godzin na SORze, a potem rotawirus. 2016 roku, idź już sobie!”

I zdradzę wam sekret. Marne szanse, żeby nadchodzący rok był jakoś wyraźnie lepszy od mijającego. Ale życzę wam, żeby sprawił wam dużo radości.


PS. To czysty przypadek, że ten kompost wychodzi niemal równocześnie z inną opowieścią o SORze. Sprzeczności nie widzę. Nasza służba zdrowia jest, rzekłbym, korpuskularno-falowa. I na trytki, i cudowna.

Zmarli

Pomysł, żeby bać się zmarłych, wydaje mi się dość ekscentryczny.

I to nawet nie chodzi o to, że nie wierzę w duchy. To znaczy, nie wierzę, ale płytka jest ta moja niewiara. Na przykład w seansie spirytystycznym nigdy bym nie wziął udziału. A jak bym wziął, to istnieje ryzyko, że ze strachu zsikałbym się pod ten stolik z tym talerzykiem. Przy czym nawet w trakcie nie miałbym żadnych wątpliwości, że duchy nie istnieją. Bo to jak z horrorem oglądanym nocą w pustym mieszkaniu: wiesz, że to tylko film, ale i tak się boisz. A jak następnego ranka ładna pani w serwisie informacyjnym mówi ładnym głosem rzeczy nie tylko straszne, ale i prawdziwe, to nawet ci powieka nie drgnie.

Ludzki mózg działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

Ale ten wpis nie jest o tym, jak mózg działa, tylko o sytuacji, w której już nie działa, bo razem z resztą człowieka ulega właśnie biodegradacji sześć stóp pod ziemią. A konkretnie o tym, że ja nie bardzo rozumiem, skąd się wziął obecny w wielu (we wszystkich?) kulturach lęk przed tym, że jak już pradziadka zakopiemy, to pewnej nocy pradziadek wstanie i do nas przyjdzie. Lęk, który przez wieki kazał nam zostawiać pradziadkowi jadło i napitek, żeby się obżarł, rozleniwił i nie miał już ochoty ruszać duszy do wsi. Lęk, który kazał sadzić wokół cmentarza kolczaste drzewa i krzewy, przez które pradziadek się nie przedrze (widać wstać z grobu to jedno, a trafić do furtki – drugie). Lęk, który pierwotnie zainspirował nas do tego całego palenia świeczek na grobie, żeby światło zniechęcało pradziadka do nocnych wycieczek poza mogiłę.

No, a ja się pytam: czego tu się lękać? Dlaczego pradziadek miałby nam zrobić coś złego? Przecież my potomkowie jego ukochani. No, wyobraźcie sobie, że umieracie, a na świecie zostają wasze dzieci, żona, zięciowie, wnuki. I akurat jest pełnia, więc dostajecie przepustkę i na parę godzin możecie wyskoczyć do domu. I co? Będziecie swoim bliskim brzękać łańcuchami albo garnki z półek zrzucać? No chyba, kurwa, nie.

A jakiś duch obcy, niepradziadkowy, to po co miałby do was przyłazić? Za życia nie bywał, to po śmierci będzie się narzucał? No bez sensu pomysł. Jedyny przypadek, kiedy jakoś tam rozumiem lęk przed nachodzeniem przez nieboszczyka, to sytuacja, kiedy za życia doznał on od nas jakiejś krzywdy. Czy wręcz nawet troszkę pomogliśmy mu tym nieboszczykiem zostać. To już zupełnie inna para trupięgów! Tu rozumiem, sumienie męczy, strasznie obrazy podpowiada. Słusznie, poniekąd.

Sumienie działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

zmarli2

Ale ponieważ nie wydaje mi się, żebym miał kosę z którymkolwiek ze zmarłych, to czuję się w ich obecności całkiem dobrze. Dlatego najchętniej chadzam na cmentarz po zmroku, kiedy żywi nie plączą się między grobami i nie zakłócają spokoju. W ogóle najbardziej lubię cmentarze za ten spokój. Idę sobie alejkami i, jeśli jeszcze całkiem ciemno nie jest, czytam inskrypcje na płytach.

Żyła lat 71, pogrążeni w żalu mąż, córka i wnuki

Zginął w Niemczech (daty nie ma, widać łobuzy od historii nie podały)

Anielka. Ur. 11 V 1967, zm. 16 V 1967

I tak dalej.

Tyle tam żyć różnych, tyle historii, emocji, szczęścia i tragedii. I wszystko już nieaktualne. Wszyscy sobie teraz leżą tak samo. Bogaci i biedni, ładni i brzydcy, sympatyczni i gburowaci.

Podobno to dla niektórych ludzi przygnębiające. Dla mnie wręcz przeciwnie. Mnie to uspokaja. Kiedy tak idę między grobami, to czuję się trochę, jakbym patrzył na śpiące dzieci w żłobku. Biegały, hasały, kaszką pluły, klockami się napierdalały, a teraz leżą i śpią, aniołki kochane.

Ten tutaj cały dzień skakał, rozrabiał i powtarzał zasłyszane od starszego brata brzydkie słowo. A teraz śpi. Ta obok tak strasznie płakała za mamą, że nawet zupki nie tknęła. A teraz śpi. Ta wierzgała, rzucała się, do łóżka nie dawała się zagonić, zaklinała się, że nie chce jej się spać. A teraz śpi. A ten był już taki zmęczony, że nie miał siły walczyć, sam się ułożył na poduni. I śpi.

Wszystkie śpią, aniołki.

 

Post Navigation

%d bloggers like this: