(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Sąsiad, który słyszał

Dzisiaj opowiem pouczającą historię, która przydarzyła się nie mi, tylko koledze, bo sam z siebie to ostatnio nie mam zbyt wielu pouczających historii. Kolega z kolei nie ma bloga, więc rozwiązanie jakby samo się narzucało. Kolega nie ma też na imię Henrique, więc historia jest prawdziwa.

A było to tak. Rzeczony kolega, nazwijmy go Artemon, bo dzisiaj są akurat imieniny Artemona, siedzi sobie na kanapie i pije sok pomarańczowy. Kanapa w sensie przestrzennym znajduje się w jego dużym pokoju, a w sensie czasowym – w okolicach trzeciej nad ranem, co jest, moim zdaniem, dziwną porą na picie soku pomarańczowego, ale w sumie kim ja jestem, żeby Artemona osądzać. Zwłaszcza, że gdyby zamiast pić sok, spał, to nie usłyszałby, jak sąsiedzi za ścianą się kłócą.

– I to nie była taka normalna awantura małżeńska – opowiada mi później Artemon. – Bo jak ja się na przykład kłócę z żoną, to najpierw ona drze ryja, potem ja, potem znowu ona, rozumiesz, kulturalnie, jak w debacie prezydenckiej, każdy ma swoje dwie minuty, tak się ładnie po partnersku kłócimy, bo my jesteśmy zgodnym i szczęśliwym małżeństwem.

Milczę i kiwam głową, bo ja się przecież na kłótniach w ogóle nie znam. My z żoną całe życie tylko się przytulamy i patrzymy sobie czule w oczy i tej wersji będę się trzymał.

– Ale u tych sąsiadów to było słychać prawie tylko jego – kontynuuje Artemon. – Całe perory wykrzykiwał, dramaturgię budował i kolejne punkty oskarżenia wyliczał. A ta druga osoba to coś tam z rzadka tylko cichutko odpowiadała i właściwie to tylko po tym, że ją pieszczotliwie nazywał kurwą, domyśliłem się, że to prawdopodobnie jego partnerka życiowa.

I w tym momencie muszę wam o Artemonie powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, to człowiek bardzo czuły na krzywdę niewieścią i kiedy się ostatnio w mediach znowu ożywiła dyskusja na temat przemocy domowej, to on się strasznie w to wkręcił. I ja go rozumiem, bo mnie też ruszył radny Piasecki ze swoim zapomnianym z niewdzięczności kwiatkiem oraz reżyser Dejczer dręczący swoją żonę, która mówi w Kucykach głosem Rarity, za co jeszcze kiedyś go ze Spike’iem dojedziemy. I dlatego od paru tygodni Artemon mało ze skóry nie wyjdzie, tak bardzo chciałby powstrzymać jakąś przemoc domową, ale – i tu dochodzimy do drugiej rzeczy, którą musicie o nim wiedzieć – na jego osiedlu mieszkają niemal wyłącznie emeryci i grzeczni studenci. Więc jeśli jakaś przemoc tam jest, to dobrze ukryta.

Możecie sobie zatem wyobrazić, że w opisywanej sytuacji Artemon natychmiast odstawił sok pomarańczowy, ubrał się i poszedł pod sąsiednią klatkę. Pierwotny plan zakładał, że (1) zadzwoni domofonem pod mieszkanie przylegające do jego mieszkania, (2) powie, że chce rozmawiać z panią, co w tym mieszkaniu mieszka, (3) zapyta ją, czy wszystko OK. Ale w końcu zamiast tego wszedł na klatkę i bardzo dobrze zrobił, bo to wcale nie było to mieszkanie przylegające, tylko piętro niżej. Tak dobrze się po zbrojonym betonie dźwięk niesie! Czyli ci wszyscy sąsiedzi, co zawsze potem na rozprawie twierdzą, że nic nie słyszeli, to łżą jak bure szczure.

Po namierzeniu właściwych drzwi, Artemon przystanął pod nimi, żeby lepiej się rozeznać w sytuacji, bo z tej odległości to słychać było już każde słowo toczącej się nadal kłótni. No i znowu się okazało, że dobrze, że nie zadzwonił domofonem i nie chciał rozmawiać z panią, co tam mieszka, bo tam żadna pani nie mieszkała. Zapomniałem bowiem wspomnieć, że trzecią – oprócz studentów i emerytów – grupą licznie występującą na Artemonowym osiedlu byli geje.

Artemon zgłupiał totalnie, bo on jednak wychowany był w tradycyjnym modelu patriarchalnym i nie miał pojęcia, jak ustalić, kto jest sprawcą, a kto ofiarą w sytuacji, kiedy wszyscy zainteresowani mają siusiaki. Stał więc nadal i słuchał. Na szczęście dość szybko wyjaśniło się, że sytuacja nie jest na tyle poważna, jak się wcześniej zdawało. Okazało się, że jeden z panów jest taki cichy i małomówny głównie z powodu przebywania w stanie wskazującym, co bardzo miał mu za złe pan głośny i elokwentny. W chwili, kiedy Artemon stawił się pod drzwiami, sugerował właśnie partnerowi, żeby wypierdalał z domu. Jego współgej przytomnie jednak zauważył, że przecież to jego mieszkanie. Kłótnia utkwiła zatem w martwym punkcie, obaj panowie pogrozili sobie jeszcze tylko, że rano to dopiero sobie pokażą i poszli spać.

Artemon wracał do domu z poczuciem ulgi, że nikt tam jednak nikogo w sąsiednim mieszkaniu sznurem od żelazka nie okładał i jeszcze większej ulgi, że obyło się bez wzywania policji. No bo czy dzielni policjanci umieliby się odnaleźć w sytuacji nieheteronormatywnej przemocy domowej? Obaj z Artemonem wątpimy. Z drugiej strony myślimy sobie, że takiemu gejowi jednak łatwiej jest uciec z patologicznego związku niż kobiecie, która z reguły ma niższą pensję, wspólnotę majątkową i wspólne dzieci z oprawcą. Ciekawe, co by w tym względzie zmieniłyby związki partnerskie z prawem do adopcji dzieci.

A tak naprawdę, to sam nie wiem, czy z tej historii w ogóle jest jakiś morał, ale się wydarzyła i już.

Kochajmy płazy!

Trwa właśnie okres rozrodczy płazów. To ważne wydarzenie w życiu naszego ekosystemu i chciałbym was nim zainteresować za pomocą kilku ciekawostek.

1. Dlaczego żaba przebiegła przez drogę? Żeby poruchać. To ważna rzecz w życiu żaby.

Kierowco! Zwolnij. Patrz pod koła. Chroń życie kijanki w fazie prekoncepcyjnej.

2. U żab i ropuch do zapłodnienia dochodzi pozaustrojowo (in bajoro). Jeżeli bajoro jest brudne, kijanki wykluwające się z jajeczek są zwyczajnie głupie. Głupie kijanki to zagrożenie dla zrównoważonego rozwoju miast i wsi.

Turysto! Dbaj o czystość zbiorników wodnych.

3. Kijanki żaby trawnej zapylają ponad 80% kwiatów mięty wodnej (Mentha aquatica), z której pozyskiwany jest mentol, wykorzystywany w przemyśle spożywczym. W raporcie opublikowanym w 2011 r. firma Menthos deklaruje, że obserwowany od ponad dekady spadek liczebności płazów ziemno-wodnych drastycznie ograniczył dostępność tego surowca. Dla giganta spożywczego oznaczało to wielomilionowe straty i konieczność wprowadzenia nowych smaków, np. Menthos Choco.

Konsumencie! Nie kupuj Menthos Choco. Niedobre są.

4. Żaby i ropuchy są objęte w Polsce ochroną gatunkową, nie dotyczy to jednak osobników rozmnażanych w niewoli na specjalnych płazich fermach. Pod koniec marca tego roku minister Szyszko zbulwersował opinię publiczną, urządzając w swojej posiadłości istną rzeź pozyskanych od hodowców żab jeziorowych. Z dwudziestu klatek wypuszczono kilkaset płazów, a minister i jego goście uganiali się za nimi ze słomkami. Pan Szyszko chwalił się później w mediach społecznościowych żabą nadmuchaną przez siebie do rekordowych rozmiarów. Trofeum prawdopodobnie zawiśnie nad jego kominkiem między motylkiem z oberwanymi skrzydełkami, a własnonożnie rozdeptaną dżdżownicą.

Ministrze! Pierdol się.

Internauto! Jeżeli chcesz wyrazić solidarność z płazami bezogonowymi, to umieść żabę na swoim zdjęciu profilowym i udostępnij ten post. I bądź miły dla spotkanych żab i ropuch. Uważaj jednak, aby zbytnio się z nimi nie spoufalać. Pamiętaj! Całując żabę, całujesz wszystkie księżniczki, z którymi ona była.

Na kładce

Siedzimy sobie we trzech: ja, Henrique, czyli mój wymyślony przyjaciel z Mozambiku, oraz Eduardo, wymyślony przyjaciel ministra Waszczykowskiego (wiadomo, skąd). Jest sobota wieczór, posadowiliśmy się wygodnie na kładce dla pieszych nad ul. Górnośląską, dyndamy nogami i pijemy rum. Alkohol pity w miejscu publicznym może sprowadzić na nas kłopoty, ale Eduardo poza rumem nie przyjmuje żadnych innych płynów. Widać minister Waszczykowski pojmuje świat nieco stereotypowo.

Na szczęście policja ma co innego do roboty, bo pod nami, wymachując transparentami i wykrzykując hasła, suweren idzie pod Sejm.
– Kto to? – pyta Henrique.
Rzucam w dół fachowym okiem mieszkańca stolicy. Głównie kobiety, brak szpitalnych fartuchów, brak parasolek, stroje może nie tam zaraz różnokolorowe, ale na pewno nie czarne.
– Nauczyciele – ustalam drogą eliminacji.
– Szego one kcieć? – pyta Eduardo, obdarzony przez pana ministra typową dla egzotycznych sojuszników Polski składnią Kalego z Pustyni i w puszczy.
– One nie chcieć reforma edukacji – mówię głośno i powoli.
– Czyli chcą, żeby było jak dawniej? – upewnia się Henrique.
Tu już odpowiedź nie przychodzi mi tak łatwo. W sumie kto tam wie, czego chcą nauczyciele. Z czasów szkolnych pamiętam, jak mówili, że chcieliby stawiać nam same piątki, ale ich czyny świadczyły zgoła o czym innym.
– No… Chyba tak… – mówię niepewnie.
– A ci, co robić reforma, kcieć nowocieśna, lepsia śkoła, tak? – pyta Eduardo. Widać minister Waszczykowski obdarzył go nie tylko oszałamiającym afro i  wytatuowanym torsem widocznym spod rozchełstanej koszuli, ale też niezachwianą wiarę w Dobrą Zmianę.
– No, nie – sprostowuję. – Oni też chcieć, żeby być jak dawniej. Tylko że jeszcze dawniej. Wizjonerstwa u nas niet. PiS chcieć, żeby być tak, jak przed rządami opozycji, a opozycja chcieć, żeby być tak, jak przed rządami PiS.
– Chcą po staremu? – dziwi się Henrique. – Nawet ci, co się nazywają .Nowoczesna?

Następne 5 minut spędzamy, śmiejąc się serdecznie z nazw polskich partii politycznych.
– “Nowoczesna”! Hahahaha!
– “Obiwatelszka”! Hohohoho!
– “Prawo”! O, ja cię, nie wytrzymam!
Na koniec z pewnym zażenowaniem stwierdzam, że jedyną adekwatną nazwę (a właściwie skrót) ma partia KORWiN.
– A ty, Wojtek? – pyta Henrique. – Nie chcesz, żeby wróciła Polska sprzed PiS? Przecież ich nie cierpisz.
– Nie cierpię – potwierdzam. Eduardo momentalnie zmienia się w pachnącą Karaibami mgiełkę i rozpływa w powietrzu. W głowie ministra Waszczykowskiego nie ma miejsca na krytykę partii rządzącej. – Ale ta Polska sprzed PiS nie była lepsza.
– Nie była? Dlaczego? – dziwi się Henrique.
– Bo to była Polska, w której wybory wygrywa PiS.

Tragizm sytuacji zostaje złagodzony przez fakt, że choć Eduardo zniknął, to jego rum pozostał.

Po świątyni Kalliopy drepcą me w sandałach stopy

Działo się to wiosną zeszłego roku. Większość poniższego tekstu napisałem właśnie wtedy, na świeżo, ale nie dokończyłem, bo coś, i nie opublikowałem aż do teraz. I wielka szkoda, bo gdybyście historię poznali wtedy, a epilog dopiero dzisiaj, to byłoby pierdolnięcie, a tak to jest jedynie tani lans. Trudno.

A było to tak. Pięknego wiosennego dnia wstałem-zjadłem, ubrałem-się-umyłem, po czym popedałowałem jedną nogą (bo druga aktualnie była zepsuta) na PGE Stadion Narodowy. Rower zostawiłem pod bramą, wkuśtykałem po tych wielkich schodach, co je tam na moją zgubę pobudowali i poszedłem do toalety, żeby się przebrać w elegancką odzież (#jaksuperman). Czyli konkretnie zdjąłem wytarte i pomięte ciuchy, w których jeżdżę na rowerze i włożyłem wytarte i pomięte ciuchy, które wyglądają, jakby celowo były wytarte i pomięte, bo taki nosiciel ma styl. A przynajmniej mam nadzieję, że tak wyglądają.

Oraz przygładziłem włosy.

Podobając się sobie po tych zabiegach bardzo, podszedłem do rejestracji Warszawskich Targów Książki i powiedziałem, że jestę poczytnym autorę i poproszę identyfikator. Protip na przyszłość: nie legitymują, do razu dają (#lifehack). Wszedłem, usiadłem przy stoliku i wyciągnąłem długopis, bo w planie było podpisywanie książki, która jakoś tam też jest trochę moja.

Podpisywanie trwało dwie godziny i było przesympatycznie. No bo, wiecie, ludzie przychodzą z książką i mówią, że fajna, dzieci patrzą na ciebie z zachwytem, dziewczęta ukradkiem wsuwają ci w dłoń klucze do swoich pokoi hotelowych, młodzieńcy mówią, że jak dorosną, to chcą być tobą, nobliwe matrony zachwalają cnoty swoich córek na wydaniu, szejkowie kuszą petrodolarami za prawa do ekranizacji i tak dalej.

Naprawdę i na serio, było bardzo miło. Na dowód przedstawiam zdjęcie, na którym w doborowym towarzystwie uśmiecham się błogo:

targi-ksiazki

Pierwszy raz wstawiam na Kompostowni zdjęcie twarzy, więc chyba mogę się już całkiem zdemaskować. Nazywam się Wojtek. Skończyłem XVII LO A. Frycza-Modrzewskiego w Warszawie, o czym wszystkim przypominam przy każdej okazji. Kiedy tylko mogę, chodzę boso, a kiedy nie mogę, bo muszę być elegancki, to zakładam koszulę z krótkim rękawem. Noszę okulary. W dzieciństwie chciałem być Indianinem.
Źródło zdjęcia: http://biblioteki-szkolne.blogspot.com/2016/05/bso-na-warszawskich-targach-ksiazki.html

Nie mam natomiast zdjęcia dowodzącego, że rzeczywiście byłem na Stadionie Narodowym, choć już wiem, jak takie się robi. Podsłuchałem bowiem młodego człowieka tłumaczącego drugiej młodej człowiekowi, że należy skierować obiektyw na płytę boiska (żeby było wiadomo, że to TEN stadion), jednocześnie wsadzając w kadr kawałek swojej ręki, na dowód, że to zdjęcie własne, a nie z netu. Tak też młoda człowiek zrobiła, składając przy tym palce w znak “V”, co wywołało u młodego człowieka pomruk dodatkowego uznania.

Ale kiedy podpisywanie się skończyło i zrobiłem sobie rundkę po stoiskach, to poczułem się cokolwiek nie na miejscu. No bo, heloł, co ci wszyscy ludzie mają z tymi książkami? Tłoczą się, przepychają i ekscytują ponad miarę, a oczy im się przy tym błyszczą jak fikuśnie piercingowanemu psu jaja. I kupują te książki siatami całymi, tachają do domu, nie wiem, po co, na przetwory może? A do jednego pana autora to była wielka kolejka przez 5 stoisk, dwa razy dłuższa niż do Grocholi nawet, a mi ten pan autor nic nie mówił. Ani jego twórczość, ani twarz, ani nazwisko. Z grupą kolarską Supradyn Witaminy się tylko kojarzył.

No bo szczerze, to ja z książkami od paru lat tak raczej nie bardzo (dlaczego tak jest, to temat na osobny wpis). W ubiegłym roku może z 8 przeczytałem, z czego większość córce. I powiem, że naprawdę trochę głupio przychodzić do tej PGE Świątyni Literatury jako pan autor, czyli jakiś w sumie taki trochę kapłan tej świątyni, albo ministrant przynajmniej, kiedy samemu się nie czyta.

Więc żeby jakoś ratować twarz, podreptałem nerwowo w kółko i kupiłem co następuje:

  • książkę kolegi, no bo skoro wziął i napisał, to trzeba,
  • jedną książkę dla mamy i drugą dla teściów, bo oni wszyscy chyba czytają (no, w każdym razie wiem, że umieją),
  • Konstytucję RP dla siebie, bo to przynajmniej krótkie jest i nie ma opisów przyrody, a poza tym słyszałem, że ma być niedługo sequel, więc chciałem sobie przypomnieć, co tam było wcześniej.
  • książkę dla dzieci, bo podobno jak im nie będę czytał 20 minut dziennie, to się wyda, że jestem chujowym ojcem.

A ponieważ dłużej już naprawdę nie mogłem wytrzymać między tymi wszystkimi stoiskami ze strawą duchową, to uciekłem na płytę boiska, gdzie stali ludzie z planszówkami. Tam było lepiej, bo chłodniej i ludzi jakoś mniej, ale w sumie to ja z planszówkami mam podobnie jak z książkami. W sensie nie gram, ewentualnie od czasu do czasu w coś tam z córką. Ale przypomniało mi się, że w dzieciństwie strasznie jarało mnie rysowanie plansz, wycinanie kart i układanie zasad. No i na fali tej nostalgii pomyślałem sobie, że chuj, skoro da się książek nie czytać, tylko pisać, to może i da się w gry nie grać, tylko je układać.

Kupiłem jedną grę (dla córki) i poszedłem do domu.

EPILOG:
Noga się zasadniczo zaleczyła.
Konstytucji ciągle nie doczytałem do końca.
W zeszłym tygodniu Pewne Poważne Wydawnictwo zgodziło się wydać moją grę.

SOR

Z synem coś było nie halo, więc zabrałem go do pani doktor. Bywamy u niej często i w sumie to muszę kiedyś zagadać, czy nie pozwoliłaby nam zamieszkać u siebie w jakiejś komórce pod schodami czy coś, bo co ja tak będę ciągle jak głupi jeździł wte i nazad. Pani doktor potwierdziła moją wstępną diagnozę, że z synem jest coś nie halo, a ponieważ ta niehalość miała charakter nawracający, to posłała nas do szpitala na SOR, żeby nam tam zrobili niehalografię, a w razie potrzebny położyli na oddział i leczyli. No to dzwonię do żony, że halo, z dzieckiem nie halo, niehalość nawracająca, zbieraj się, grażynko, kierunek szpital. A potem drugi telefon do taty, że z dzieckiem młodszym nie halo, szpitalu halo witaj nam i czy mógłby ode mnie zabrać to starsze, bo mi w tej chwili niepotrzebne, a nawet zawadzać będzie, to lepiej może niech sobie posiedzi z dziadkami, pokoloruje jednorożce, wyżre wszystkie żelki ze spiżarki i scementuje więź międzypokoleniową.

No i czy wy widzicie, jakie to jest niesamowite?! Dwa prztyknięcia tym takim śmiesznym telefonem, co się w kieszeni mieści i już na dwóch końcach miasta odpalają dwa silniki i nadjeżdża odsiecz! Kurwa, jakbym o tym opowiedział Napoleonowi, to by mi nie uwierzył, że takie rzeczy możliwe oraz dodałby coś po francusku, a ja bym nie zrozumiał. W czasach Napoleona to ja bym z tym dzieckiem zapierdalał saniami po śniegu (bo efekt cieplarniany jeszcze niewynaleziony byłby) i to nie do szpitala, tylko do jakiegoś lekarza powiatowego od puszczania krwi. I to sam, bo żona by była nieżywa od dawna na jakąś zarazę, a tata na niezoperowane serce. A nie, w sumie to nie jechałbym, bo przecież bez antybiotyków to bym dzieci już nie miał. No więc, powtarzam, to wszystko jest totalnie niesamowite, ale już przywykliśmy. Więc żona tylko pakuje kanapki, a ja wygodne japonki na zmianę, bo wiemy, ile się na SORze czeka, i jedziemy.

Szpital nowiutki, pachnący, wykładzina lśni aseptycznie, kanapy w poczekalni spoglądają zapraszająco, tylko pacjenci jacyś nie w sosie. To znaczy rodzice pacjentów, bo same dzieci to w większości mają wyjebane i ganiają się radośnie po pokojach. Tak jest, po POKOJACH. Liczba mnoga. Mamy ich do dyspozycji cztery: poczekalnia z kanapami, bawialnia z książkami, przewijalnia z przewijakami i polegiwalnia z pufami. W rejestracji mówią, że na wejście do gabinetu trzeba będzie poczekać ze cztery godziny, no ale chuj, przecież jak ktoś codziennie dwie godziny stoi w korku, to chyba może raz do roku poczekać cztery? Zwłaszcza że, jak wynika z moich obliczeń, każdą godzinę można spędzić w osobnym pokoju.

Do gabinetu wchodzimy w końcu po jakichś pięciu i pół, bo ciągle przepuszczali przed nas kogoś, kto połknął igłę albo co. No ale to zrozumiałe chyba. A w gabinecie siedzi lekarka, która skończyła te trudne i długie studia właśnie dla takich chwil jak ta, kiedy przed północą ogląda nasze dziecko, z którym coś nie halo. I uśmiecha się do niego. I posyła na wypasionego rentgena najnowszej generacji, który okazuje się być w chuja wielką i skomplikowaną maszyną, która pokazuje niezbicie, że wcale nie jest z naszym synem tak nie halo, jak się wszystkim wydawało i kocham ją za to. Więc jedźcie, państwo, do domu, łykajcie, wziewajcie, skontrolujcie się za parę dni.

No i co prawda w tej poczekalni jak zwykle dostaliśmy gratis jakiegoś rotawirusa, i żona z synem spędzili dzisiejszą noc puszczając tzw. wielorybki, no ale hej, niech to nie przysłoni pozytywnego wydźwięku przytoczonej historii pełnej niezawodnych dziadków, dyżurujących lekarzy i sprzętów typu future-is-now.

Bystrzy jesteście, więc pewnie już się domyślacie, do czego zdążam. Ten wpis mógłby przecież brzmieć: “Ale chujowy Sylwester 😦   Najpierw 7 godzin na SORze, a potem rotawirus. 2016 roku, idź już sobie!”

I zdradzę wam sekret. Marne szanse, żeby nadchodzący rok był jakoś wyraźnie lepszy od mijającego. Ale życzę wam, żeby sprawił wam dużo radości.


PS. To czysty przypadek, że ten kompost wychodzi niemal równocześnie z inną opowieścią o SORze. Sprzeczności nie widzę. Nasza służba zdrowia jest, rzekłbym, korpuskularno-falowa. I na trytki, i cudowna.

Zmarli

Pomysł, żeby bać się zmarłych, wydaje mi się dość ekscentryczny.

I to nawet nie chodzi o to, że nie wierzę w duchy. To znaczy, nie wierzę, ale płytka jest ta moja niewiara. Na przykład w seansie spirytystycznym nigdy bym nie wziął udziału. A jak bym wziął, to istnieje ryzyko, że ze strachu zsikałbym się pod ten stolik z tym talerzykiem. Przy czym nawet w trakcie nie miałbym żadnych wątpliwości, że duchy nie istnieją. Bo to jak z horrorem oglądanym nocą w pustym mieszkaniu: wiesz, że to tylko film, ale i tak się boisz. A jak następnego ranka ładna pani w serwisie informacyjnym mówi ładnym głosem rzeczy nie tylko straszne, ale i prawdziwe, to nawet ci powieka nie drgnie.

Ludzki mózg działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

Ale ten wpis nie jest o tym, jak mózg działa, tylko o sytuacji, w której już nie działa, bo razem z resztą człowieka ulega właśnie biodegradacji sześć stóp pod ziemią. A konkretnie o tym, że ja nie bardzo rozumiem, skąd się wziął obecny w wielu (we wszystkich?) kulturach lęk przed tym, że jak już pradziadka zakopiemy, to pewnej nocy pradziadek wstanie i do nas przyjdzie. Lęk, który przez wieki kazał nam zostawiać pradziadkowi jadło i napitek, żeby się obżarł, rozleniwił i nie miał już ochoty ruszać duszy do wsi. Lęk, który kazał sadzić wokół cmentarza kolczaste drzewa i krzewy, przez które pradziadek się nie przedrze (widać wstać z grobu to jedno, a trafić do furtki – drugie). Lęk, który pierwotnie zainspirował nas do tego całego palenia świeczek na grobie, żeby światło zniechęcało pradziadka do nocnych wycieczek poza mogiłę.

No, a ja się pytam: czego tu się lękać? Dlaczego pradziadek miałby nam zrobić coś złego? Przecież my potomkowie jego ukochani. No, wyobraźcie sobie, że umieracie, a na świecie zostają wasze dzieci, żona, zięciowie, wnuki. I akurat jest pełnia, więc dostajecie przepustkę i na parę godzin możecie wyskoczyć do domu. I co? Będziecie swoim bliskim brzękać łańcuchami albo garnki z półek zrzucać? No chyba, kurwa, nie.

A jakiś duch obcy, niepradziadkowy, to po co miałby do was przyłazić? Za życia nie bywał, to po śmierci będzie się narzucał? No bez sensu pomysł. Jedyny przypadek, kiedy jakoś tam rozumiem lęk przed nachodzeniem przez nieboszczyka, to sytuacja, kiedy za życia doznał on od nas jakiejś krzywdy. Czy wręcz nawet troszkę pomogliśmy mu tym nieboszczykiem zostać. To już zupełnie inna para trupięgów! Tu rozumiem, sumienie męczy, strasznie obrazy podpowiada. Słusznie, poniekąd.

Sumienie działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

zmarli2

Ale ponieważ nie wydaje mi się, żebym miał kosę z którymkolwiek ze zmarłych, to czuję się w ich obecności całkiem dobrze. Dlatego najchętniej chadzam na cmentarz po zmroku, kiedy żywi nie plączą się między grobami i nie zakłócają spokoju. W ogóle najbardziej lubię cmentarze za ten spokój. Idę sobie alejkami i, jeśli jeszcze całkiem ciemno nie jest, czytam inskrypcje na płytach.

Żyła lat 71, pogrążeni w żalu mąż, córka i wnuki

Zginął w Niemczech (daty nie ma, widać łobuzy od historii nie podały)

Anielka. Ur. 11 V 1967, zm. 16 V 1967

I tak dalej.

Tyle tam żyć różnych, tyle historii, emocji, szczęścia i tragedii. I wszystko już nieaktualne. Wszyscy sobie teraz leżą tak samo. Bogaci i biedni, ładni i brzydcy, sympatyczni i gburowaci.

Podobno to dla niektórych ludzi przygnębiające. Dla mnie wręcz przeciwnie. Mnie to uspokaja. Kiedy tak idę między grobami, to czuję się trochę, jakbym patrzył na śpiące dzieci w żłobku. Biegały, hasały, kaszką pluły, klockami się napierdalały, a teraz leżą i śpią, aniołki kochane.

Ten tutaj cały dzień skakał, rozrabiał i powtarzał zasłyszane od starszego brata brzydkie słowo. A teraz śpi. Ta obok tak strasznie płakała za mamą, że nawet zupki nie tknęła. A teraz śpi. Ta wierzgała, rzucała się, do łóżka nie dawała się zagonić, zaklinała się, że nie chce jej się spać. A teraz śpi. A ten był już taki zmęczony, że nie miał siły walczyć, sam się ułożył na poduni. I śpi.

Wszystkie śpią, aniołki.

 

Ratownik

– Co tam dzisiaj było w przedszkolu, córeczko?
Pokój wygląda jak chlew po tornadzie, syn jeździ samochodzikiem po talerzu, całe żarcie już dawno wystygło, a kot próbuje mi podpierdzielić mięso z widelca. Ale chuj z tym, jest biesiada, jest small talk.
– Przyszedł pan ratownik!
– Taki co jeździ karetką?
No bo przecież nie wodny. Raczej aż tyle nie płacimy na tę Radę Rodziców, żeby przedszkole mogło basen w piwnicy pierdolnąć. Chyba, że oni uczęszczają chyłkiem na jakąś pływalnię, a ja znowu przegapiłem ogłoszenie w szatni i nie wyposażyłem dziecka w czepek, kostium z Elsą i klapki… Cholera.
– Nieee… Taki inny… Taki… Eeee…
Okej, czyli basenu nie ma. Alarm odwołany. No dobra, to niech ona teraz poszuka odpowiedniego słowa, a ja spróbuję nafutrować to drugie.
– Jedz synku mięsko. Nie sam makaron.
– Nie e am-am! Nie e am-am!
To nie jedz! W ogóle, jak ci tak wszystko nie pasuje, to się wyprowadź, zaciągnij na jakiś okręt i żryj śledzie z beczki.
– To może ogórka?
– Tata, ten pan miał, zobacz, miał tutaj…
Na piersi.
– …taką odznakę z orzełkiem…
Urzędnik stanu cywilnego?
– …i syrenki tu na rękawach.
Czyli albo wydziarany recydywista, albo…
– To może to był strażnik miejski?
– Tak! I uczył nas o bezpieczeństwie.
– Świetnie! O tym, jak przechodzić przez ulicę?
– Nie.
No to o czym, kurwa? Jak ochronić się przed zagładą jądrową, zakładając żółte blokady na koła?
– No, mówił… No, na przykład jest taka sytuacja: rodzice wyszli po zakupy i zostawili nas w domu…
Aha, czyli o tym, żeby nie wpuszczać obcych. Słusznie. Ale tu na razie nie ma stresu, bo młoda nie sięga jeszcze do zasuwki. Może sobie najwyżej z jehowymi przez domofon pogadać. Swoją drogą może warto zorganizować taką ustawkę? #słuchałbym #żarłbympopcorn.
– …samych w domu. Z wujkiem.
Uuuuu, to widzę z grubej rury! Będzie o złym dotyku, jak nic! Dobra, ostrożnie.
– No i co ten wujek?
– No i patrzymy, a ten wujek leży i się nie rusza.
Co, kurwa?!?!
– Eee, leży?
– Tak! Leży nieprzytomny i trzeba sprawdzić, czy oddycha…
O kraju mój wódką i winem płynący! Co twa pięcioletnia córa wiedzieć winna o bezpieczeństwie? Proste: jak zbierać nieprzytomnego wujka z podłogi. Dziękuję, kurtyna.
– …i sprawdza się tak, że tak robisz głowę i tu patrzysz. A potem, tak składasz ręce i mocno naciskasz na serce. I trzeba wezwać pomoc.
A może to i dobrze, że się tego uczą? Cholera wie, kiedy przy nich dostanę zawału. Taka wiedza będzie wtedy jak znalazł.
– Synku, nie wylewaj picia na kota!
Nie no, serio, jak ja byłem w jej wieku, to strażnicy miejscy do przedszkola nie przychodzili, tylko malowaliśmy obrazki na Dzień Milicjanta. A teraz okazuje się, że pan strażnik przyniósł nawet fantoma, na którym dzieci mogły poćwiczyć reanimację wujka. Fantom był elektroniczny i gadał, więc normalnie prawie R2D2.
– I na koniec pan powiedział, że się niedługo znowu zobaczymy.
– O, to ciekawe, o czym będzie następnym razem.
– Ja wiem, co będzie następnym razem! Powiedział, że podzieli nas na grupy i będziemy coś robić. Jakieś rzeczy.
OK, to jesteśmy umówieni.

Ogłoszenie

Artykuły z “Internetowego Merkuriusza Stegien-Północ”, które zacząłem udostępniać na swoim prywatnym profilu na Facebooku, podobają mi się tak bardzo, że postanowiłem podzielić się nimi z szerszym gronem odbiorców. Od dzisiaj “Merkuriusza” będzie można czytać również na facebookowym profilu Kompostowni. Kto jeszcze nie polajkował, ten trąba.

Czemu nie śpię

Miałem kiedyś jako zdjęcie w tle na FB ustawioną grafikę z napisem “Droga trzecio nad ranem, musimy przestać widywać się w ten sposób. Zdecydowanie wolałbym z tobą sypiać”. Ale oczywiście na deklaracjach się skończyło i nadal zbyt często widujemy się przy biurku. Na przykład w ciągu ostatnich paru lat tylko raz się zdarzyło, żeby komputer przestawił się z czasu zimowego na letni (albo z powrotem) pod moją nieobecność.
Lubię myśleć, że to dlatego, że w dzień jestem ojcem, a w nocy freelancerem. Ale to w najlepszym wypadku tylko część prawdy. Pozostałą część dobrze ilustruje poniższa historia.
Noc ciemna, noc głucha, ewidentnie pora spać. Niechętnie wstaję od komputera i zaczynam dreptać w stronę łazienki. Wpół dreptu kątem oka dostrzegam dziwne błyski w oddali za oknem. Dziwne, bo nieregularne. Raz dłuższe, raz krótsze, z większymi lub mniejszymi przerwami pomiędzy. Zupełnie jakby ktoś nadawał morsem. Błyska się w jednym z okien bloku oddalonego o jakieś 300 m, więc szczegółów nie widać. (Nasze osiedle zbudowano w latach 70., kiedy królowała inna filozofia zagospodarowania przestrzennego, dzięki czemu z okna można sięgnąć wzrokiem dalej niż o rzut słoikiem). Wyciągam tedy lornetkę, którą przezornie zawsze trzymam w szufladzie biurka i, z braku atrakcyjnych sąsiadek przebierających się przy zapalonym świetle, używam do oglądania wron. Ogniskuję soczewki na migającym punkcie i ustalam niezbicie, że to zepsuta świetlówka.
No i OK. Świetlówka się zepsuła i nadaje morsem. Przypuszczam, że większość w miarę normalnych osób idzie w tym momencie umyć zęby i spać. Bo te całkiem normalne to śpią już od 3 godzin.
Ale, kurwa, nie ja. Ja wyciągam tabelę kodu i sprawdzam, co ta świetlówka nadaje. Powtórzmy to sobie jeszcze raz: wiem, że to świetlówka, wiem, że nie nadaje nic, ale i tak, zamiast iść spać, sprawdzam. Jeśli kogoś interesuje wynik, to komunikuję, że wiadomość nie miała żadnego sensu i była w niej nadużywana litera “T”.
Przed snem nagrywam jeszcze telefonem film dokumentalny, który zamieszczam poniżej. Nie zarejestrowały się na nim krótsze rozbłyski świetlówki (w centrum kadru), ale za to pojawiają się inne ładne efekty wizualne w postaci zapalających się i gasnących rzędów świateł po bokach (to okna klatek schodowych zasłaniane i odsłaniane przez poruszane wiatrem gałęzie).
I sumie film ten byłby swego rodzaju pomnikiem mojej żenującej walki z własnym cyklem okołodobowym, gdyby nie to, że podłożyłem pod niego muzykę. Z dobrą muzyką wszystko wydaje się wspaniałą przygodą i wzbogacającym duchowo nocnym przeżyciem.



PS. Na potrzeby tego posta zostałem jutuberem i dumam, jak to w przyszłości wykorzystać ku Waszej i mojej uciesze.

Dzidzia

– Mam prawo nienawidzić, kogo chcę. – oświadczył z dumą koleś w nocnym, kiedy młody człowiek z dredami przepasanymi niebieską chustką grzecznie zwrócił mu uwagę, że piosenka “Jebać brudasa / jebać rastafarianina / w niebieskiej chusteczce / chodzi dziewczyna” jest dla niego jednak trochę obraźliwa. I wcale nie był, ten nienawidzący, taki znów młody, tak bardzo pijany ani taki łysy, jak można by przypuszczać na podstawie samego opisu zdarzenia. Suchy opis nie odda też tonu, którym to powiedział. Brzmiało to jak “mój dziadek zginął w powstaniu, żeby dzisiaj każdy mógł nienawidzić, kogo chce!”.

Dla równowagi: rozkosz językowa na naszym placu zabaw dzięki rodzicielstwu multi-kulti. Śródziemnomorski ojciec łamaną polszczyzną udziela córce informacji zwrotnej, że psieciesz mogla zrobicz dzidzi ksziwde! A wobec jej oporów poznawczych, daje się nieco ponieść emocjom i przechodzi na język ojczysty, uświadamiając dziecku, że kabahatakrampateha dzidzia! Gehdekrhabohekhera dzidzia karakhoutroke! Dzidzia mukurukatakaturokhumuserkh!
I fantazjuję, że może on kiedyś zabierze córkę na wakacje do środziemnomorskich dziadków i przywiezie śródziemnomorskiemu krajowi polskie słowo, którego najwyraźniej tam brakuje. Bo odpowiednik słowa “jebać” to na pewno mają.

Post Navigation

%d bloggers like this: