(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Na kładce

Siedzimy sobie we trzech: ja, Henrique, czyli mój wymyślony przyjaciel z Mozambiku, oraz Eduardo, wymyślony przyjaciel ministra Waszczykowskiego (wiadomo, skąd). Jest sobota wieczór, posadowiliśmy się wygodnie na kładce dla pieszych nad ul. Górnośląską, dyndamy nogami i pijemy rum. Alkohol pity w miejscu publicznym może sprowadzić na nas kłopoty, ale Eduardo poza rumem nie przyjmuje żadnych innych płynów. Widać minister Waszczykowski pojmuje świat nieco stereotypowo.

Na szczęście policja ma co innego do roboty, bo pod nami, wymachując transparentami i wykrzykując hasła, suweren idzie pod Sejm.
– Kto to? – pyta Henrique.
Rzucam w dół fachowym okiem mieszkańca stolicy. Głównie kobiety, brak szpitalnych fartuchów, brak parasolek, stroje może nie tam zaraz różnokolorowe, ale na pewno nie czarne.
– Nauczyciele – ustalam drogą eliminacji.
– Szego one kcieć? – pyta Eduardo, obdarzony przez pana ministra typową dla egzotycznych sojuszników Polski składnią Kalego z Pustyni i w puszczy.
– One nie chcieć reforma edukacji – mówię głośno i powoli.
– Czyli chcą, żeby było jak dawniej? – upewnia się Henrique.
Tu już odpowiedź nie przychodzi mi tak łatwo. W sumie kto tam wie, czego chcą nauczyciele. Z czasów szkolnych pamiętam, jak mówili, że chcieliby stawiać nam same piątki, ale ich czyny świadczyły zgoła o czym innym.
– No… Chyba tak… – mówię niepewnie.
– A ci, co robić reforma, kcieć nowocieśna, lepsia śkoła, tak? – pyta Eduardo. Widać minister Waszczykowski obdarzył go nie tylko oszałamiającym afro i  wytatuowanym torsem widocznym spod rozchełstanej koszuli, ale też niezachwianą wiarę w Dobrą Zmianę.
– No, nie – sprostowuję. – Oni też chcieć, żeby być jak dawniej. Tylko że jeszcze dawniej. Wizjonerstwa u nas niet. PiS chcieć, żeby być tak, jak przed rządami opozycji, a opozycja chcieć, żeby być tak, jak przed rządami PiS.
– Chcą po staremu? – dziwi się Henrique. – Nawet ci, co się nazywają .Nowoczesna?

Następne 5 minut spędzamy, śmiejąc się serdecznie z nazw polskich partii politycznych.
– “Nowoczesna”! Hahahaha!
– “Obiwatelszka”! Hohohoho!
– “Prawo”! O, ja cię, nie wytrzymam!
Na koniec z pewnym zażenowaniem stwierdzam, że jedyną adekwatną nazwę (a właściwie skrót) ma partia KORWiN.
– A ty, Wojtek? – pyta Henrique. – Nie chcesz, żeby wróciła Polska sprzed PiS? Przecież ich nie cierpisz.
– Nie cierpię – potwierdzam. Eduardo momentalnie zmienia się w pachnącą Karaibami mgiełkę i rozpływa w powietrzu. W głowie ministra Waszczykowskiego nie ma miejsca na krytykę partii rządzącej. – Ale ta Polska sprzed PiS nie była lepsza.
– Nie była? Dlaczego? – dziwi się Henrique.
– Bo to była Polska, w której wybory wygrywa PiS.

Tragizm sytuacji zostaje złagodzony przez fakt, że choć Eduardo zniknął, to jego rum pozostał.

Po świątyni Kalliopy drepcą me w sandałach stopy

Działo się to wiosną zeszłego roku. Większość poniższego tekstu napisałem właśnie wtedy, na świeżo, ale nie dokończyłem, bo coś, i nie opublikowałem aż do teraz. I wielka szkoda, bo gdybyście historię poznali wtedy, a epilog dopiero dzisiaj, to byłoby pierdolnięcie, a tak to jest jedynie tani lans. Trudno.

A było to tak. Pięknego wiosennego dnia wstałem-zjadłem, ubrałem-się-umyłem, po czym popedałowałem jedną nogą (bo druga aktualnie była zepsuta) na PGE Stadion Narodowy. Rower zostawiłem pod bramą, wkuśtykałem po tych wielkich schodach, co je tam na moją zgubę pobudowali i poszedłem do toalety, żeby się przebrać w elegancką odzież (#jaksuperman). Czyli konkretnie zdjąłem wytarte i pomięte ciuchy, w których jeżdżę na rowerze i włożyłem wytarte i pomięte ciuchy, które wyglądają, jakby celowo były wytarte i pomięte, bo taki nosiciel ma styl. A przynajmniej mam nadzieję, że tak wyglądają.

Oraz przygładziłem włosy.

Podobając się sobie po tych zabiegach bardzo, podszedłem do rejestracji Warszawskich Targów Książki i powiedziałem, że jestę poczytnym autorę i poproszę identyfikator. Protip na przyszłość: nie legitymują, do razu dają (#lifehack). Wszedłem, usiadłem przy stoliku i wyciągnąłem długopis, bo w planie było podpisywanie książki, która jakoś tam też jest trochę moja.

Podpisywanie trwało dwie godziny i było przesympatycznie. No bo, wiecie, ludzie przychodzą z książką i mówią, że fajna, dzieci patrzą na ciebie z zachwytem, dziewczęta ukradkiem wsuwają ci w dłoń klucze do swoich pokoi hotelowych, młodzieńcy mówią, że jak dorosną, to chcą być tobą, nobliwe matrony zachwalają cnoty swoich córek na wydaniu, szejkowie kuszą petrodolarami za prawa do ekranizacji i tak dalej.

Naprawdę i na serio, było bardzo miło. Na dowód przedstawiam zdjęcie, na którym w doborowym towarzystwie uśmiecham się błogo:

targi-ksiazki

Pierwszy raz wstawiam na Kompostowni zdjęcie twarzy, więc chyba mogę się już całkiem zdemaskować. Nazywam się Wojtek. Skończyłem XVII LO A. Frycza-Modrzewskiego w Warszawie, o czym wszystkim przypominam przy każdej okazji. Kiedy tylko mogę, chodzę boso, a kiedy nie mogę, bo muszę być elegancki, to zakładam koszulę z krótkim rękawem. Noszę okulary. W dzieciństwie chciałem być Indianinem.
Źródło zdjęcia: http://biblioteki-szkolne.blogspot.com/2016/05/bso-na-warszawskich-targach-ksiazki.html

Nie mam natomiast zdjęcia dowodzącego, że rzeczywiście byłem na Stadionie Narodowym, choć już wiem, jak takie się robi. Podsłuchałem bowiem młodego człowieka tłumaczącego drugiej młodej człowiekowi, że należy skierować obiektyw na płytę boiska (żeby było wiadomo, że to TEN stadion), jednocześnie wsadzając w kadr kawałek swojej ręki, na dowód, że to zdjęcie własne, a nie z netu. Tak też młoda człowiek zrobiła, składając przy tym palce w znak “V”, co wywołało u młodego człowieka pomruk dodatkowego uznania.

Ale kiedy podpisywanie się skończyło i zrobiłem sobie rundkę po stoiskach, to poczułem się cokolwiek nie na miejscu. No bo, heloł, co ci wszyscy ludzie mają z tymi książkami? Tłoczą się, przepychają i ekscytują ponad miarę, a oczy im się przy tym błyszczą jak fikuśnie piercingowanemu psu jaja. I kupują te książki siatami całymi, tachają do domu, nie wiem, po co, na przetwory może? A do jednego pana autora to była wielka kolejka przez 5 stoisk, dwa razy dłuższa niż do Grocholi nawet, a mi ten pan autor nic nie mówił. Ani jego twórczość, ani twarz, ani nazwisko. Z grupą kolarską Supradyn Witaminy się tylko kojarzył.

No bo szczerze, to ja z książkami od paru lat tak raczej nie bardzo (dlaczego tak jest, to temat na osobny wpis). W ubiegłym roku może z 8 przeczytałem, z czego większość córce. I powiem, że naprawdę trochę głupio przychodzić do tej PGE Świątyni Literatury jako pan autor, czyli jakiś w sumie taki trochę kapłan tej świątyni, albo ministrant przynajmniej, kiedy samemu się nie czyta.

Więc żeby jakoś ratować twarz, podreptałem nerwowo w kółko i kupiłem co następuje:

  • książkę kolegi, no bo skoro wziął i napisał, to trzeba,
  • jedną książkę dla mamy i drugą dla teściów, bo oni wszyscy chyba czytają (no, w każdym razie wiem, że umieją),
  • Konstytucję RP dla siebie, bo to przynajmniej krótkie jest i nie ma opisów przyrody, a poza tym słyszałem, że ma być niedługo sequel, więc chciałem sobie przypomnieć, co tam było wcześniej.
  • książkę dla dzieci, bo podobno jak im nie będę czytał 20 minut dziennie, to się wyda, że jestem chujowym ojcem.

A ponieważ dłużej już naprawdę nie mogłem wytrzymać między tymi wszystkimi stoiskami ze strawą duchową, to uciekłem na płytę boiska, gdzie stali ludzie z planszówkami. Tam było lepiej, bo chłodniej i ludzi jakoś mniej, ale w sumie to ja z planszówkami mam podobnie jak z książkami. W sensie nie gram, ewentualnie od czasu do czasu w coś tam z córką. Ale przypomniało mi się, że w dzieciństwie strasznie jarało mnie rysowanie plansz, wycinanie kart i układanie zasad. No i na fali tej nostalgii pomyślałem sobie, że chuj, skoro da się książek nie czytać, tylko pisać, to może i da się w gry nie grać, tylko je układać.

Kupiłem jedną grę (dla córki) i poszedłem do domu.

EPILOG:
Noga się zasadniczo zaleczyła.
Konstytucji ciągle nie doczytałem do końca.
W zeszłym tygodniu Pewne Poważne Wydawnictwo zgodziło się wydać moją grę.

SOR

Z synem coś było nie halo, więc zabrałem go do pani doktor. Bywamy u niej często i w sumie to muszę kiedyś zagadać, czy nie pozwoliłaby nam zamieszkać u siebie w jakiejś komórce pod schodami czy coś, bo co ja tak będę ciągle jak głupi jeździł wte i nazad. Pani doktor potwierdziła moją wstępną diagnozę, że z synem jest coś nie halo, a ponieważ ta niehalość miała charakter nawracający, to posłała nas do szpitala na SOR, żeby nam tam zrobili niehalografię, a w razie potrzebny położyli na oddział i leczyli. No to dzwonię do żony, że halo, z dzieckiem nie halo, niehalość nawracająca, zbieraj się, grażynko, kierunek szpital. A potem drugi telefon do taty, że z dzieckiem młodszym nie halo, szpitalu halo witaj nam i czy mógłby ode mnie zabrać to starsze, bo mi w tej chwili niepotrzebne, a nawet zawadzać będzie, to lepiej może niech sobie posiedzi z dziadkami, pokoloruje jednorożce, wyżre wszystkie żelki ze spiżarki i scementuje więź międzypokoleniową.

No i czy wy widzicie, jakie to jest niesamowite?! Dwa prztyknięcia tym takim śmiesznym telefonem, co się w kieszeni mieści i już na dwóch końcach miasta odpalają dwa silniki i nadjeżdża odsiecz! Kurwa, jakbym o tym opowiedział Napoleonowi, to by mi nie uwierzył, że takie rzeczy możliwe oraz dodałby coś po francusku, a ja bym nie zrozumiał. W czasach Napoleona to ja bym z tym dzieckiem zapierdalał saniami po śniegu (bo efekt cieplarniany jeszcze niewynaleziony byłby) i to nie do szpitala, tylko do jakiegoś lekarza powiatowego od puszczania krwi. I to sam, bo żona by była nieżywa od dawna na jakąś zarazę, a tata na niezoperowane serce. A nie, w sumie to nie jechałbym, bo przecież bez antybiotyków to bym dzieci już nie miał. No więc, powtarzam, to wszystko jest totalnie niesamowite, ale już przywykliśmy. Więc żona tylko pakuje kanapki, a ja wygodne japonki na zmianę, bo wiemy, ile się na SORze czeka, i jedziemy.

Szpital nowiutki, pachnący, wykładzina lśni aseptycznie, kanapy w poczekalni spoglądają zapraszająco, tylko pacjenci jacyś nie w sosie. To znaczy rodzice pacjentów, bo same dzieci to w większości mają wyjebane i ganiają się radośnie po pokojach. Tak jest, po POKOJACH. Liczba mnoga. Mamy ich do dyspozycji cztery: poczekalnia z kanapami, bawialnia z książkami, przewijalnia z przewijakami i polegiwalnia z pufami. W rejestracji mówią, że na wejście do gabinetu trzeba będzie poczekać ze cztery godziny, no ale chuj, przecież jak ktoś codziennie dwie godziny stoi w korku, to chyba może raz do roku poczekać cztery? Zwłaszcza że, jak wynika z moich obliczeń, każdą godzinę można spędzić w osobnym pokoju.

Do gabinetu wchodzimy w końcu po jakichś pięciu i pół, bo ciągle przepuszczali przed nas kogoś, kto połknął igłę albo co. No ale to zrozumiałe chyba. A w gabinecie siedzi lekarka, która skończyła te trudne i długie studia właśnie dla takich chwil jak ta, kiedy przed północą ogląda nasze dziecko, z którym coś nie halo. I uśmiecha się do niego. I posyła na wypasionego rentgena najnowszej generacji, który okazuje się być w chuja wielką i skomplikowaną maszyną, która pokazuje niezbicie, że wcale nie jest z naszym synem tak nie halo, jak się wszystkim wydawało i kocham ją za to. Więc jedźcie, państwo, do domu, łykajcie, wziewajcie, skontrolujcie się za parę dni.

No i co prawda w tej poczekalni jak zwykle dostaliśmy gratis jakiegoś rotawirusa, i żona z synem spędzili dzisiejszą noc puszczając tzw. wielorybki, no ale hej, niech to nie przysłoni pozytywnego wydźwięku przytoczonej historii pełnej niezawodnych dziadków, dyżurujących lekarzy i sprzętów typu future-is-now.

Bystrzy jesteście, więc pewnie już się domyślacie, do czego zdążam. Ten wpis mógłby przecież brzmieć: “Ale chujowy Sylwester 😦   Najpierw 7 godzin na SORze, a potem rotawirus. 2016 roku, idź już sobie!”

I zdradzę wam sekret. Marne szanse, żeby nadchodzący rok był jakoś wyraźnie lepszy od mijającego. Ale życzę wam, żeby sprawił wam dużo radości.


PS. To czysty przypadek, że ten kompost wychodzi niemal równocześnie z inną opowieścią o SORze. Sprzeczności nie widzę. Nasza służba zdrowia jest, rzekłbym, korpuskularno-falowa. I na trytki, i cudowna.

Zmarli

Pomysł, żeby bać się zmarłych, wydaje mi się dość ekscentryczny.

I to nawet nie chodzi o to, że nie wierzę w duchy. To znaczy, nie wierzę, ale płytka jest ta moja niewiara. Na przykład w seansie spirytystycznym nigdy bym nie wziął udziału. A jak bym wziął, to istnieje ryzyko, że ze strachu zsikałbym się pod ten stolik z tym talerzykiem. Przy czym nawet w trakcie nie miałbym żadnych wątpliwości, że duchy nie istnieją. Bo to jak z horrorem oglądanym nocą w pustym mieszkaniu: wiesz, że to tylko film, ale i tak się boisz. A jak następnego ranka ładna pani w serwisie informacyjnym mówi ładnym głosem rzeczy nie tylko straszne, ale i prawdziwe, to nawet ci powieka nie drgnie.

Ludzki mózg działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

Ale ten wpis nie jest o tym, jak mózg działa, tylko o sytuacji, w której już nie działa, bo razem z resztą człowieka ulega właśnie biodegradacji sześć stóp pod ziemią. A konkretnie o tym, że ja nie bardzo rozumiem, skąd się wziął obecny w wielu (we wszystkich?) kulturach lęk przed tym, że jak już pradziadka zakopiemy, to pewnej nocy pradziadek wstanie i do nas przyjdzie. Lęk, który przez wieki kazał nam zostawiać pradziadkowi jadło i napitek, żeby się obżarł, rozleniwił i nie miał już ochoty ruszać duszy do wsi. Lęk, który kazał sadzić wokół cmentarza kolczaste drzewa i krzewy, przez które pradziadek się nie przedrze (widać wstać z grobu to jedno, a trafić do furtki – drugie). Lęk, który pierwotnie zainspirował nas do tego całego palenia świeczek na grobie, żeby światło zniechęcało pradziadka do nocnych wycieczek poza mogiłę.

No, a ja się pytam: czego tu się lękać? Dlaczego pradziadek miałby nam zrobić coś złego? Przecież my potomkowie jego ukochani. No, wyobraźcie sobie, że umieracie, a na świecie zostają wasze dzieci, żona, zięciowie, wnuki. I akurat jest pełnia, więc dostajecie przepustkę i na parę godzin możecie wyskoczyć do domu. I co? Będziecie swoim bliskim brzękać łańcuchami albo garnki z półek zrzucać? No chyba, kurwa, nie.

A jakiś duch obcy, niepradziadkowy, to po co miałby do was przyłazić? Za życia nie bywał, to po śmierci będzie się narzucał? No bez sensu pomysł. Jedyny przypadek, kiedy jakoś tam rozumiem lęk przed nachodzeniem przez nieboszczyka, to sytuacja, kiedy za życia doznał on od nas jakiejś krzywdy. Czy wręcz nawet troszkę pomogliśmy mu tym nieboszczykiem zostać. To już zupełnie inna para trupięgów! Tu rozumiem, sumienie męczy, strasznie obrazy podpowiada. Słusznie, poniekąd.

Sumienie działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

Ale ponieważ nie wydaje mi się, żebym miał kosę z którymkolwiek ze zmarłych, to czuję się w ich obecności całkiem dobrze. Dlatego najchętniej chadzam na cmentarz po zmroku, kiedy żywi nie plączą się między grobami i nie zakłócają spokoju. W ogóle najbardziej lubię cmentarze za ten spokój. Idę sobie alejkami i, jeśli jeszcze całkiem ciemno nie jest, czytam inskrypcje na płytach.

Żyła lat 71, pogrążeni w żalu mąż, córka i wnuki

Zginął w Niemczech (daty nie ma, widać łobuzy od historii nie podały)

Anielka. Ur. 11 V 1967, zm. 16 V 1967

I tak dalej.

Tyle tam żyć różnych, tyle historii, emocji, szczęścia i tragedii. I wszystko już nieaktualne. Wszyscy sobie teraz leżą tak samo. Bogaci i biedni, ładni i brzydcy, sympatyczni i gburowaci.

Podobno to dla niektórych ludzi przygnębiające. Dla mnie wręcz przeciwnie. Mnie to uspokaja. Kiedy tak idę między grobami, to czuję się trochę, jakbym patrzył na śpiące dzieci w żłobku. Biegały, hasały, kaszką pluły, klockami się napierdalały, a teraz leżą i śpią, aniołki kochane.

Ten tutaj cały dzień skakał, rozrabiał i powtarzał zasłyszane od starszego brata brzydkie słowo. A teraz śpi. Ta obok tak strasznie płakała za mamą, że nawet zupki nie tknęła. A teraz śpi. Ta wierzgała, rzucała się, do łóżka nie dawała się zagonić, zaklinała się, że nie chce jej się spać. A teraz śpi. A ten był już taki zmęczony, że nie miał siły walczyć, sam się ułożył na poduni. I śpi.

Wszystkie śpią, aniołki.

zmarli

Ratownik

– Co tam dzisiaj było w przedszkolu, córeczko?
Pokój wygląda jak chlew po tornadzie, syn jeździ samochodzikiem po talerzu, całe żarcie już dawno wystygło, a kot próbuje mi podpierdzielić mięso z widelca. Ale chuj z tym, jest biesiada, jest small talk.
– Przyszedł pan ratownik!
– Taki co jeździ karetką?
No bo przecież nie wodny. Raczej aż tyle nie płacimy na tę Radę Rodziców, żeby przedszkole mogło basen w piwnicy pierdolnąć. Chyba, że oni uczęszczają chyłkiem na jakąś pływalnię, a ja znowu przegapiłem ogłoszenie w szatni i nie wyposażyłem dziecka w czepek, kostium z Elsą i klapki… Cholera.
– Nieee… Taki inny… Taki… Eeee…
Okej, czyli basenu nie ma. Alarm odwołany. No dobra, to niech ona teraz poszuka odpowiedniego słowa, a ja spróbuję nafutrować to drugie.
– Jedz synku mięsko. Nie sam makaron.
– Nie e am-am! Nie e am-am!
To nie jedz! W ogóle, jak ci tak wszystko nie pasuje, to się wyprowadź, zaciągnij na jakiś okręt i żryj śledzie z beczki.
– To może ogórka?
– Tata, ten pan miał, zobacz, miał tutaj…
Na piersi.
– …taką odznakę z orzełkiem…
Urzędnik stanu cywilnego?
– …i syrenki tu na rękawach.
Czyli albo wydziarany recydywista, albo…
– To może to był strażnik miejski?
– Tak! I uczył nas o bezpieczeństwie.
– Świetnie! O tym, jak przechodzić przez ulicę?
– Nie.
No to o czym, kurwa? Jak ochronić się przed zagładą jądrową, zakładając żółte blokady na koła?
– No, mówił… No, na przykład jest taka sytuacja: rodzice wyszli po zakupy i zostawili nas w domu…
Aha, czyli o tym, żeby nie wpuszczać obcych. Słusznie. Ale tu na razie nie ma stresu, bo młoda nie sięga jeszcze do zasuwki. Może sobie najwyżej z jehowymi przez domofon pogadać. Swoją drogą może warto zorganizować taką ustawkę? #słuchałbym #żarłbympopcorn.
– …samych w domu. Z wujkiem.
Uuuuu, to widzę z grubej rury! Będzie o złym dotyku, jak nic! Dobra, ostrożnie.
– No i co ten wujek?
– No i patrzymy, a ten wujek leży i się nie rusza.
Co, kurwa?!?!
– Eee, leży?
– Tak! Leży nieprzytomny i trzeba sprawdzić, czy oddycha…
O kraju mój wódką i winem płynący! Co twa pięcioletnia córa wiedzieć winna o bezpieczeństwie? Proste: jak zbierać nieprzytomnego wujka z podłogi. Dziękuję, kurtyna.
– …i sprawdza się tak, że tak robisz głowę i tu patrzysz. A potem, tak składasz ręce i mocno naciskasz na serce. I trzeba wezwać pomoc.
A może to i dobrze, że się tego uczą? Cholera wie, kiedy przy nich dostanę zawału. Taka wiedza będzie wtedy jak znalazł.
– Synku, nie wylewaj picia na kota!
Nie no, serio, jak ja byłem w jej wieku, to strażnicy miejscy do przedszkola nie przychodzili, tylko malowaliśmy obrazki na Dzień Milicjanta. A teraz okazuje się, że pan strażnik przyniósł nawet fantoma, na którym dzieci mogły poćwiczyć reanimację wujka. Fantom był elektroniczny i gadał, więc normalnie prawie R2D2.
– I na koniec pan powiedział, że się niedługo znowu zobaczymy.
– O, to ciekawe, o czym będzie następnym razem.
– Ja wiem, co będzie następnym razem! Powiedział, że podzieli nas na grupy i będziemy coś robić. Jakieś rzeczy.
OK, to jesteśmy umówieni.

Ogłoszenie

Artykuły z “Internetowego Merkuriusza Stegien-Północ”, które zacząłem udostępniać na swoim prywatnym profilu na Facebooku, podobają mi się tak bardzo, że postanowiłem podzielić się nimi z szerszym gronem odbiorców. Od dzisiaj “Merkuriusza” będzie można czytać również na facebookowym profilu Kompostowni. Kto jeszcze nie polajkował, ten trąba.

Czemu nie śpię

Miałem kiedyś jako zdjęcie w tle na FB ustawioną grafikę z napisem “Droga trzecio nad ranem, musimy przestać widywać się w ten sposób. Zdecydowanie wolałbym z tobą sypiać”. Ale oczywiście na deklaracjach się skończyło i nadal zbyt często widujemy się przy biurku. Na przykład w ciągu ostatnich paru lat tylko raz się zdarzyło, żeby komputer przestawił się z czasu zimowego na letni (albo z powrotem) pod moją nieobecność.
Lubię myśleć, że to dlatego, że w dzień jestem ojcem, a w nocy freelancerem. Ale to w najlepszym wypadku tylko część prawdy. Pozostałą część dobrze ilustruje poniższa historia.
Noc ciemna, noc głucha, ewidentnie pora spać. Niechętnie wstaję od komputera i zaczynam dreptać w stronę łazienki. Wpół dreptu kątem oka dostrzegam dziwne błyski w oddali za oknem. Dziwne, bo nieregularne. Raz dłuższe, raz krótsze, z większymi lub mniejszymi przerwami pomiędzy. Zupełnie jakby ktoś nadawał morsem. Błyska się w jednym z okien bloku oddalonego o jakieś 300 m, więc szczegółów nie widać. (Nasze osiedle zbudowano w latach 70., kiedy królowała inna filozofia zagospodarowania przestrzennego, dzięki czemu z okna można sięgnąć wzrokiem dalej niż o rzut słoikiem). Wyciągam tedy lornetkę, którą przezornie zawsze trzymam w szufladzie biurka i, z braku atrakcyjnych sąsiadek przebierających się przy zapalonym świetle, używam do oglądania wron. Ogniskuję soczewki na migającym punkcie i ustalam niezbicie, że to zepsuta świetlówka.
No i OK. Świetlówka się zepsuła i nadaje morsem. Przypuszczam, że większość w miarę normalnych osób idzie w tym momencie umyć zęby i spać. Bo te całkiem normalne to śpią już od 3 godzin.
Ale, kurwa, nie ja. Ja wyciągam tabelę kodu i sprawdzam, co ta świetlówka nadaje. Powtórzmy to sobie jeszcze raz: wiem, że to świetlówka, wiem, że nie nadaje nic, ale i tak, zamiast iść spać, sprawdzam. Jeśli kogoś interesuje wynik, to komunikuję, że wiadomość nie miała żadnego sensu i była w niej nadużywana litera “T”.
Przed snem nagrywam jeszcze telefonem film dokumentalny, który zamieszczam poniżej. Nie zarejestrowały się na nim krótsze rozbłyski świetlówki (w centrum kadru), ale za to pojawiają się inne ładne efekty wizualne w postaci zapalających się i gasnących rzędów świateł po bokach (to okna klatek schodowych zasłaniane i odsłaniane przez poruszane wiatrem gałęzie).
I sumie film ten byłby swego rodzaju pomnikiem mojej żenującej walki z własnym cyklem okołodobowym, gdyby nie to, że podłożyłem pod niego muzykę. Z dobrą muzyką wszystko wydaje się wspaniałą przygodą i wzbogacającym duchowo nocnym przeżyciem.



PS. Na potrzeby tego posta zostałem jutuberem i dumam, jak to w przyszłości wykorzystać ku Waszej i mojej uciesze.

Dzidzia

– Mam prawo nienawidzić, kogo chcę. – oświadczył z dumą koleś w nocnym, kiedy młody człowiek z dredami przepasanymi niebieską chustką grzecznie zwrócił mu uwagę, że piosenka “Jebać brudasa / jebać rastafarianina / w niebieskiej chusteczce / chodzi dziewczyna” jest dla niego jednak trochę obraźliwa. I wcale nie był, ten nienawidzący, taki znów młody, tak bardzo pijany ani taki łysy, jak można by przypuszczać na podstawie samego opisu zdarzenia. Suchy opis nie odda też tonu, którym to powiedział. Brzmiało to jak “mój dziadek zginął w powstaniu, żeby dzisiaj każdy mógł nienawidzić, kogo chce!”.

Dla równowagi: rozkosz językowa na naszym placu zabaw dzięki rodzicielstwu multi-kulti. Śródziemnomorski ojciec łamaną polszczyzną udziela córce informacji zwrotnej, że psieciesz mogla zrobicz dzidzi ksziwde! A wobec jej oporów poznawczych, daje się nieco ponieść emocjom i przechodzi na język ojczysty, uświadamiając dziecku, że kabahatakrampateha dzidzia! Gehdekrhabohekhera dzidzia karakhoutroke! Dzidzia mukurukatakaturokhumuserkh!
I fantazjuję, że może on kiedyś zabierze córkę na wakacje do środziemnomorskich dziadków i przywiezie śródziemnomorskiemu krajowi polskie słowo, którego najwyraźniej tam brakuje. Bo odpowiednik słowa “jebać” to na pewno mają.

Potęga miłości i groza Kosmosu

Przychodzi chłop (w sensie: ja) do lekarza, a lekarz mówi:
– Panie chłopie, ja tu już nie będę pracować, idę na swoje, chodź pan ze mną.
– Dobra, panie lekarzu. – mówię na to ochoczo. – Idziemy.
– Tylko niech pan stąd weźmie, panie chłopie, swoją historię choroby, bo mi jej nie wolno zabierać.

O, fajnie, cieszę się w myślach. Wreszcie się dowiem, co on tam o mnie pisze przy każdej wizycie. Bo może na przykład nic, tylko krzyżówkę rozwiązuje chyłkiem. Ale przy odbiorze papierów okazuje się, że kij tam z krzyżówką, bo w charakterze nieoczekiwanego bonusa dostaję również dokumenty sprzed 17 (!) lat. Wtedy to do tej samej przychodni wysłała mnie komisja wojskowa, żeby fachowcy stwierdzili, czy rzeczywiście nie nadaję się do służby Ojczyźnie tak bardzo, jak twierdzę.

A było to tak.

Wezwanie do Wojskowej Komisji Uzupełnień dostałem jako pierwszy w klasie. Duma bardzo, zabrałem je do szkoły i wszystkim pokazywałem na korytarzu. No bo wiecie, niby ciągle mieszkam z rodzicami i babcia mi gotuje obiadki, a mama pierze skarpety, ale jakby co, to już jestem na tyle dorosły, żeby przelewać krew za Ojczyznę, naftę i bawełnę.

Do wojska jednakowoż jakoś mi się nie spieszyło, więc na komisję wybierałem się z plikiem diagnoz, wyników i zaświadczeń przekonujących o mojej trwałej niezdolności do obrony granic. I nie zrozumcie mnie źle – nic lewego tam nie było. Po prostu, jak mówi stare przysłowie, nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. No i ja właśnie w porę zadbałem o to, żeby mieć wszystkie swoje diagnozy na piśmie. Tak uzbrojony, czekałem.

I oto nachodzi wreszcie dzień, kiedy osłonięty jedynie bokserkami i teczką pełną zaświadczeń lekarskich, wchodzę na komisję.

A tam na dzień dobry – fortepian.

O, kurwa.

Niby dla niepoznaki przykryty jakimś materiałem, no ale umiem odróżnić fortepian od czołgu nawet w kamuflażu bojowym. Trzy nogi są, gąsienic nie ma. What the fuck? – zapytałbym siebie w myślach, gdyby młodzież wtedy tak mówiła. (Jeszcze nie mówiła, więc zdumiałem się w myślach po polsku). To będą mnie do orkiestry wojskowej przesłuchiwać?
Ale nie. Fortepian jest na sali tylko dlatego, że pomieszczenia, w których stacjonuje komisja, w cywilu należą do domu kultury.

Komisja przystępuje do oględzin. Z przekazów kulturowych znam legendarne “Przodem! Tyłem! Kaszlnąć! Zdrowy!” i jestem ciekaw, czy medycyna wojskowa poczyniła pod tym względem jakieś postępy. Poczyniła. Jest tylko “Przodem! Tyłem! Zdrowy!”, bo wobec przyniesionych przez nas prześwietleń klatki piersiowej “Kaszlnąć!” okazuje się już zbyteczne. Wszystko zatem idzie naprawdę szybko i już mi chcą dawać kategorię “A”, kiedy gwałtownie oponuję, machając swoją teczką pełną papierów.

– No dobra, pokaż, co tam masz. – wzdycha Pan Komisja. Pewnie oficer. W sumie nie wiem.
– Choroba Scheuermanna! – melduję posłusznie i prezentuję zaświadczenie, które wypisał mi mój ortopeda, co to teraz magnez o doskonałej bioretencji w telewizji reklamuje. Dla niewtajemniczonych: Scheuermann to jałowa martwica kości, czyli kifoza młodzieńcza, czyli po prostu garb. Jak ostatnio przeczytałem w Wikipedii, “powoduje zeszpecenie i trwałe ograniczenie sprawności życiowej”. Story of my life.
– Eeeee, tam. – lekceważy jednak moje cierpienie, zeszpecenie i ograniczenie pewnie-oficer. Widać w nowoczesnej armii garb nie przeszkadza. W sumie łatwiej się człowiek mieści w czołgu.
– Skolioza? – próbuję nieco mniej pewnie, podając kolejną kartkę wypisaną przez ortopedę od magnezu.
– Eeee…
No to wyciągam broń ostateczną: nerwica lękowa. Tu już komisja okazuje pewne zainteresowanie. Widać żołnierz polski może być garbaty, ale nerwowy czy, nie daj Bóg, lękliwy – w żadnym razie. Dostaję skierowanie do przychodni, w której sprawdzą, co tam mam pod hełmem.

Do przychodni udaję się na rowerze. Przypominam, że rzecz dzieje się w najtisach, kiedy to rowery kradną na potęgę. Mój jest całkiem, jak na tamte czasy, przyzwoity, więc zabezpieczam go, nie tylko przypinając do nieruchomego elementu krajobrazu, ale też odkręcając koło i biorąc je pod pachę. Stylówy dopełniają krótkie bojówki (mówiłem, że najtisy), w których podczas jazdy na rowerze ciągle rozpina mi się rozporek.

W poczekalni, ku mojemu rozczarowaniu, sami z wyglądu normalni ludzie, poza jedną dziwną panią. Dziwna pani wkrótce okazuje się Panią Psychiatrą i zabiera mnie na badanie, czyli – ku mojemu ponownemu rozczarowaniu – zwykłą rozmowę bez żadnego pokazywania plam atramentowych czy coś. Potem przejmuje mnie młody Pan Psycholog i dopytuje o historię mojego życia.

Pamiętam to koło od roweru, pamiętam, że w trakcie rozmowy dostrzegłem rozpięty rozporek i z wdziękiem go sobie zasunąłem, pamiętam, że w końcu dali mi kategorię “D”, ale nie do końca pamiętam, o czym rozmawialiśmy. A wygląda na to, że mówiliśmy o sprawach absolutnie fundamentalnych. Eros, Tanatos, miejsce człowieka we Wszechświecie, te klimaty. I że mój rozmówca miał niezwykły talent do efektownego protokołowania wypowiedzi pacjentów. W otrzymanej przeze mnie dokumentacji medycznej czytam bowiem:

“Diagnoza: nerwica lękowa. W ’96 zakochał się i twierdzi, że objawy minęły. Obecnie: lęki, np. kiedy rozmyśla nad strukturą Kosmosu”.

Pi-pi-pip

Nie zmyśliłem tego.

Siedzimy sobie w parę osób, coś tam robimy, o czymś rozmawiamy. Ja niby też, ale tylko niby, bo zza tych rozmów i zza tego robienia czegoś dobiega mnie ciche, ale wyraźnie słyszalne pi-pi-pip, pi-pi-pip, pi-pi-pip. Wysoki, piskliwy sygnał mówiący, że jakiś sprzęt elektroniczny potrzebuje, żeby go wyłączyć, przełączyć, coś mu wymienić albo przytulić. Inni w ogóle nie zwracają na to uwagi, ale ja jestem człowiekiem, któremu przeszkadza nawet pisk ładowarki. No, znacie to: akumulatory są już nabite do pełna, ale ładowarka dalej siedzi w gniazdku, więc zaczyna tak cichutko, cieniutko piszczeć. Nie znacie? A mi to nie daje spokoju nawet dwa pokoje dalej. Wmawiam sobie, że to taki dar, jak w “Szóstym zmyśle”. I hear piszczing ładowarkas.

No więc tym razem jest jak każdym innym razem, czyli towarzystwo nie zauważa problemu, a ja już czuję, że nie zaznam spokoju, dopóki nie zlokalizuję źródła tego pi-pi-pip. Zaczynam chodzić po mieszkaniu i szukać. Sprawę trochę utrudnia fakt, że to nie moje mieszkanie. Upewniam się, że nie jest to lodówka ani kuchenka, ani pralka, ani nic przy liczniku prądu. Inni stopniowo odrywają się od swoich rozmów oraz robienia czegoś i przyłączają się do mnie. Ulegam w związku z tym złudzeniu, że oni też słyszą to pi-pi-pi. Ale nie, oni tylko chcą pomóc.

Kiedy mamy sprawdzony już właściwie cały dom (wychynąłem nawet do połowy przez okno, żeby wykluczyć  ewentualny sprzęt nad nim), okazuje się, że pora, żebyśmy wszyscy już szli, bo coś tam. Przez pewien czas jestem tak zaaferowany owym czymś tam, że zapominam o moim pi-pi-pip. Ale kiedy w końcu żegnam się ze wszystkimi i zostaję sam na ulicy, uświadamiam sobie, że pipanie towarzyszyło mi cały czas, również na dworze.

A więc to coś, co mam w plecaku! Zaglądam do środka i sam siebie zaskakuję ilością elektroniki, którą dźwigam. Telefon i zegarek to zrozumiałe, ale pilot do telewizora? Listwa antyprzepięciowa? Wszystko po kolei oglądam i przykładam do ucha, ale za każdym razem przeklęte pi-pi-pip zdaje się rozlegać gdzieś obok. Tuż obok.

Wściekły i zmęczony postanawiam zajść do kolegi, bo akurat blisko jestem. Kolegę zastawam, kolega mnie wpuszcza, u kolegi wywalam wszystko z plecaka i kieszeni i zaczynam sprawdzać od nowa. Pipanie jest coraz głośniejsze. Znowu wszystko przykładam do ucha, próbuję powyłączać, powyjmować baterie, ale nie zawsze się udaje, bo czasem pokrywka jest przykręcona małą śrubką, zwłaszcza w zabawkach dla dzieci. Nawet nie zastanawiam się, po co właściwie taszczyłem ze sobą zabawki dla dzieci, tylko podważam klapkę, wyłamuję ją i wywalam baterie. Pi-pi-pip nie ustaje.

Zniechęcony wstaję znad kupki rozbebeszonych sprzętów, z których żaden nie ma już prawa być źródłem pipania. Kolega spogląda na mnie z troską i wysnuwa nieuchronny wniosek.
– Stary, jeśli wszędzie słyszysz pipanie, a nie pipa nic, co masz przy sobie, to znaczy, że pipa ci w głowie…

No, w sumie trudno się z taką żelazną logiką nie zgodzić. Czyli super, mam omamy słuchowe. Z jednej strony fajnie, bo wreszcie znalazłem źródło przeklętego dźwięku, ale z drugiej to jednak przejebane… Różne rzeczy mi się już z mózgiem działy, ale coś takiego… Będę musiał teraz na każdym formularzu medycznym w rubryce “halucynacje” zaznaczać opcję “tak”. Cholera.

Kolega próbuje mnie pocieszać, że to może z przemęczenia, z niedospania, że to minie, ale ja już myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej dostać się do lekarza. Dzisiaj jest czwartek, na piątek na pewno nie uda mi się zapisać, potem weekend, w poniedziałki nie przyjmuje… Czyli najwcześniej we wtorek. Przecież nie będę się tyle dni męczył z tym pieprzonym pi-pi-pip! Żegnam kolegę i pędzę do domu. Może rzeczywiście, jeśli się zrelaksuję, wyśpię… Na razie próbuję jakoś oswoić coraz głośniejsze pipanie. Może jeśli będę nucił jakąś melodię, która będzie miała akcent na pierwsze “pi”, będzie łatwiej wytrzymać? Próbuję dobrać odpowiedni rytm, ale mi się nie udaje.

*      *      *

W końcu, całkiem już wymęczony, budzę się i wyłączam ten jebany budzik, który od 56 minut robi pi-pi-pip.

Post Navigation

%d bloggers like this: