(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “May, 2014”

A propos klauzuli sumienia

Ja dzisiaj, tak jak pół Facebooka, o lekarzach.Głownie dlatego, że dopiero co wróciłem z izby przyjęć, gdzie nie miałem nic do roboty poza patrzeniem, słuchaniem i dumaniem.

Mam jakieś tam swoje przekonania etyczne i nie zawsze są one zgodne z ogólnie przyjętymi normami czy nawet polskim prawem. Dobrze, że nie jestem lekarzem. Bo przecież, jeśli sumienie przeszkadza ci w wykonywaniu obowiązków zawodowych, to w ogóle nie powinieneś zostawać lekarzem.

Jestem roztargniony. Często coś gdzieś zostawiam, przegapiam swój przystanek albo zapominam, że miałem coś zrobić. Dobrze, że nie jestem lekarzem. Bo przecież, jeśli zdarza ci się przy zastrzyku pomylić fiolki, to w ogóle nie powinieneś zostawać lekarzem.

Jeśli mam ciężki dzień w pracy, a do tego czuję się chory, mało spałem albo coś się złego dzieje w domu, to bywa, że w pewnym momencie stwierdzam “pierdolę, nie zawsze wszystko muszę robić idealnie” i robię byle jak. Dobrze, że nie jestem lekarzem. Bo przecież, jeśli robisz coś byle jak, kiedy idzie o ludzkie zdrowie i życie, to w ogóle nie powinieneś zostawać lekarzem.

Nic mi tak dobrze nie robi na stres w pracy, jak wspólne ponabijanie się z różnych tematów okołosłużbowych. Dobrze, że nie jestem lekarzem. Bo przecież, jeśli nie potrafisz zachować się poważnie w obecności chorych, przestraszonych i cierpiących, to w ogóle nie powinieneś zostawać lekarzem.

No i właśnie dlatego nie jestem lekarzem.

Ale ktoś musi.

Wygramy

Facet, który zaczepił mnie dzisiaj pod domem, żeby pogadać o finale Ligi Mistrzów (w sumie skąd mógł wiedzieć, biedaczek) i który twierdził, że jest moim sąsiadem (pierwszy raz na oczy widzę, ale w sumie wierzę – wyglądał na miejscowego, zresztą naszą ulicę turyści zwiedzają rzadko), no więc ten facet spytał mnie, czy idę jutro na wybory, a na moje zgnębione “No, taaak… W końcu trzebaaaa…” wykrzyknął z entuzjazmem “No jasne! Na pewno wygramy!”.

A ponieważ nie doprecyzował, kim są ci “my”, to bez obaw i szczerze, z całego serca życzę Wam wszystkim, żebyśmy rzeczywiście wygrali.

Słowik to czy skowronek?

Uwaga, post o ptakach – czytasz na własną odpowiedzialność. Chociaż właściwie nie tyle o ptakach, co o ich miłośnikach (ornitofilach?).

Ale od początku.

Biegnę ja sobie dzisiaj dla zdrowia i lansu po okolicy, pot czoło zalewa, na lewo krzaki, na prawo kanałek, znaczy się wszystko jak trzeba, kontakt z przyrodą jest. Komarów jeszcze nie ma, ale spokojnie, następnym razem będą. Godzina już prawie wieczorna, w pobliskim kościele dzwony n_p__r_al_ją, ale ledwo je słychać, bo z lewa i z prawa ptasie trele się sypią. W większości przypadków warstwa muzyczna, powiedzmy, dość uboga (sójka, bażant), ale i tak jest power i feeling, lubię posłuchać. A potem, jak kukułka zaczyna drzeć ryja, to już w ogóle błogo na sercu. I nagle, w którymś tam kolejnym krzaku – słowik. Siedzi trzy metry ode mnie i, z przeproszeniem pań, nakurwia koncert taki, jaki w naszej szerokości geograficznej tylko on potrafi.

Przystaję zatem pod krzakiem (znaczy się trening właśnie stał się interwałowy) i słucham. No i tu wyłazi ze mnie ornitofil-fetyszysta w najgorszym tego słowa znaczeniu. Bo zamiast chłonąć i przeżywać, myślę “cholera, telefonu nie wziąłem, a mógłbym to nagrać”. A potem, jak już wypatrzę solistę gdzieś tam między gałązki wierzbowemi, to dodaję w duchu “jakbym miał aparat ze sobą, to by niezła fotka była” (co nieprawdą jest zresztą, bo ciemno już się robiło i zoom by nie uciągnął).

No, bez sensu zupełnie. Wyszło, że taki ze mnie ornitofil, co to ptaków potrzebuje głównie po to, żeby je uwieczniać. Jakby temu słowiku i jego koncertu czegoś ubyło tylko dlatego, że nie mam jak go na fejsa wrzucić. Wstyd mi się zrobiło, ale oto drogą z naprzeciwka nadjeżdża jeszcze – jak się okazało – gorszy przypadek ornitofila. Taki, co to ptaków potrzebuje głownie po to, żeby je rozpoznawać. I głośno mówić o tym.

Ornitofil dla niepoznaki ma postać pani w średnim wieku na rowerze. Wprawnym uchem natychmiast wyczuwa, co mnie pod tym krzakiem trzyma i pyta “A wie pan, co to za ptaszek?”. Pytanie oczywiście czysto retoryczne, bo mimo że odpowiadam “Wiem”, i tak pada nieuniknione “Słowiczek!”. Umarłaby, jakby nie powiedziała.

Równie irytujący (mnie) jest taki ornitofil w interncie. Znajduje on zdjęcie, dajmy na to, pleszki i zaraz pisze koment “Piękna pleszka!”. I oczywiście nie chodzi o to, że pleszka piękna, tylko że on, komentujący, rozpoznaje, że to pleszka i wybuchnie, jeśli się tą wiedzą nie podzieli ze światem. A co, spytacie, jeśli natrafi na zdjęcie od razu podpisane “Pleszka”? Na podstawie obserwacji własnych odpowiadam: napisze koment “Piękny samczyk”, bo płeć też umie rozpoznać i niechaj świat dowie się o tym.

Jak się dobrze zastanowicie, to okaże się, że spotykacie tego typa również przy innych okazjach. To właśnie on, na przykład, w komentarzach pod dowcipnymi memami wyjaśnia, co w nich jest śmiesznego, żeby wszyscy wiedzieli, że zrozumiał żart.
No, a przecież można inaczej. Przecież można po prostu posłuchać ptaszora, nic nie mówić, spokojnie wrócić do domu i dopiero wieczorem napisać na fejsie posta, w którym niby mimochodem przemyca się informacje o tym, że się umie rozpoznać po głosie sójkę, bażanta, kukułkę i słowika, a ponadto biega się wieczorami, tężyznę fizyczną budując.

Post Navigation

%d bloggers like this: