(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “August, 2014”

Dbaj o swojego orła

– Kto ty jesteś?
– Polak mały!
– Jaki znak twój?
– Orzeł szary!
– Orzeł bury!
– Be-żowy…

2014-08-08-649

Cztery kółka, osiem łap

Nigdy nie spodziewałem się po sobie czegoś takiego. A jednak. Przed państwem post, w którym ciepło wypowiadam się o warszawskich taksówkarzach.

Do niedawna taksówki oglądałem głównie z zewnątrz. No bo najpierw nie potrzebowałem, potem nie było mnie stać, potem gardziłem burżujstwem i wolałem tłuc się pół godziny nocnym + 2 km z buta, a potem się skończyło rumakowanie i zaczęła mnie wozić najlepsza z żon.

Od niedawna jednak jeżdżę taryfą regularnie. Z kotami. Albowiem koty są nieustannie ‪#‎ciezkochore‬ ‪#‎umierające‬, a ja nadal nie mam prawa jazdy. A najlepsza z żon albo w ciąży, albo na porodówce, albo z dzieckiem przy cycku. Słowem: wykręca się.

No to biorę pod pachę kota Trisława, co to jest biały i tłusty jak babciny smalczyk oraz upośledzony intelektualnie w stopniu nieznacznym, a aktualnie cierpi na zarośnięty polipami kanał słuchowy pełny gronkowca opornego na, bodajże, siedem antybiotyków. Albo biorę kota Łaciucha, co to jest z kolei chudszy niż chudy twaróg, chudszy nawet niż patyk, właściwie to opisałbym go jako twaróg z patyków, ale obecnie dzięki terapii hormonalnej (!) wychodzi na prostą, przytył pół kilo i nie grzechocze już jak worek kości, kiedy się go pogłaszcze. A czasami biorę oba. I jadę do weterynarza.

Już nawet nie będę pisał, ile mnie te dwa darmozjady kosztują. Powinni dobzi ludzie w internetach rozkręcić jakieś Cat Food Bucket Challenge, żeby zrobić zbiórkę karmy chociaż i podnieść świadomość ekonomicznych aspektów posiadania kotów w wieku dwucyfrowym. W każdym razie dodatkowy hajs na taksówkę już w tej sytuacji niewiele stanowi, więc rozbijamy się z kotami po mieście taryfą like a boss. Trisiek nawet podwójnie like a boss, bo w białym futrze.

Robimy to często. Tak często, że kiedy dzwonię po taksówkę i podaję adres, pani na drugim końcu linii od razu pyta “Z kotkiem?”. I w sumie tylko raz, jak jechaliśmy na porodówkę, odpowiedziałem “Nie, tym razem z żoną”.

Pytanie stawiane przez panią z dyspozytorni ma zresztą pewien podtekst, albowiem w korporacji, która nas wozi, za kota dopłaca się dychę. Na początku trochę mnie to wnerwiało, ale potem sobie podliczyłem, że akurat ten korp jest na tyle tani, że i tak wychodzę na tym nieźle, a przynajmniej sytuacja jest czysta i nikt mi nie marudzi, że tapicerka w kłakach, alergia albo co. A dodatkowy niezaprzeczalny plus jest taki, że po deklaracji “Tak, z kotkiem” z dyspozytorni przeważnie przysyłają mi kierowców-kociarzy.

I nagle okazuje się, że ten sam taksówkarz, który w innych okolicznościach tylko słuchałby Złotych Przebojów i narzekał na to, jak na każdym skrzyżowaniu znowu wszystko beznadziejnie zrobili, w kontakcie z klatką zawierającą Triśka odsłania swoje zupełnie nowe oblicze. Rany, ci goście są naprawdę świetni!

Jeden ma pięć kotów. Drugi ma trzy koty, pibulla i jorka (oczywiście to jork przewodzi watasze). Trzeci ma 17 półdzikich kotów na działce. Pobudował im domki, dokarmia je, a nowe odławia i sterylizuje. I okazuje się, że to samo miasto, które wszystkim taksówkarzom tak beznadziejnie wszystko robi na tych wszystkich skrzyżowaniach, jemu funduje karmę i finansuje zabiegi.

No i oczywiście rozpoczynają się opowieści.

“Moja kotka to wychodzi z domu, często nawet nie wraca na noc, ale pewnego dnia przepadła i trzy dni jej nie było. No to chodziliśmy, pytaliśmy, szukaliśmy wszędzie. Ściągnęliśmy nawet takie panie z fundacji, co się zajmują zaginionymi kotami. Przyjechały i polały chodnik pod domem walerianą. Panie! Ze trzydzieści kotów wylazło z krzaków i zaczęło się w tym tarzać, ale ta nasza – nie. I dopiero potem się okazało, że była cały czas u sąsiadki. Ona trzyma drzwi na balkon otwarte i te wszystkie koty do niech przychodzą. Daje im jeść, pozwala spać na kanapie, no taki koci hotel. No i ta nasza też tam poszła. Bo wie pan, u nas to tylko dostawała whiskasa, a tam – codziennie wątróbka!”.

Albo:
“No mój kot to ma amputowaną łapę. Ale dobrze sobie radzi na trzech. W ogóle pierwszy lekarz od razu chciał ją uśpić. Dopiero drugi podjął się amputacji, ale powiedział, że potrzebny jest dawca krwi. Ja mu mówię: nie ma sprawy, mamy pięć kotów. Odłowiliśmy tego największego, zawieźliśmy do kliniki. Pół dnia tam siedział, ale w końcu okazało się, że dali sobie radę bez transfuzji. Tydzień był na nas obrażony”.

No a na koniec, jak już sobie pogadamy o tych sierściuchach naszych i przychodzi do płacenia, to przynajmniej połowa taksówkarzy nie chce tej dodatkowej dychy. “Panie, ja za kota miałbym wziąć? U mnie kot za darmo jeździ!”.

Post Navigation

%d bloggers like this: