(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “September, 2014”

Heidi und Ben

Już nie pamiętam, jak do tego doszło i jakie kręte ścieżki skojarzeń mnie tam zaprowadziły. Zresztą późną porą w zmęczonym mózgu dziwne myśli pojawiają się zwyczajnie znikąd. W każdym razie, jakieś trzy tygodnie temu, koło północy pomyślałem sobie “Ciekawe, o czym właściwie jest piosenka >Ajli, ajlo<?”. Gimby nie znajo, więc gimbom wyjaśniam, że był to utwór szczególnie ukochany przez żołnierzy Wermachtu i regularnie śpiewany podczas udeptywania podkutymi butami dróg Generalnej Guberni w latach 1939-45. Przynajmniej według filmu “Zakazane piosenki”.

No i OK, 15 lat temu tak bym sobie pomyślał, wzruszył ramionami i przełączył się z Polsatu na TV4. Bo 15 lat temu, o czym gimby nie pamiętajo, więc gimbom przypomnę, nie było internetu w każdym domu i na każdym rogu ulicy. A trzy tygodnie temu już był, więc wklepałem w YouTube’a “ajli ajlo”. YouTube bardzo wyrozumiały jest i wie, że Polacy z językami obcymi to tak nie do końca, więc już w trakcie wpisywania podpowiadał mi, że może chodzi o “ajlawiu”. A kiedy skończyłem, zasugerował, że właściwie to pewnie szukałem “Heidi, Heido”. OK, sprawdźmy. Zapuszczam klipa i rzeczywiście – melodia się zgadza. Mądry YouTube, już go, widać, niejeden rodak wytresował. Czyli w refrenie tam nie żadne “ajli”, tylko “Heidi”. Imię takie. Żeńskie. Noszone na przykład przez panią Klum i rozkosznego zezowatego oposa z zoo w Lipsku, który w 2011 r. typował zdobywców Oskarów.

A cała piosenka jest w zasadzie wyłącznie o tym, że podmiot liryczny zamierza iść do gospody i wydać ostatnie pieniądze na wino. Przyznam, że bardzo mi się to spodobało. Bo ja zawsze lubiłem sobie pomyśleć, że prości żołnierze wszystkich armii świata, kiedy sobie maszerują i maszerują, to tak naprawdę mało są zainteresowani szerzeniem tej całej demokracji, rewolucji czy wiary. Bo w głębi duszy marzą tylko o tym, żeby iść do knajpy, schlać się i obłapić jakąś Heidi. A w smutnych pustynnych krajach, gdzie alkohol jest zakazany, a kobiety siedzą po domach, prości żołnierze marzą pewnie o tym, żeby polec w walce z niewiernymi i trafić do raju, gdzie już można pić i obłapiać hurysy.

No dobra, fajnie, posłuchałem, wyłączyłem kompa, poszedłem spać. Ale następnego wieczora odpalam YouTube’a i jakby mnie kto w mordę dał. Reklama eBay’a w języku najeźdźcy: “Das ist Ben. Ben braucht echt mal eine neue Wohnung. Kein Problem Ben!”. Nosz, cholera by was wzięła! Raz człowiek sobie posłucha pijackiej przyśpiewki po niemiecku i już go klasyfikują jako folksdojcza?!

Następnego dnia to samo: “Das ist Ben”.

I następnego.

Po tygodniu skończyła mi się cierpliwość. Ja niby nic do Niemców nie mam. Właściwie to nawet czasami, jak kolejny raz wdeptuję w psie gówno na środku chodnika, to sobie myślę, że mógłby ktoś nas wreszcie chociaż troszeczkę podbić i zaprowadzić jaki-taki ordnung. No ale to już przegięcie. Polski mam paszport na sercu, polskie IP w sieci i nie będzie mi tu głupi YouTube amerykańskiego serwisu niemieckim tekstem reklamował!

Przedsięwziąłem tedy odpowiednie kroki.

Najpierw kazałem YouTube’owi odnaleźć i puścić utwór Andrzeja Boguckiego “Nie damy Wilna, nie damy Lwowa” wydany przez Syrena Record w serii, uwaga, “Białe kruki czarnego krążka”. Jeżeli słowa “Nie damy morza ani Pomorza, gdy nam je ręka wróciła Boża” nie przekonają YouTube’a, że to z Polakiem ma do czynienia, to nie wiem co przekona. Na wszelki wypadek dorzuciłem jednak piosenkę “Wilno odbijemy”. Tutaj refren brzmiał z kolei “Moskwę zdobędziemy, Kijów odbijemy, odpoczniemy na Kamczatce przy chińskiej herbatce”. Grubo. Niemiec, co chciał tylko pić wino z Heidi w lokalnej gospodzie wypada blado, przyznacie. A dalej to już jechałem na filmach, które były linkowane do poprzednich, mianowicie “Cejrowski o Komorowskim i Tusku” oraz “Czy to człowiek wychodzi z wraku Tupolewa?”. A masz, YouTube’ie, a masz.

OK, idzie następna reklama: “NESCAFE – zły sen o braku kawy”. Bez sensu, ale po polsku. Jest, znaczy się, postęp. W kolejnej reklamie próbowano mnie już tylko namówić, żebym zrobił zdjęcie paczce makaronu i wygrał Multicooker, aż wreszcie – bingo! “Biało-czerwone Tik-taki – kibicuj paczką i wygrywaj nagrody”. Tak jest! Tik-taki w barwach narodowych! Mission accomplished.

Od tego czasu “Das ist Ben” się nie pojawił.

A teraz, kiedy już to wszystko napisałem, naszły mnie wątpliwości. No bo może rzeczony Ben przez ten tydzień ogólnie wszystkim na YouTube’ie wyskakiwał? I nie miało to żadnego związku z rzeczami, które ja oglądałem? Czyli ten wpis byłby wtedy całkiem bez sensu. Trudno. Już za późno, żeby się wycofać. Zbyt długo czekałem na pretekst, żeby wkleić zdjęcie zezowatego oposa Heidi i teraz nic mnie już nie powstrzyma.

Voyager

Czytałem sobie ostatnio w Wikipedii o sondzie Voyager.

No dobra, jak się tak zaczyna posta, to już trudno znaleźć cokolwiek na swoją obronę. Zatem przyznaję się – jestem nerdem, nocami nie śpię, bo trzymam kredens i czytam Wikipedię. Deal with it.

No, i te Voyagery (bo ich dwie sztuki są) lecą sobie aktualnie w siną dal kosmiczną, żeby w niej prawdopodobnie w końcu zgubić się na amen. Choć nie można wykluczyć i takiej możliwości, że trafią jednak na jakąś obcą cywilizację. I na tę okoliczność do obu sond dołączona jest informacja specjalnie dla ufoków. Jest tam instrukcja jak do nas trafić, jest trochę zdjęć pokazujących, jak ta nasza Ziemia wygląda, jak wyglądamy my i co tutaj porabiamy. Są też ponagrywane różne ziemskie dźwięki, a nawet nieco muzyczki. Czyli taki trochę list w butelce, a trochę folder turystyczny.

Innymi słowy, ktoś tu, kurwa, nie odrobił lekcji z historii.

No bo wyobraźmy sobie, że gdzieś tam pod koniec XV wieku jakiś Maj albo inny Aztek mówi do drugiego: “Ej, słuchaj, szwagier, zrobimy tak. Jebniemy sobie pergaminowe selfie na tle tego całego złota w skarbcu i jeszcze taką słitfocię, jak go pilnujemy z naszymi high tech łukami i włóczniami. Potem narysujemy dokładną mapę, jak do nas trafić, wsadzimy to wszystko do butelki i wrzucimy do oceanu. No bo tak sobie pomyślałem, może tam po drugiej stronie żyje jakaś zaawansowana cywilizacja? Może oni już potrafią budować statki, które przepływają Wielką Wodę? Może mają, nie wiem, jakieś kije miotające ogień? I religię zupełnie inną niż nasza? I choroby dotychczas u nas nieznane? I kurczę, może chcieliby nas odwiedzić? Fajnie byłoby, nie?”.

I to właśnie jest pierwszy powód, dla którego mam nadzieję, że nikt nigdy tych naszych Voyagerów nie znajdzie. Drugi powód jest natomiast taki, że nie chcę, żebyśmy my, Polacy, narobili sobie trzody na cały Wszechświat.

No bo na tej niesionej przez obie sondy pocztówce z Ziemi są też nagrane pozdrowienia w 55 językach. Tak na wszelki wypadek, bo co prawda wiadomo, że Darth Vader i inni tacy tam to mówią zasadniczo po angielsku, ale może nie we wszystkich galaktykach tak jest. Większość pozdrowień jest dość sztampowa, ot, Francuzka woła “Bonjour tout le monde”, a Niemka dodaje swoje “Herzliche Grüße an alle”. Inni lektorzy idą bardziej w klimaty Miss World i mówią o tym, jak to miłujemy pokój i jak bardzo go życzymy kochanym kosmitom. Chinka nawet dopytuje się w dialekcie amoy, czy ufoki już coś dzisiaj jadły. Jeśli się nie mylę, to jest akurat taka tradycyjna formułka grzecznościowa, ale ja bym się z nią raczej nie wychylał, dopóki nie ustalimy, czy te ufoki czasem nie jadają nas.

Na tym tle trochę wyróżnia się Szwed, który uznał, że będzie mówił tylko za siebie i wysłał w kosmos “pozdrowienia od programisty z małego miasteczka uniwersyteckiego Ithaca na planecie Ziemi”.

Turek natomiast, jako jedyny chyba, wyczuł absurd całej sytuacji, znalazł przestrzeń na żart i przesłał pozdrowienia “drogim przyjaciołom mówiącym po turecku”.

Ale, jako się rzekło, wszystkich przebiła Polka. W imieniu naszego narodu bowiem, dwie sondy niosą w kosmos hasło “Witajcie, istoty z zaświatów”.

No i teraz za milion lat jakiś ufok weźmie takiego Voyagera do ręki (względnie macki, nibynóżki, czy co mu tam innego będzie wystawać) i pomyśli sobie z politowaniem o kraju nad Wisłą. Kraju, w którym nawet w erze podboju kosmosu ludziom nie mieściło się w głowach, że gdzieś za Neptunem i Plutonem może rozciągać się jakiś tam kosmos. No bo przecież ta sonda wcześniej czy później musi przelecieć nad jakimś Styksem albo głową Świętego Piotra i trafić w zaświaty. Wiadoma sprawa.

Piwo, które nie podrożało od 865 r.

letnia cena

#mokpol

Taka historia, że proszę siadać

Jadę sobie ostatnio metrem. Po godzinach szczytu i do tego w wakacje, więc miejsce siedzące się dla mnie znajduje. Sadowię się, wyciągam kindla i czytam. Naprzeciw mnie siedzi dziewczę w bardzo dużych oprawkach (prawdopodobnie modnych) pochłonięte bardzo grubą książką (prawdopodobnie wartościową). Ona siedzi i czyta, ja siedzę i czytam. Mijają minuty. W sumie nic dłuższego nie może mijać, bo to przecież jest Warszawa – jedna linia, 21 stacji, 23 kilometry. Godziny to tu mogą mijać tylko maszyniście.

Na stacji Centrum wsiada dziadek. W tej sytuacji ja, jak każdy dobrze wychowany pasażer, zachowuję się niczym komisja wojskowa, czyli wprawnym okiem staram się ocenić dziadczyną kondycję i stan zdrowia. Włosy siwe, ale sylwetka wyprostowana. Cera zdrowa, wyraz twarzy nieumęczony. Całą postać otacza dyskretny blask dojrzałej krzepkości. Torbę dużą ma, ale na kółkach. Podsumowując: kategoria B – może postać, należy tylko co jakiś czas zerkać czy nie zaczyna sapać lub się chwiać. Wracam do lektury.

Tymczasem dziewczę z przeciwka dźwiga swoje wielkie oprawki i wielką książkę, zrywa się z siedzenia i mówi do dziadka “Proszę siadać”. Dziadek siada. Mi głupio. Nie tak miało być. Podnoszę się więc i ja, podchodzę do dziewczęcia i mówię “Proszę siadać, to ja powinienem wstać”. A ona na to przytomnie “Nie, dlaczego?”.

No i zonk. Bo co tu teraz, kurwa, odpowiedzieć? Powinno się niby zacząć od “Bo jestem mężczyzną…”, ale co potem? Jestem mężczyzną i to ja w tym wagonie ustępuję miejsca dziadkom, więc proszę mi nie wchodzić w kompetencje? Bo samce Homo sapiens mają nogi ewolucyjnie lepiej przystosowane do stania? Bo miejsce kobiety jest na krzesełku? Bo to są męskie sprawy między mną a dziadkiem? Bo mój mały wewnętrzny jaskiniowiec chciałby wszystkim obecnym w wagonie potencjalnym partnerkom reprodukcyjnym zaimponować zdolnością do długotrwałego stania w środkach komunikacji zbiorowej, którą to zdolność jestem w stanie przekazać potencjalnemu potomstwu, zwiększając jego szanse na przetrwanie w środowisku miejskim?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc – i to jest znacząca różnica między mną 10 lat temu, a mną dzisiaj – nie powiedziałem nic. Pomilczeliśmy przez chwilę jak dwoje mędrców. Postaliśmy jak dwoje dobrze wychowanych ludzi, co to starszym miejsca ustępują. Pogapiliśmy się w swoje książki jak dwoje intelektualistów. Ale długo to nie trwało, bo dziewczę jednak zmiękło i usiadło, zanim jeszcze dojechaliśmy do Politechniki. Na której to stacji i tak wysiadałem.

Słowem: historia z gatunku tych idiotycznych. A przywołuję ją, aby publicznie zapytać: jak żyć w tym XXI wieku? Bo serio, nie wiem.

I lubię sobie wyobrażać, że dziewczę w dużych oprawkach też się nad tym trochę zadumało. A może nawet, dojechawszy do domu, wyciągnęło laptopa (sądząc po oprawkach, prawdopodobnie białego z nadgryzionym jabłkiem) i napisało na fejsie, że właściwie nie wie, czy chciałoby, żeby to faceci ustępowali dziadkom miejsca w metrze i co o tym sądzicie, dziewczyny.

____________________________________
I tu jeszcze dwa słowa apdejtu, bo jak się nie umie od razu klarownie napisać, to się potem trzeba tłumaczyć.

Bohaterem pozytywnym opisanej historii jest dziewczyna w dużych oprawkach, bo się umiała zachować wobec dziadka lepiej niż ja. Z oprawek delikatnie sobie podrwiwam, bo zawsze się troszkę nabijam z ludzi modnych. Przez zazdrość, prawdopodobnie. Bohaterem negatywnym opisanej historii jestem ja, bo najpierw dziadka zbagatelizowałem, a potem ni w pięć, ni w dziewięć się uniosłem honorem. No dobra, może nie negatywnym. Może bardziej taką sympatyczną pierdołą, z którą czytelnicy się po cichutku utożsamiają.

Komplement

Muszę się pochwalić, bo takie coś jak dzisiaj nieczęsto mi się zdarza. Otóż obca kobieta pochlebnie wypowiedziała się o moim wyglądzie. Na głos. W miejscu publicznym.

A było to tak. Od pewnego czasu termin “miejsce publiczne” oznacza u mnie najczęściej plac zabaw i tam właśnie z córką bawiliśmy. Dzień jak co dzień, tyle że pierwszy września, więc zjeżdżalnia wraz z przyległościami została zajęta przez ubraną na galowo, odpoczywającą po uroczystej inauguracji młodzież szkolną. Młodzież szkolna występowała w liczbie czterech sztuk z zachowaną proporcją płci i była o wiele za dorosła na zabawę na placu, ale piwa nie piła, nie pluła, brzydkich słów nie używała, a zjeżdżalnie były trzy, więc nikt jej wyrzutów nie czynił. Młodzież siedziała spokojnie, pochylała się nad tabletem z mapą polityczną Eurazji, ustalała położenie egzotycznych krajów o nazwach kończących się na “-stan” i usiłowała przewidzieć kolejne posunięcia Putina. Część męska młodzieży dużo się przy tym odwoływała do historii politycznej Europy, mechanizmu działania bomby neutronowej i liczby transporterów opancerzonych Rosomak w polskiej armii. Więc nawet się trochę ucieszyłem, że zamiast grać w te swoje gry pełne przemocy i słuchać tej swojej muzyki hałaśliwej (bogowie, jak ja kocham być po trzydziestce), narybek Narodu Polskiego odważnie patrzy w przyszłość i przygotowuje się mentalnie na to, co ona niesie.

I tak słuchałem ich, siedząc z nogami w piaskownicy, bo w sumie nic innego nie miałem do roboty. Córka jest teraz w takim wieku, że już nie trzeba przy niej stać, ale jeszcze nie można spokojnie książki poczytać. Nazwijmy to fazą ustawicznego-zerkania-na. Nuda, innymi słowy. W dodatku obiecałem najlepszej z żon, że nie będę sobie pozwalał na niewinne żarciki względem innych rodziców. Oznacza to na przykład, że dając córce przeciwalergiczną tabletkę naszą powszednią nie mogę zawołać “Kochanie, chodź po swój proszek uspokajający, bo coś za dużo dziś biegasz”. A zagadnięty przez sympatyczną babcię o to, które z tych rozkosznych maleństw jest moje, nie mogę odpowiedzieć “Żadne, ja tylko przychodzę tu popatrzeć sobie na małe dziewczynki”.

Siedzę więc sobie na brzegu piaskownicy, która oprócz moich nóg zawiera również moją córkę i jej plus-minus rówieśników. Córka jest obecnie w okresie zapotrzebowania na potwory. Plus-minus rówieśnicy najwyraźniej też. Dobra, mogę być potworem, co mi tam. Do Władimira Władmirowicza, o którym rozprawiane jest na zjeżdżalni nad naszymi głowami, co prawda mi daleko, ale od czasu do czasu ryknąć z cicha i pazurzastą łapą machnąć mogę. Czego się nie robi dla dzieci, c’nie? Nie dałem się tylko namówić na wczołgiwanie do smoczej jamy pod rzeczoną zjeżdżalnią.

I w którymś momencie jeden z plus-minus rówieśników pokazuje na mnie palcem i wykrzykuje “Mamo, tutaj jest potwór!”. Na co ona odpowiada “Tak? A nie wygląda”.

No i to właśnie był, proszę Państwa, największy dotyczący mojej powierzchowności komplement od miesięcy. W takich chwilach czuję, że warto się myć i obcinać paznokcie.

Post Navigation

%d bloggers like this: