Komplement

Muszę się pochwalić, bo takie coś jak dzisiaj nieczęsto mi się zdarza. Otóż obca kobieta pochlebnie wypowiedziała się o moim wyglądzie. Na głos. W miejscu publicznym.

A było to tak. Od pewnego czasu termin “miejsce publiczne” oznacza u mnie najczęściej plac zabaw i tam właśnie z córką bawiliśmy. Dzień jak co dzień, tyle że pierwszy września, więc zjeżdżalnia wraz z przyległościami została zajęta przez ubraną na galowo, odpoczywającą po uroczystej inauguracji młodzież szkolną. Młodzież szkolna występowała w liczbie czterech sztuk z zachowaną proporcją płci i była o wiele za dorosła na zabawę na placu, ale piwa nie piła, nie pluła, brzydkich słów nie używała, a zjeżdżalnie były trzy, więc nikt jej wyrzutów nie czynił. Młodzież siedziała spokojnie, pochylała się nad tabletem z mapą polityczną Eurazji, ustalała położenie egzotycznych krajów o nazwach kończących się na “-stan” i usiłowała przewidzieć kolejne posunięcia Putina. Część męska młodzieży dużo się przy tym odwoływała do historii politycznej Europy, mechanizmu działania bomby neutronowej i liczby transporterów opancerzonych Rosomak w polskiej armii. Więc nawet się trochę ucieszyłem, że zamiast grać w te swoje gry pełne przemocy i słuchać tej swojej muzyki hałaśliwej (bogowie, jak ja kocham być po trzydziestce), narybek Narodu Polskiego odważnie patrzy w przyszłość i przygotowuje się mentalnie na to, co ona niesie.

I tak słuchałem ich, siedząc z nogami w piaskownicy, bo w sumie nic innego nie miałem do roboty. Córka jest teraz w takim wieku, że już nie trzeba przy niej stać, ale jeszcze nie można spokojnie książki poczytać. Nazwijmy to fazą ustawicznego-zerkania-na. Nuda, innymi słowy. W dodatku obiecałem najlepszej z żon, że nie będę sobie pozwalał na niewinne żarciki względem innych rodziców. Oznacza to na przykład, że dając córce przeciwalergiczną tabletkę naszą powszednią nie mogę zawołać “Kochanie, chodź po swój proszek uspokajający, bo coś za dużo dziś biegasz”. A zagadnięty przez sympatyczną babcię o to, które z tych rozkosznych maleństw jest moje, nie mogę odpowiedzieć “Żadne, ja tylko przychodzę tu popatrzeć sobie na małe dziewczynki”.

Siedzę więc sobie na brzegu piaskownicy, która oprócz moich nóg zawiera również moją córkę i jej plus-minus rówieśników. Córka jest obecnie w okresie zapotrzebowania na potwory. Plus-minus rówieśnicy najwyraźniej też. Dobra, mogę być potworem, co mi tam. Do Władimira Władmirowicza, o którym rozprawiane jest na zjeżdżalni nad naszymi głowami, co prawda mi daleko, ale od czasu do czasu ryknąć z cicha i pazurzastą łapą machnąć mogę. Czego się nie robi dla dzieci, prawda? Nie dałem się tylko namówić na wczołgiwanie do smoczej jamy pod rzeczoną zjeżdżalnią.

I w którymś momencie jeden z plus-minus rówieśników pokazuje na mnie palcem i wykrzykuje:
– Mamo, tutaj jest potwór!
Na co ona odpowiada:
– Tak? A nie wygląda.

No i to właśnie był, proszę Państwa, największy dotyczący mojej powierzchowności komplement od miesięcy. W takich chwilach czuję, że warto się myć i obcinać paznokcie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s