(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “October, 2014”

Post zawiera lokowanie produktów

Ozdabiam ściany bloga zdjęciami. Dzisiaj fotki najbardziej efektownych produktów, które udało mi się nabyć. Wszystko to już wrzucałem wcześniej na Fejsa – te same zdjęcia, te same dżołki. Ale pewne wartości są ponadczasowe i warte uwiecznienia również na blogu.

Produkt 1.

plyn na komary

Działa. Nie zaatakował nas żaden owad o przyjemnym, lawendowo-cytrynowym zapachu.

__________

Produkt 2.

Lambi

Chusteczki higieniczne nieomal liturgiczne.

__________

Produkt 3.

anusie kakao

Pani Ewo, wszystko trzeba uważnie czytać, zanim się podpisze.

Bajka na dobranoc

Nie lubię klasycznych baśni dla dzieci. Tych Perraulta i tych braci Grimm. I Andersena też w sumie nie bardzo. Nie lubiłem jako dziecko, nie lubię teraz. Tym nie mniej do obowiązków ojcowskich należy przynajmniej od czasu do czasu jakaś bajkę na dobranoc opowiedzieć. Radzę sobie zatem, bajając o zwierzątkach, które znam osobiście. Takie, wiecie, bajki non-fiction. I dlatego właśnie niekiedy można u nas w domu wieczorową porą usłyszeć prośbę “Tatooo… Opowiedz mi bajkę o tym, jak Łaciuch wypadł przez oknooo…”.

Jest to, uważam, bardzo dobra bajka, bo oparta na faktach, a zatem pozbawiona wysilonego morału, a bogata w mądrość życiową. Żona, jako najbardziej wpływowa czytelniczka i krytyczka bloga, zasugerowała ostatnio, żebym opowiedział tę historię tutaj. Oczywiście, innymi słowami niż dziecku. Takich rzeczy żonie się nie odmawia, więc jeśli ząbki umyte, to wskakujcie do łóżeczek i jedziemy.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w dogodnej lokalizacji przy stacji metra, wynajęliśmy sobie z przyszłą żoną dwupokojowe mieszkanie. Do wspólnego gospodarstwa domowego ja wniosłem rower, który zajmował pół salonu, a żona – dwa koty, które zajmowały się sianiem zarazy, pożogi i zniszczenia. Trisiek i Łaciuch im było.

Nie powiem, żeby mi się specjalnie dobrze z nimi układało. Koty jako takie zasadniczo lubię. W moim domu rodzinnym się je trzymało, a nawet rozmnażało, ale były to koty wychodzące. Trisiek i Łaciuch natomiast to sierściuchy kanapowe, w pełni indoorowe, żeby nie powiedzieć: szklarniowe. Czyli zamiast srać i sikać kulturalnie pod krzaczek sąsiada, robiły to na moje jedyne porządne spodnie. Zamiast ostrzyć pazury na mordkach innych kotów z dzielni, ostrzyły je na moich jedynych w miarę eleganckich butach. A kłaki (białe!) zamiast gubić w trakcie ciągłych walk, polowań i ucieczek, gubiły na moim jedynym przyzwoitym swetrze.

Żona uważała, że mam po prostu za mało odzieży i sugerowała poczynienie zakupów.

Ja uważałem, że mamy za dużo jebanych sierściuchów i sugerowałem wypierdolenie ich przez okno.

Miesiące mijały, konflikt narastał. Z każdym kolejnym zasikaniem plecaka, każdą następną kradzieżą wędliny z kanapki czy ananasa z pizzy (smakosze jebane), kolejnym nietrafieniem do kuwety czy włamem do szafki z karmą oraz następującym po nim bulimicznym obżarstwem i epickim rzygiem na pół kuchni, rosła we mnie wściekłość. Opisy tego, jak wyrzucę pchlarze przez okno rozwijały się, obrastały w dekoracje, didaskalia i sceny dialogowe.

W końcu któregoś lata żonę naszło na robienie kariery i postanowiła wyjechać służbowo na parę dni. Trochę była przy tym zestresowana, czy aby na pewno pod jej nieobecność karmić będę te futrzane darmozjady i czy nie zrealizuję od dawna powtarzanej groźby, że wywiozę je do kuśnierza.

Niepotrzebnie. W rzeczywistości planowałem przez tych parę dni wreszcie się z kotami zakumplować, po męsku pobratać. Usiąść przy puszce, wedle preferencji, lecha lub whiskasa, podyskutować o tym, czy fajniejsze są kociaki rude, czy jakieś tam inne i ogólnie znaleźć płaszczyznę porozumienia.

A zatem – żona wyjechała, wolna chata, męski wieczór. Ja siedzę na podłodze i gapię się w telewizor, bo leci “Hydrozagadka”. Łaciuch siedzi na parapecie i gapi się w otwarte okno, bo leci gołąb. Trisiek siedzi przy misce i wpierdala chrupki, bo nie masz dla niego większej radości na tym świecie.

Ogólna błogość i relaks. Ale, jak to w bajce, długo trwać to nie mogło. Ktoś musiał popchnąć akcję do przodu i nie mogłoby być do tej roli lepszego kandydata niż kot Łaciuch z jego pustym łebkiem i niecierpliwością łap. Sierściuch wywędrował mianowicie na zewnętrzny parapet, po czym polazł dalej od strony dworu wzdłuż kolejnych zamkniętych okien. Krzyknąłem na niego, żeby wracał. On się skonfundował, łapy mu się poplątały, pazur zgrzytnął o blachę i kot, jednego nawet miauku nie wydawszy, zniknął z radarów.

Drugie piętro.

Podbiegam do okna, patrzę w dół – pchlarza nie ma. Zbiegam na dół – też nie widać. Z jednej strony dobrze, bo przez chwilę obawiałem się widoku bardzo płaskiego futrzanego dywanika na chodniku, ale z drugiej – słabo, bo najwyraźniej sierściuch się zestresował i poszedł w długą.

No dobra, co teraz? W którą stronę iść? Gdzie szukać?

Kiepska sprawa, ale od czego ma się sąsiadów. W tym wypadku Pana Tolka, który był w naszym bloku kimś więcej niż sąsiadem. Był stałym elementem krajobrazu. A to dlatego, że coś mu dolegało w nogi, więc był na rencie i zasadniczo nie miał nic specjalnego do roboty. A ponieważ gardził chyba telewizją czy książką, całe dnie spędzał wsparty na kulach przed wejściem do klatki. Czasem kulturalnie jakieś piwko chlapnął, żeby, jak mówił, żyły w nogach się rozszerzyły i ból zelżał. Palić, nie palił, bo od tego żyły się zwężały i bolało bardziej. Ogólnie na tle innych staczy podklatowych, którzy piwem, nalewką wiśniową i wódką “Biznesową” leczyli choroby nie nóg, a duszy, Pan Tolek wypadał bardzo korzystnie. No i miał tę zaletę, że zawsze widział wszystko, co się działo.

– Szuka pan kota? – powiada Pan Tolek. – Tam pobiegł! – i wskazuje na prawo. Pędzę tedy w prawo. Zaglądam w krzaki, do śmietników, pod samochody. Próbuję wyobrazić sobie, gdzie bym pobiegł, gdybym był przerażonym małym pchlarzem. Szukam, szukam i nawołuję “Łaaaaciuuuch, Łaaaciuuuch!”.

I tu dobra rada dla wszystkich, którzy rozważają przygarnięcie kota. Kiedy będziecie wybierać imię, weźcie pod uwagę możliwość, że wcześniej czy później zwierzę wam spierdoli w teren. I będziecie wtedy musieli ganiać nocą po ulicy i wykrzykiwać jego imię. I naprawdę lepiej, żeby imię to nie brzmiało np. Uwaga, Policja, Pożar, Promocja, Cisza, Apokalipsa, Stop, Won, Ufo, Hańba czy Zbiórka. Albowiem powiadam wam, możecie zostać opacznie zrozumiani.

Imię Łaciuch, trzeba przyznać, nie budziło żadnych kontrowersji i nadawało się do wykrzykiwania znakomicie. Nędzna to jednakowoż pociecha, skoro nosiciela imienia nijak znaleźć nie mogłem. Oszczędzę Wam już opisów tego, jak to godziny mijały, zmrok zapadał, a ja tylko wróciwszy na chwilę do domu po latarkę szukałem dalej. Nie wspomnę o tych rozpaczliwych telefonach do bliskich (oczywiście z wyłączeniem żony) z pytaniem ankietowym “Gdzie byś pobiegł, gdybyś był kotem, który wypadł z okna?”. Powiem tylko, że wreszcie, kiedy straciłem już wszelką nadzieję, zacząłem chodzić po spirali, zakładając, że wcześniej czy później sprawdzę tak każde miejsce na kuli ziemskiej.

W ten sposób w końcu znalazłem biedne kocisko przyczajone pod żywopłotem. Nieruchome, milczące i w ogóle niepomagające się odnaleźć. I oczywiście żywopłot był po lewej, a nie po prawej, ale nie drążmy tematu. Najważniejsze, że kot się okazał cały i zdrowy, co potwierdził weterynarz z nocnego dyżuru, do którego zawiozłem kota po raz pierwszy (ale nie, kurwa, ostatni) taksówką.

Czyli ogólnie, jak to w bajkach bywa, wszystko dobrze się skończyło.
I jak to z bajkami bywa, dorośli wierzyć nie chcieli. Żona do dzisiaj podejrzewa, że to jednak ja wyrzuciłem pchlarza przez okno.

Wybieraj

Wybierasz bramkę numer 1 czy numer 2?

Czerwoną czy niebieską pigułkę?

Aniołka na prawym czy diabełka na lewym ramieniu?

trudny wybor

Trzy mądre małpy

Nie słyszę zła, nie widzę zła, nie głoszę zła. Kuję w zbrojonym betonie.
3_madre_malpy

Post Navigation

%d bloggers like this: