(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “November, 2014”

Jestem seterem. Ale nie psem, tylko trend.

Kiedy ostatnio wypłynął w internetach temat drwalskich bród i flanelowych koszul w kratę, w naturalny sposób poczułem się wywołany do tablicy. Ci, co mnie znają dłużej, to wiedzą, a tym, co nie, wyjaśniam: może dla was to tylko moda, ale ja zarost i flanelę noszę w sercu. A tu nagle kradną mi to kolorowe magazyny. Nosz kurwa. Jednak zanim zdążyłem coś napisać, tyle już było w necie tekstów na rzeczony temat, że już patrzeć nie mogłem, a co dopiero wtrącać swoje trzy tysiące znaków.

No ale dzisiaj, kiedy rozpromieniona żona podzieliła się ze mną kolejnym niusem modowym, coś we mnie pękło. Dwa słowa: slow fashion. Nazwa jest myląca, bo nie chodzi o to, żeby się powoli ubierać, tylko żeby mieć w szafie trzy ciuchy na krzyż, ale wszystkie do siebie pasujące. I chodzić w nich na okrągło, tyle że w różnych konfiguracjach, w zależności od tego, co się ma akurat wyprane. Napisali w gazecie, szafiarki się zajarały, jedna pani drugiej pani pokazała na fejsbuczku i nagle moja żona: wow, moda bardzo, szacuneczek, sprytne takie, hasztag: zachwyt.

A podkreślmy, że to ta sama żona, która od dziesięciu lat mieszka z, jak się okazuje, ikoną slow fashion i zawsze się do mojego awangardowego stylu odnosiła krytycznie. Bo ja przez te wszystkie lata dbałem, aby moja garderoba była zorganizowana wokół dwóch dominant kompozycyjnych: spodni burobrązowych i spodni zgniłozielonych. Zawsze miałem dwie takie pary i wszystko, co kupowałem, musiało do nich pasować. Było wygodnie, było praktycznie, się nie brudziło. A ponadto, w razie Niemca, można było spierdolić do lasu i się zamaskować skutecznie.

Ale żona wiedziała swoje. Na kolejne urodziny, imieniny i Gwiazdki dostawałem eleganckie koszule, w których nie chodziłem, bo nie współgrały z wytartymi bojówkami. Od mamy zresztą też dostawałem. Tylko teściowie się znaleźli i na któreś Boże Narodzenie kupili mi pasujący dodatek, czyli siekierę. Jarałem się jak dziecko.

Dopiero gdzieś tak koło trzydziestki, kiedy żona już strasznie marudziła, że wstyd ze mną wychodzić na miasto, a ja dostałem pracę, w której, w odróżnieniu od poprzedniej, nie wszyscy chodzili w sandałach, porzuciłem w końcu flanelę.

A tu nagle okazuje się, że dwudziestoletni ja przeszedłby dzisiaj przez każde door selection.

Opowieści o tym, jak wieszczyłem nowe trendy można by zresztą mnożyć. Kiedy dziesięć lat temu wprowadzaliśmy się z żoną do pierwszego wspólnego mieszkania, z dumą położyłem w mydelniczce kostkę Białego Jelenia. Mydło męskie takie, szlachetnie proste, bez perfumy, bez barwnika, sama gliceryna i testosteron. Żona się skrzywiła, ale nic nie powiedziała. Za to jakiś czas później, kiedy organizowaliśmy parapetówkę, zauważyłem, że Biały Jeleń dyskretnie został usunięty i zastąpiony metroseksualnym mydłem Dove, zawierającym 25% kremu zmiękczającego erekcję. Co jest grane, pytam. A bo, odpowiada żona, wstyd przed gośćmi będzie z takim mydłem. Jaki wstyd? – żacham się ja. Mydło jak się patrzy, rogacz na nim odciśnięty dumny taki, jakby sam Robert Baratheon do naszej łazienki zawitał, a ona mi tutaj, że wstyd. Przykro mi się zrobiło, więc wydobyłem Białego Jelenia, gdzieś tam haniebnie na dnie szafki skitranego, obtoczyłem w żwirku z kociej kuwety i zaprezentowałem żonie jako wspaniałe mydło pillingujące.

Nie poznała się.

Ale już parę lat później nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Prawdopodobnie w jakimś magazynie Skarb z Rossmanna albo innym InStyle’u napisali, że takie szare mydła to są jednak suuuuper, dla skóry dobre bardzo, cellulit porożem bodą, i w ogóle miej je, miej. I teraz cała łazienka zajebana jeleniami, niczym jakiś landszaft z rykowiskiem. W związku z tym niedługo naprawdę spodziewam się premiery nowej formuły pillingującej z ekstraktem z kociego żwirku.

No dobra, wiem co sobie teraz myślicie. Nie opowiadaj nam tu o przeszłości, tylko zdradź, co będzie modne za rok, dwa, dziesięć, skoro moc taka w tobie drzemie. Rozumiem, służę uprzejmie. Oto kilka sprawdzonych przeze mnie propozycji lajfstajlowych, które jeszcze się nie przyjęły, ale przyjmą się na pewno.

1. Rowery w salonie. Wiem, odważne. Ale, zważcie, są nie tylko piękne, ale i praktyczne, bo to najlepsze miejsce do odwieszania mokrych ciuchów po bieganiu. Aha, i nie pytajcie mnie, co to za półnaga pani nam się pałęta po nieruchomości na tym zdjęciu. Mnie wtedy nawet w domu nie było. Żona z koleżankami jakieś balety organizowała. Ale spoko, lakieru na rowerze nie zarysowały.

rowery

____________________

2. Cebrzyk do polewania się zimną wodą po kąpieli. Każdy drwal taki ma i niektórzy poławiacze krabów podobno też. Oczywiście można polewać się prysznicem, ale cebrzyk jest bardziej stylowy. Egzemplarz widoczny na zdjęciu również dostałem na Gwiazdkę.

cebrzyk

____________________

3. Uprawa ekologiczna na odpadach kuchennych. Temat bardzo na czasie, uważam. Na zdjęciu widać to, co parę lat temu wykiełkowało nam z nasionka papryki, które utknęło w odpływie zlewu. Niestety nie udało się zoptymalizować warunków uprawy tak, żeby uzyskać roślinę owocującą, bo nabawiliśmy się dzieci i trzeba było zacząć żyć higienicznie.

roslinka2

O. No to już wiecie, co będzie modne w nadchodzących sezonach. Oczywiście, jeśli macie jakieś własne pomysły, to śmiało piszcie. Tylko pamiętajcie, że to mój blog i ja tu jestem gwiazdą, więc jeśli będą fajniejsze niż moje, to je usunę.

Zapomniani uczeni rosyjscy: Witalij Wasiljewicz Korkow

Jakoś tak się ostatnio składa, że w ramach pracy zawodowej muszę weryfikować sporą liczbę tzw. ciekawostek. No wiecie, takich tekstów w stylu “gdyby pchła była wielkości człowieka, to skakałaby na 300 m”. Szczerze, to nie przepadam za tym gatunkiem literackim i według mnie miejsce ciekawostki jest raczej pod kapslem tymbarka, a nie w książce. Ale przecież gdyby wszystko w pracy mi pasowało, to nie musieliby mi za nią płacić.

Sprawdzam zatem pracowicie, czy rzeczone ciekawostki są prawdziwe i nader często okazuje się, że nie, nie są. I pal sześć, jak ktoś na przykład dołoży biegnącemu gepardowi ze 30 km/h do prędkości. No niech sierściuch ma. Bo zdecydowanie bardziej rozwalają mnie ciekawostki zmyślone kompletnie, od góry do dołu. A już najlepsze z najlepszych są te z cyklu “słowo to pochodzi od…”. Dzięki anonimowym autorom tych perełek można dowiedzieć się chociażby, że określenie “tajemnica Poliszynela” wywodzi się od płaszcza wojskowego nazywanego szynelem (choć nie jest wyjaśnione skąd to “poli” – może chodzi o wiele płaszczy), że styczeń, marzec i wrzesień pochodzą, odpowiednio, od stykania się ze starym rokiem, marznięcia i wrzosów, oraz że benzynę nazwano na cześć Karla Benza, twórcy pierwszego samochodu.

Wszystko to, niestety, nieprawda. I wielka szkoda, bo tak ładnie by pasowało, prawda?

Prawda. Dlatego też, choć w dzień jestem niestrudzonym tropicielem bzdur, to wieczorami tworzę własne. I dlatego rozpoczynam właśnie nowy cykl: “Zapomniani uczeni rosyjscy”. W dzisiejszym odcinku: Korkow.

Witalij Wasiljewicz Korkow (1839-1905) był rosyjskim naukowcem i wynalazcą, który zasłynął przede wszystkim swoją wieloletnią rywalizacją z Dimitrijem Mendelejewem w badaniach nad zjawiskiem okresowości pierwiastków chemicznych. Obu uczonych łączyły zainteresowania badawcze, ale dzieliło właściwie wszystko inne. Mendelejew nosił długą brodę, Korkow – krótkie spodenki. Pierwszego oskarżano o bigamię, drugiego o mononukleozę. Mendelejew nad zjawiskiem okresowości pracował systematycznie, Korkow swoją systematyką zajmował się jedynie okresowo.

W swojej autobiografii, Nie śpię, bo trzymam kredę (Ja nie splju, potomu szto ja dierżu mieł) Mendelejew opisuje wiele bezsennych nocy spędzonych na szkicowaniu na tablicy kolejnych wersji uporządkowania pierwiastków według mas ich jąder. Korkow natomiast w tym czasie głównie ziewał i drapał się po swoich. Robotę odkładał bowiem zawsze na później, a punktem wyjścia dla całej jego pracy naukowej była hipoteza wyrażona przez uczonego słowami zawtra toże budiet dien (‘jutro też będzie dzień’). Opierała się ona przez lata wszelkim próbom falsyfikacji i do dnia dzisiejszego udało się za jej pomocą trafnie przewidzieć nadejście ponad 50 tysięcy kolejnych dni. Dla porównania: Mendelejew przepowiedział istnienie zaledwie ośmiu nieznanych wcześniej pierwiastków.

Tym nie mniej ostatecznie to właśnie Mendelejew osiągnął międzynarodową sławę po tym, jak w 1869 roku przedstawił Rosyjskiemu Towarzystwu Chemicznemu własną wersję układu okresowego, nazywaną odtąd tablicą Mendelejewa. Na tablicy w mieszkaniu pokonanego Korkowa wisiała tymczasem jedynie ta sama od lat karteczka z napisem “Wyprowadzić psa, nastawić samowar, odkryć prawo okresowości”. Jednak to właśnie ten smutny widok natchnął genialnego uczonego i pozwolił mu przekuć pozorną porażkę w sukces. Już w następnym bowiem roku na rynek trafiła słynna tablica Korkowa, która – w odróżnieniu od tablicy Mendelejewa – zaspokajała żywotną potrzebę społeczną.

Tablica Korkowa

Tablica Korkowa

Wkrótce wynalazek sprzedał się w milionach sztuk, które zawisły w biurach, urzędach i mieszkaniach na całym świecie. Od ponad 140 lat tablica Korkowa pomaga ludziom zagubionym w natłoku obowiązków. Wystarczy, że opiszą każdą z pilnych spraw na małej karteczce i przypną ją pinezką, aby poczuli się zwolnieni z obowiązku pamiętania o niej, czy nawet jej ostatecznego załatwienia.

Mimo niezaprzeczalnych przysług jakie oddał ludzkości, Korkow wydaje się być dzisiaj niedoceniony. Podczas gdy na cześć Mendelejewa nazwano m.in. nowy pierwiastek chemiczny i jedną z planetoid, Korkowowi poświęcono jedynie ulicę w Warszawie. I to na przedmieściach.

Ulica Witalija Korkowa w Warszawie

Ulica Witalija Korkowa w Warszawie

____________________

Update:

Ciężko wymyślić coś, czego nikt wcześniej nie wymyślił. Dzisiaj (czyli dzień po napisaniu tego posta) znalazłem w necie takie coś: http://radzieccyuczeni.pl/?s=korkow

Przychodzą Cygan, gej, Żyd i kibol do słownika

W dzień taki jak ten miło przypomnieć sobie, za co się Polskę lubi. Ja, na przykład, co chyba nieraz już deklarowałem, jestem zakochany w naszych okolicznościach przyrody i w polskim języku. Pora roku aktualnie taka, że rzeczona przyroda prezentuje nam raczej ten swój mniej atrakcyjny profil, ale za to mową ojczystą jarać się można zawsze. Co niniejszym zamierzam czynić przez najbliższych kilka tysięcy znaków. Wiem, że taki wstęp łatwo można uznać za zapowiedź zmasowanego ataku straszliwych nudów lingwistycznych i co bardziej wrażliwi już suną myszą w stronę prawego górnego rogu, ale proszę wstrzymać się jeszcze z pochopnymi decyzjami. Na blogu (kom)postownia naszą misją jest dbałość o zadowolenie czytelnika i dlatego sprawdziliśmy zawczasu w internetach, co przynosi największą popularność postom i owocuje mnogością komentów pod spodem. I dlatego mogę dumnie zapowiedzieć, że dzisiejsze rozważania będą kręcić się wokół takich topowych słów jak: Żyd, Cygan, gej i kibol. Widzicie? Będzie fajnie. Niewykluczone, że trzej pierwsi mogliby się poczuć urażeni wymienieniem ich jednym tchem razem z tym czwartym, a ten czwarty pewnie jeszcze bardziej zbulwersowałby się umieszczeniem go obok pozostałych trzech, ale chuj z tym. O, przekleństwo! Wspomniałem, że będą też przekleństwa? Naprawdę będzie fajnie, zobaczycie.

Słowa. Słowa potrafią ranić, tak jak nóż. Nie potrafią już, co prawda, jak rzeczony nóż, rozsmarować masła po chlebie, ale mają wiele innych pożytecznych funkcji. Podstawową jest opisywanie rzeczywistości. Ale mogą też próbować tę rzeczywistość zmieniać lub, jak powiedzieliby złośliwi, zaklinać. Na przykład – hit ostatnich lat – żeńskie formy zawodów. Już nie pani biolog, pani psycholog, pani minister tylko biolożka, psycholożka, ministra. Jak brzmi? Śmiesznie. Ale nowe słowa zawsze brzmią śmiesznie. Minie ze 20 lat i się uleży, przywykniemy. Ja, w każdym razie, jestem za. Żywy język jest żywy dlatego, że się zmienia.

Nieco zabawniej będzie z takimi zawodami jak tokarz, drukarz, kominiarz czy pilot, bo odpowiednie nisze są już zajęte przez maszyny i czapki. Ale w sumie Japonkom, Kanadyjkom czy Finkom zbieżność nazw z japonkami, kanadyjkami i finkami jakoś nie przeszkadza. Pozostają jeszcze słowa trudne do sfeminizowania ze względów techniczno-gramatycznych. Mędrzec. Jak nazwać kobietę mędrca? Dzisiaj to już w sumie nie zawód, ale dawniej najwyraźniej dało się z tego ukręcić wystarczająco dużo hajsu, żeby się rozbijać wielbłądem po pustyni i jeszcze na mirrę, kadzidło i złoto starczyło. Kierowca. Niby facet, ale odmienia się jak kobieta. Kierowca odmienną jest, ha, ha. Kierowczyni? Brzmi słabo. Ponadto, trudność dodatkowa: kierowca tira – tirowiec, kierowczyni tira – no właśnie. Stanowczo sugeruję, żeby jednak pani tirowiec.

No i wreszcie garniec złota z Funduszu Kościelnego temu, kto wymyśli żeńską formę “księdza”. I zaprawdę powiadam wam, ci którzy myślą, że słowo to nigdy nam się nie przyda, małej są wiary.

No dobra, ale wracając do meritum: czy to w ogóle coś da, że pozmieniamy te nazwy zawodów? Czy pani socjolog zacznie zarabiać tyle samo, co pan socjolog, dzięki temu, że zaczniemy nazywać ją socjolożką? Myślę, że wątpię. Państwo wybaczą, że pojadę Szekspirem, ale w sumie Czemże jest nazwa? To, co zowiem różą / Pod inną nazwą równieby pachniało…

Serio. Weźmy na świadka geja. Słowo to wprowadzono do języka polskiego, bo niemal wszystkie istniejące dotychczas określenia na homoseksualistę płci męskiej były obraźliwe. Wprowadzono, dodajmy, dość pokracznie, bo po angielsku “gay” to przymiotnik, a u nas zrobiono z tego rzeczownik. Ale cóż, jak się Naród w ciągu swojej tysiącletniej historii nie był w stanie ogarnąć i dorobić przyjaznego określenia na rzeczonego geja, to pozostaje mu zbierać ochłapy po innych językach. No dobra, zaimportowaliśmy geja i co? Jeszcze się dobrze w polszczyźnie nie przyjął, a już słyszałem, jak młodzież szkolna ścigała się do płotu z okrzykiem “Kto ostatni, ten gej!”. Bo jak długo będzie się tego geja uważać za kogoś gorszego, to można sobie nazwy zmieniać, a wszystko zostanie po staremu. Jak jeden chłopak mówi na WF-ie do drugiego “rzucasz jak ciota”, to raczej nie jest komplement. Można go przekonać, żeby mówił “rzucasz jak gej”, ale to nadal komplement nie będzie. Tak samo zresztą jak “rzucasz jak dziewczyna”. I mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy zastępować tej “dziewczyny” czymś innym.

Tak jak przyszło do głowy Murzynom i Cyganom. No bo jest jakoś tak, w sumie dość nieprzyjemnie, że obie te nazwy grup etnicznych dorobiły się szerszego i niespecjalnie pozytywnego znaczenia. Konkretnie: zaczęły funkcjonować jako rzeczowniki pospolite z małej litery pisane. Tak jak: jesteśmy sto lat za murzynami, robię u niego za murzyna, wycyganić, ocyganić, to nas tu mało nie wykastrowały, a ty sobie cycki, cyganie, przyprawiasz?! No i nie dziwne, że Cyganie i Murzyni nie chcą być kojarzeni z tak pojmowanymi cyganami i murzynami. I domagają się, żeby ich nazywać Romami i eee… Afropolakami? Czarnoskórymi Polakami? Kurde, sam już nie wiem. Może po prostu Czarnymi? Tego właśnie słowa używał mój kuzyn z USA, a tam na poprawności politycznej się znają. To znaczy konkretnie mówił “Czajni”, bo mimo polskich korzeni, “r” miał już amerykańskie, w związku z czym przez pewien czas myśleliśmy, że chodzi mu o Chińczyków.

A skoro o Ameryce mowa, to tam przecież jak Czajny do Czajnego mówi “nigga”, to jest git, ale jak powie tak biały, to mogiła. Co potwierdza tylko, że słowa same z siebie nic nie znaczą. Kontekst się liczy.

No dobra, jakie ja tam jeszcze słowa kluczowe obiecałem? Aha, Żydzi. Po polsku “Żyd” funkcjonuje w znacznej liczbie kontekstów negatywnych, począwszy od wzajemnego obrażania się fanów klubów piłkarskich, na negocjacjach w kwestiach finansowych skończywszy (Ale żydzisz! No, nie bądź Żyd, pożycz…). A Żydzi co na to? Nic! Mogliby żądać, żeby ich nazywać Hebrajczykami, Izrealitami, Semitami, synami Abrahama, plemieniem Izaaka… Ale nie, oni mają na to wyjebane. Są Narodem Wybranym i trzeba czegoś więcej niż taki hejt leksykalny, żeby rozważyli rebranding. Zresztą, akurat oni dobrze wiedzą, że nazwa to tylko nazwa, i nawet prawdziwego imienia Boga się nie wymawia.

Ale najskuteczniejszą chyba strategię obrali tak zwani pseudokibice, czyli tak zwani chuligani, czyli tak zwani kibole. Im bardziej opinia publiczna się spina, żeby ich nazwać tak, żeby im przykro było i żeby odróżnić ich od tych “dobrych” kibiców, tym oni chętniej i z większą dumą przyjmują nowe określenia. I pojawiają się potem przed kamerami w koszulkach “Warszawscy chuligani” i z transparentem “Donald matole, twój rząd obalą kibole”. I co im zrobisz?

Co mi, niestety, przypomina, że będę jechał jutro, jak co roku, dwunastego listopada, przez to moje miasto stołeczne, patrzył na pobojowisko i zachodził w głowę, co tu się, kurwa, w ogóle stało i właściwie dlaczego. I przepraszam, ale w związku z tym już nie chce mi się dalej pisać.

Systematyka kotów

Miało nie być znowu o sierściuchach, ale znalazłem w dalekim kątku twardego dysku moją prywatną systematykę kotów. Leżało tam to przez lata i czekało, aż znajdę kogoś, kto mi wyryje stosowne ryciny, żeby wydać całość w formie jakże potrzebnego światu atlasu. Nikt się nie znalazł, ale to może dlatego, że zapomniałem kogokolwiek zapytać.

W każdym razie odgrzebałem, wybrałem kilka najlepszych i opatrzyłem fotografiami z natury. Jak to się ładnie pisze w niektórych publikacjach “źródło zdjęć: internet”.

Może w sumie to taki hermetyczny humor, ale skąd ja mam to wiedzieć? W końcu połowa moich znajomych to biolodzy, z czego większość ma, miała lub mieć będzie koty.

A zatem, drodzy Państwo, koty dzielimy na:

TORBACZE

torbacze

____________

MIAUŻE

miauze

____________

PARAPETODAKTYLE

parapetodaktyle

____________

PAWIANY

pawiany

____________

PCHLARZYDEŁKOWCE

pchlarzydelkowce

____________

SIERŚCIENICE

sierscienice

____________

FIRANIE

firanie

____________

JADŁOCHŁONY

jadlochlony

____________

LEGWANNY

legwanny

____________

LEŻOZWIERZE

lezozwierze 2

Post Navigation

%d bloggers like this: