Przychodzą Cygan, gej, Żyd i kibol do słownika

W dzień taki jak ten miło przypomnieć sobie, za co się Polskę lubi. Ja, na przykład, co chyba nieraz już deklarowałem, jestem zakochany w naszych okolicznościach przyrody i w polskim języku. Pora roku aktualnie taka, że rzeczona przyroda prezentuje nam raczej ten swój mniej atrakcyjny profil, ale za to mową ojczystą jarać się można zawsze. Co niniejszym zamierzam czynić przez najbliższych kilka tysięcy znaków. Wiem, że taki wstęp łatwo można uznać za zapowiedź zmasowanego ataku straszliwych nudów lingwistycznych i co bardziej wrażliwi już suną myszą w stronę prawego górnego rogu, ale proszę wstrzymać się jeszcze z pochopnymi decyzjami. Na blogu (kom)postownia naszą misją jest dbałość o zadowolenie czytelnika i dlatego sprawdziliśmy zawczasu w internetach, co przynosi największą popularność postom i owocuje mnogością komentów pod spodem. I dlatego mogę dumnie zapowiedzieć, że dzisiejsze rozważania będą kręcić się wokół takich topowych słów jak: Żyd, Cygan, gej i kibol. Widzicie? Będzie fajnie. Niewykluczone, że trzej pierwsi mogliby się poczuć urażeni wymienieniem ich jednym tchem razem z tym czwartym, a ten czwarty pewnie jeszcze bardziej zbulwersowałby się umieszczeniem go obok pozostałych trzech, ale chuj z tym. O, przekleństwo! Wspomniałem, że będą też przekleństwa? Naprawdę będzie fajnie, zobaczycie.

Słowa. Słowa potrafią ranić, tak jak nóż. Nie potrafią już, co prawda, jak rzeczony nóż, rozsmarować masła po chlebie, ale mają wiele innych pożytecznych funkcji. Podstawową jest opisywanie rzeczywistości. Ale mogą też próbować tę rzeczywistość zmieniać lub, jak powiedzieliby złośliwi, zaklinać. Na przykład – hit ostatnich lat – żeńskie formy zawodów. Już nie pani biolog, pani psycholog, pani minister tylko biolożka, psycholożka, ministra. Jak brzmi? Śmiesznie. Ale nowe słowa zawsze brzmią śmiesznie. Minie ze 20 lat i się uleży, przywykniemy. Ja, w każdym razie, jestem za. Żywy język jest żywy dlatego, że się zmienia.

Nieco zabawniej będzie z takimi zawodami jak tokarz, drukarz, kominiarz czy pilot, bo odpowiednie nisze są już zajęte przez maszyny i czapki. Ale w sumie Japonkom, Kanadyjkom czy Finkom zbieżność nazw z japonkami, kanadyjkami i finkami jakoś nie przeszkadza. Pozostają jeszcze słowa trudne do sfeminizowania ze względów techniczno-gramatycznych. Mędrzec. Jak nazwać kobietę mędrca? Dzisiaj to już w sumie nie zawód, ale dawniej najwyraźniej dało się z tego ukręcić wystarczająco dużo hajsu, żeby się rozbijać wielbłądem po pustyni i jeszcze na mirrę, kadzidło i złoto starczyło. Kierowca. Niby facet, ale odmienia się jak kobieta. Kierowca odmienną jest, ha, ha. Kierowczyni? Brzmi słabo. Ponadto, trudność dodatkowa: kierowca tira – tirowiec, kierowczyni tira – no właśnie. Stanowczo sugeruję, żeby jednak pani tirowiec.

No i wreszcie garniec złota z Funduszu Kościelnego temu, kto wymyśli żeńską formę “księdza”. I zaprawdę powiadam wam, ci którzy myślą, że słowo to nigdy nam się nie przyda, małej są wiary.

No dobra, ale wracając do meritum: czy to w ogóle coś da, że pozmieniamy te nazwy zawodów? Czy pani socjolog zacznie zarabiać tyle samo, co pan socjolog, dzięki temu, że zaczniemy nazywać ją socjolożką? Myślę, że wątpię. Państwo wybaczą, że pojadę Szekspirem, ale w sumie Czemże jest nazwa? To, co zowiem różą / Pod inną nazwą równieby pachniało…

Serio. Weźmy na świadka geja. Słowo to wprowadzono do języka polskiego, bo niemal wszystkie istniejące dotychczas określenia na homoseksualistę płci męskiej były obraźliwe. Wprowadzono, dodajmy, dość pokracznie, bo po angielsku “gay” to przymiotnik, a u nas zrobiono z tego rzeczownik. Ale cóż, jak się Naród w ciągu swojej tysiącletniej historii nie był w stanie ogarnąć i dorobić przyjaznego określenia na rzeczonego geja, to pozostaje mu zbierać ochłapy po innych językach. No dobra, zaimportowaliśmy geja i co? Jeszcze się dobrze w polszczyźnie nie przyjął, a już słyszałem, jak młodzież szkolna ścigała się do płotu z okrzykiem “Kto ostatni, ten gej!”. Bo jak długo będzie się tego geja uważać za kogoś gorszego, to można sobie nazwy zmieniać, a wszystko zostanie po staremu. Jak jeden chłopak mówi na WF-ie do drugiego “rzucasz jak ciota”, to raczej nie jest komplement. Można go przekonać, żeby mówił “rzucasz jak gej”, ale to nadal komplement nie będzie. Tak samo zresztą jak “rzucasz jak dziewczyna”. I mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy zastępować tej “dziewczyny” czymś innym.

Tak jak przyszło do głowy Murzynom i Cyganom. No bo jest jakoś tak, w sumie dość nieprzyjemnie, że obie te nazwy grup etnicznych dorobiły się szerszego i niespecjalnie pozytywnego znaczenia. Konkretnie: zaczęły funkcjonować jako rzeczowniki pospolite z małej litery pisane. Tak jak: jesteśmy sto lat za murzynami, robię u niego za murzyna, wycyganić, ocyganić, to nas tu mało nie wykastrowały, a ty sobie cycki, cyganie, przyprawiasz?! No i nie dziwne, że Cyganie i Murzyni nie chcą być kojarzeni z tak pojmowanymi cyganami i murzynami. I domagają się, żeby ich nazywać Romami i eee… Afropolakami? Czarnoskórymi Polakami? Kurde, sam już nie wiem. Może po prostu Czarnymi? Tego właśnie słowa używał mój kuzyn z USA, a tam na poprawności politycznej się znają. To znaczy konkretnie mówił “Czajni”, bo mimo polskich korzeni, “r” miał już amerykańskie, w związku z czym przez pewien czas myśleliśmy, że chodzi mu o Chińczyków.

A skoro o Ameryce mowa, to tam przecież jak Czajny do Czajnego mówi “nigga”, to jest git, ale jak powie tak biały, to mogiła. Co potwierdza tylko, że słowa same z siebie nic nie znaczą. Kontekst się liczy.

No dobra, jakie ja tam jeszcze słowa kluczowe obiecałem? Aha, Żydzi. Po polsku “Żyd” funkcjonuje w znacznej liczbie kontekstów negatywnych, począwszy od wzajemnego obrażania się fanów klubów piłkarskich, na negocjacjach w kwestiach finansowych skończywszy (Ale żydzisz! No, nie bądź Żyd, pożycz…). A Żydzi co na to? Nic! Mogliby żądać, żeby ich nazywać Hebrajczykami, Izrealitami, Semitami, synami Abrahama, plemieniem Izaaka… Ale nie, oni mają na to wyjebane. Są Narodem Wybranym i trzeba czegoś więcej niż taki hejt leksykalny, żeby rozważyli rebranding. Zresztą, akurat oni dobrze wiedzą, że nazwa to tylko nazwa, i nawet prawdziwego imienia Boga się nie wymawia.

Ale najskuteczniejszą chyba strategię obrali tak zwani pseudokibice, czyli tak zwani chuligani, czyli tak zwani kibole. Im bardziej opinia publiczna się spina, żeby ich nazwać tak, żeby im przykro było i żeby odróżnić ich od tych “dobrych” kibiców, tym oni chętniej i z większą dumą przyjmują nowe określenia. I pojawiają się potem przed kamerami w koszulkach “Warszawscy chuligani” i z transparentem “Donald matole, twój rząd obalą kibole”. I co im zrobisz?

Co mi, niestety, przypomina, że będę jechał jutro, jak co roku, dwunastego listopada, przez to moje miasto stołeczne, patrzył na pobojowisko i zachodził w głowę, co tu się, kurwa, w ogóle stało i właściwie dlaczego. I przepraszam, ale w związku z tym już nie chce mi się dalej pisać.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s