(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “December, 2014”

Już tak nie myślę

To, że dzieci odbierają Święta inaczej niż dorośli, to chyba oczywiste. Z punktu widzenia tych beztroskich gnojków wszystko po prostu samo się wydarza i jedyne, co pozostaje zrobić, to zjeść, rozpakować i się cieszyć. No, ewentualnie pocałować ciocię. Ale już nawet później, w dorosłym życiu spojrzenie na Święta też się człowiekowi może zmieniać w czasie. Ja, na przykład, zaobserwowałem u siebie w ciągu ostatnich kilku lat co następuje:

  • Już nie myślę, że to normalne, że Święty Mikołaj pyta, czy dzieci były grzeczne, zanim im da prezenty. Teraz myślę, że to popierdolone. To w końcu jest prezent, czy jakaś premia motywacyjna?!
  • Już nie myślę, że jesteśmy hipokrytami, zostawiając wolne miejsce przy stole, co to niby jest dla zbłąkanego wędrowca, a przecież obcego lumpa z ulicy i tak byśmy przez próg nawet nie przepuścili. Teraz wiem (bo żona gdzieś wyczytała), że to dodatkowe nakrycie pierwotnie było dla naszych zmarłych. A nawet jeśli to nieprawda, to i tak ta wersja mi pasuje i tej wersji będę się trzymał. No bo kiedy zmarłych bardziej brakuje przy stole niż w Święta?
  • A skoro o tym mowa, to myliłem się, sądząc, że od paru lat obchodzimy Święta bez babci. Babcia przecież dzisiaj była, dziadek też. Po prostu ich nie zauważyłem, bo przyzwyczaiłem się myśleć o nich jako o mamie i tacie. A przecież tatą teraz jestem ja.
  • Już nie myślę, że to upadek kultury narodowej, kiedy w radiu lecą amerykańskie świeckie piosenki christmasowe zamiast jakże pięknych polskich kolęd i pastorałek. Teraz dostrzegam, że te amerykańskie są w niepowtarzalny sposób radosne i bardzo skutecznie robią nastrój świąteczny, a nie ciągle tylko, że nie ma kolebeczki ani poduszeczki, a ty go matulu w płaczu utulaj. Ale żeby nie było, uważam, że takie np. Bóg się rodzi albo Przybieżeli do Betlejem są naprawdę świetne.
  • Już nie myślę, że Cicha noc jest na 4/4. Teraz wiem, że jest na 6/8, ale w sumie niewiele to pomaga, bo nie umiem śpiewać na 6/8. Wiem też, że napisał ją facet, który miał na nazwisko tak samo, jak zły pan ze Szklanej pułapki. Ale ta wiedza też nie pomaga.
  • Już nie myślę, że ci wszyscy ludzie tłoczący się w kolejce po świąteczną rybę w przedświątecznej promocji, biegający z obłędem w oczach po Smyku w poszukiwaniu jakiegoś dziwnego plastikowego czegoś z naklejką i robiący wiele innych rzeczy w sposób głośny, nerwowy i tłumny, zarzynają Święta. Że komercja, że tandeta, że sztucznie nakręcana przedświąteczna gorączka. Teraz myślę: kurde, ci ludzie naprawdę się starają! I nic mi do tego, co potrzebują kupić, żeby godnie uczcić Święta czy też wyrazić w tym dniu miłość do swoich bliskich.
  • I wreszcie: już nie myślę, że słowa pisane na Kompostowni to tak sobie tylko fruną w przestrzeń i przepadają bez żadnego efektu. W tym roku bowiem Mikołaj położył mi pod choinką paczkę podpisaną ręką żony i zawierającą to:

flanela#flanela #zgnilozielony #jestemikonastylu

W obliczu tego niezaprzeczalnego dowodu, że słowa mają moc, życzę Wam wszystkim, żeby radosny nastrój świąteczny nie opuszczał Was co najmniej do Trzech Króli, a nadchodzący rok upłynął w znakomitym zdrowiu, świetnym humorze i względnym dostatku.

Grudzień z Nietuzinkową Książką 2014

Tydzień temu minął rok, odkąd napisałem pierwszego kompostownianego posta. Bloga jeszcze wtedy (i przez kilka kolejnych miesięcy) nie było, a wpis pojawił się po prostu u mnie na fejsie. Ale jeśli coś uznawać za początek Kompostowni, to chyba właśnie to.

Obchody tego radosnego jubileuszu zorganizowałem sobie, zgodnie z panującą obecnie w kraju modą, w duchu rekonstrukcji historycznej. W moim wypadku oznaczało to oczywiście wycieczkę pod witrynę księgarni “Naszego Dziennika”. A com przeżył i co widział, wpis ten wszystko Wam opowie. Innymi słowy: tak, zaczynam się powtarzać. Albo może umówmy się, że to będzie taki cykl: Grudzień z Nietuzinkową Książką.

Stoję zatem pod witryną, do środka nie wchodzę, bo z jedzeniem nie wypada. Patrzę. A w witrynie już na dzień dobry miłe zaskoczenie: cała półka z tak zwanymi “pisarzami polskojęzycznymi”. Wiele tego, co prawda, nie było: dwa Tuwimy i jeden Brzechwa (albo na odwrót), ale, mimo wszystko, osobna półka. I wcale nie “osobna półka dla Żydów” w sensie pejoratywnym, tylko osobna półka na honorowym miejscu. Przyznam, że nie podejrzewałem “Naszego Dziennika” o taki filosemityzm. Nie wiem, może to był jakiś gest symboliczny, a może po prostu z klasyków poezji dziecięcej pozostali już tylko ci dwaj, od kiedy Konopnicka okazała się przebrzydłą lesbijką (lub, jak ujęła to niezawodna polska Wikipedia, “według badaczy nurtu gender i queer przez dwadzieścia lat artystki [Konopnicka i Dulębianka] były partnerkami życiowymi”). No ale żarty żartami, a ja naprawdę się cieszę, że dzieci naszdziennikowych rodziców będą mogły w tym roku znaleźć pod choinką wesołą kokoszkę, zwariowaną troszkę, mały pstryczek-elektryczek oraz ciężką, ogromną i potem spływającą lokomotywę. Bo im się to po prostu należy.

Dalsze oględziny witryny wykazały, że rzeczone dzieci mogą dostać też zestaw planszówek Boska gra + Misyjna gra:
gra_misyjnaoraz książeczkę Zabawy biblijne w wyraźnie zdefiniowanej wersji dla dziewcząt lub dla chłopców:
zabawy_biblijne
No i w sumie OK, trzeba grafikom pogratulować niewinności i czystości myśli, skoro najwyraźniej ani te golaski oddające się zabawom biblijnym po krzakach źle im się nie skojarzyły, ani ten poczciwy dziadunio misjonarz, tulący do piersi dwóch rozkosznych urwipołciów, nie przywołał na myśl Dominikany. Ja już inaczej patrzeć na to nie mogę, w czym niemała zasługa umiarkowanie wyrafinowanych antyklerykałów internetowych i jeszcze większa –  samego Kościoła. I to smutne jest właściwie, bo czuję się z tym trochę jak ów nieszczęśnik, któremu torebka Teletubisia też się kojarzyła.

Ale porzućmy smutki, porzućmy troski. Lada chwila co poniektórym rodzi się Zbawiciel i trzeba nakupić z tej okazji prezentów. Co dorosłym nabyć można w tej księgarni, zapytacie. Plan Daniela, odpowiem.

plan_Daniela
“Dieta prosto z Biblii”. No, strzał z grubej rury, przyznacie. To może ja wyjaśnię o co chodzi. W Księdze Daniela opisane jest, jak słynny babiloński niecnota imieniem Nabuchodonozor po udanym podboju wziął sobie jeńców spośród szlachetnie urodzonych młodzieńców żydowskich (w tym Daniela), żeby zrobić z nich ekskluzywną służbę pałacową i szpanować przed innymi biblijnymi villainami. Ledwie ich przywieziono do pałacu i przydzielono nadzorcę, a już doszło do napięć na tle kulturowym, bo żydowskie chłopaki nie chciały jeść niekoszernej kuchni królewskiej. Jak to usłyszał nadzorca, zafrasował się okrutnie, że mu jeńcy z głodu zmizernieją i król będzie niekontent, że taką niewyjściową służbę pałacową ma. A dalej, według Biblii Tysiąclecia, było tak:

Daniel zaś powiedział do strażnika, którego ustanowił nadzorca służby dworskiej nad Danielem, Chananiaszem, Miszaelem i Azariaszem: ”Poddaj sługi twoje dziesięciodniowej próbie: niech nam dają jarzyny do jedzenia i wodę do picia. Wtedy zobaczysz, jak my wyglądamy, a jak wyglądają młodzieńcy jedzący potrawy królewskie i postąpisz ze swoimi sługami według tego, co widziałeś”.
Przystał na to żądanie i poddał ich dziesięciodniowej próbie.
A po upływie dziesięciu dni wygląd ich był lepszy i zdrowszy niż innych młodzieńców, którzy spożywali potrawy królewskie.
(Dn 1,11-15)

I ten oto fragment, proszę państwa, leży u podstaw “diety biblijnej”. Jej zwolennicy najwyraźniej zakładają, że pozostałe dane przez Boga instrukcje, mówiące o tym, co wolno jeść, a czego nie i wymagające np. sprawdzania, czy potencjalny brunch jest przeżuwaczem oraz czy jego racica jest rozszczepiona, to tylko taki Boży żarcik. Właściwy przekaz dietetyczny brzmi “jarzyny i woda”, a ukryty jest w niepozornej historii o paru żydowskich młodzianach w trudnej sytuacji żywieniowej. Logika bardzo.

Logiczne jest też, że jeden z autorów, doktor Daniel Amen (podobno to jego prawdziwe personalia, więc chyba od urodzenia był naznaczony do napisania takiej książki), mimo opracowania diety, która dostarcza wszystkiego, ma wielki internetowy sklep z suplementami, dzięki którym dostarczycie sobie jeszcze więcej. I twierdzi, że niektóre z jego specyfików pomagają na Alzheimera.

Ale to przecież nie jedyny opisany w Biblii plan żywieniowy. Myślę, że przy odrobinie wysiłku dałoby się wypromować “dietę Jana Chrzciciela”. Szarańcza i miód leśny – to nie może nie chwycić. Białko z owadów jest przyszłością głodującej ludzkości, a o dobroczynnym działaniu miodu wie każde dziecko. W przychodni, w której ostatnio robiłem badania okresowe, stał nawet pan sprzedający różne miody ze szczegółowymi opisami, który gatunek leczy płuca, a który wątrobę. I może najtańszy ten miód nie był, ale słoik dostawało się znacznie szybciej niż numerek do lekarza.

Następnym razem może spotkam tam bioenergoterapeutę.

No dobrze, ale żeby zakończyć te biblijno-kulinarne rozważania jakimś pozytywnym akcentem i pokazać jednak coś, co rzeczywiście nadaje się na fajny prezent, prezentuję tę oto torbę, do której, według opisu producenta, “wejdzie 5 bochenków i kilka rybek, które warto mieć pod ręką w gotowości na cud”.

5-chlebow-2-ryby
A od siebie dodam, że fajnie i miłosiernie byłoby, gdyby te ryby to nie były żywe karpie.

I to chyba jedyne zalecenie żywieniowe, które czuję się upoważniony dawać Wam przed Świętami. No może poza jeszcze jednym cytatem z Biblii, który całkiem dobrze podsumowuje moje przekonania dietetyczne. W Księdze Powtórzonego Prawa napisane jest bowiem:

Nie będziecie jedli nic obrzydliwego.
(Pwt 14,3)

I tego się trzymajmy.

Słowa i wykresy – fundament pożywnego posta

Ostatnio prawie w ogóle nie czytam książek. Jakiś czas temu zdarzało mi się to jeszcze w autobusie, ale potem zacząłem drukować sobie na drogę różne materiały z pracy. Teraz nimi głównie się zaprzątam w środkach komunikacji, a współpasażerowie, o ile umieją czytać z ruchu warg, widzą, jak bardzo mnie to niekiedy porusza. Literatury jako takiej czytam natomiast mało. Dużo mniej niż przystoi szanującemu się wykształciuchowi.

I pewnie po części dlatego właśnie zainteresowałem się Ngram Viewerem czyli guglowym narzędziem do grzebania w milionach książek, których się nie czytało. A po drugiej, sporo większej, części z pewnością dlatego, że to narzędzie robi wykresy. A ja kocham wykresy.

I w związku z tym dzisiaj będzie dużo wykresów. Kto się brzydzi, niech ucieka.

Link do Ngram Viewera jest tutaj: https://books.google.com/ngrams/, a do TEDtalku, w którym objaśnione jest o co cho – tutaj: http://www.ted.com/talks/what_we_learned_from_5_million_books.

W skrócie: Google wziął i zdigitalizował 5 mln książek z lat 1800-2000. I teraz bierzesz Pan jakieś słowo, wpisujesz i dostajesz wykres częstości jego występowania w książkach na przestrzeni dwóch wieków. Chodzi tylko o książki wydane po angielsku, ale cześć z nich to przekłady z innych języków i nawet można sobie zaznaczyć, że chce się szukać tylko w literaturze rosyjskiej albo niemieckiej. Ale nie polecam. Wykresy robią się wtedy dziwne jakieś, chyba mieli za mało danych. Dziwne robią się też, kiedy rozszerzy się kryteria wyszukiwania poza rok 2000.

No dobra, ale do czego to się może przydać? W sumie nie wiem. Mi się przydało do napisania posta na Kompostownię.

Zabawka przypomina trochę statystyki z wyszukiwarek internetowych, a one zawsze mi się podobały. Na przykład kiedyś przeczytałem, że najczęściej wyszukiwanym przez Polaków mężczyzną był Jan Paweł II, a najczęściej wyszukiwaną kobietą – Doda. Było to już bardzo dawno temu, w czasach kiedy on nie był jeszcze świętym, a ona ciągle dookreślała się przydomkiem “Elektroda” i była, jeśli nie sensacją, to przynajmniej nowością. No i patrząc na takie wyniki można sobie podyskutować o wzorcach kobiecych i męskich albo można spróbować odkryć receptę na popularność w internetach. Z zamieszczonych przykładów wynikałoby, że trzeba mieć wysokie IQ i robić występy przed wielotysięczną publicznością, podczas których zwykle się śpiewa, choć w sumie nie dla śpiewu publiczność przychodzi.

Ale, jako się rzekło, Ngram Viewer nie skupia się na mediach, tylko na książkach. A to różnica zasadnicza. Przeczesując, na przykład, stare gazety, sprawdzamy, o czym w danym momencie się mówiło, jakie tematy były gorące. Zaglądając do książek, dowiadujemy się, co dla ludzi było w danym okresie naprawdę ważne. Tak sobie przynajmniej założyłem. I zacząłem sprawdzać, jak to się te priorytety zmieniały przez wieki.

Wnioskiem pierwszym Was nie zaskoczę: praktycznie nic nie pisano o rzeczach jeszcze niewynalezionych czy nieodkrytych. Mimo że dzisiaj sporo można przeczytać chociażby o teleportacji, podróżach w czasie czy drugiej linii warszawskiego metra, to dawniej najwyraźniej zachowywano większą dyscyplinę. Na przykład o telefonie nikt nie wspominał przed jego wynalezieniem w 1876 r. Potem słowo to pojawiało się coraz częściej i częściej, aż do momentu, kiedy telefon zaczął ustępować miejsca kolejnemu wynalazkowi, który po polsku należałoby chyba nazwać “fonem”.

ngrams_telefon

Postęp i marsz ku lepszemu jutru (bez ironii to piszę) możemy zaobserwować, sprawdzając takie słowa, jak “transplantacja” czy “antybiotyk”.

ngrams_antibio

Ale żeby nie było zbyt optymistycznie, warto dla równowagi zdać sobie sprawę, że astrologia ma się nieustająco świetnie, a homeopatia przeżywa wręcz drugą młodość.

ngrams_homeo

Są też oczywiście rzeczy, które istniały od zawsze, ale jakoś się o nich nie pisało. Taka czynność jak “fuck”, chociażby. Choć praktykowana z pokolenia na pokolenie, do mainstreamu przebiła się dopiero na fali rewolucji seksualnej lat 60.

ngrams_fuck

Co bystrzejsi zauważą na wykresie, że w literaturze sporo fuckami rzucano też przed 1820 r. i spytają zapewne: jakże to? Nie umiałbym odpowiedzieć, gdyby nie dodatkowa opcja w Ngram Viewerze, a mianowicie możliwość zajrzenia do wybranych publikacji z określonego okresu, zawierających szukane słowo. Okazuje się, że za fucki z czasów Napoleona odpowiada dziewiętnastowieczne “s” przypominające w druku dzisiejsze “f”, co skutecznie myliło współczesne skanery tekstu (o czym zresztą jest mowa w podlinkowanym wyżej TEDtalku). Nie chodzi zatem wcale o “fuck” tylko o “suck”. Tym, którym nadal się kojarzy, powiem: a fe, chodzi przecież o ssanie (ffanie) mleka. I dlatego w dziewiętnastowiecznym podręczniku hodowcy owiec możemy znaleźć wzmiankę o tym, że “older lambf will ftill fuck unleff they have good pafturef” (“ftarfze jagnięta nadal ffą, chyba że mają dobre paftwifka”). A w książce poświęconej opiece nad niemowlętami kobieta, która nie przystawia dziecka do piersi określona jest jako taka, która “doef not give a fuck”.

Przyznam, że ta niezamierzona gra słów mnie zainspirowała i chciałbym niniejszym zaproponować hasło wyrażające sprzeciw wobec terroru laktacyjnego:

I DON’T GIVE A SUCK WHAT YOU THINK!

Nie wiem, czy się przyjmie, ale jaką ma ładną podbudowę literacko-historyczną.

Słowom jednak z biegiem lat zmieniają się nie tylko literki, ale i znaczenia. W latach 30. problemem była ogarniająca wszystkich Great Depression czyli Wielki Kryzys. Dzisiaj swoją walkę z depresją każdy toczy indywidualnie. Chwila oddechu między jednym a drugim była tylko na przełomie lat 60. i 70. Ale to nie jest przecież blog o narkotykach, więc przemilczmy tę kwestię.

ngrams_depression

Ubawił mnie też kolejny przykład mojego ulubionego zjawiska językowego, czyli zaklinania rzeczywistości. Niebezpieczeństwo kontra ryzyko. Pierwsze grozi, czyha, czai się. Drugie można natomiast oszacować, zminimalizować, a podobno nawet nim zarządzać. Nie należy się zatem dziwić trendowi. Ale świat się od tego bezpieczniejszy nie zrobi.

ngrams_risk

Są jednak słowa, które od zawsze znaczą to samo. Niektóre znaczą coś bardzo ważnego, chociażby: wiara, nadzieja, miłość, żeby tak z grubej rury przywalić. Spodziewałem się, że będą nieustannie na topie. A tu takie coś.

ngrams_love

Co przyszło w to miejsce? Pieniądze? Przyjemność? Rozrywka? Okazuje się, że niespecjalnie. Już nie będę wklejał kolejnych wykresów, uwierzcie na słowo albo sprawdźcie sami, jak macie ochotę. A ja jakoś tak się zafiksowałem, żeby przyłapać nas, współczesnych, na konsumpcjonizmie, że wpisywałem po kolei różne dobra doczesne, aż trafiłem na najbardziej oczywiste: jedzenie. I proszę, wyszło tak:

ngrams_food

Okazuje się, że o jedzeniu nie pisze się najwięcej w czasach dobrobytu. Jedzenie jest na topie w czasie wojny. A już najbardziej wymowny wydaje mi się poniższy wykres, na którym jedzenie okazuje się być lustrzanym odbiciem śmierci.

ngrams_death

Znowu zwróćcie uwagę na obie wojny światowe. Wygląda na to, że im więcej śmierci wokoło, tym mniej chcemy o niej pisać i czytać, a tym bardziej interesuje nas jedzenie. W sumie logiczne. A nawet symboliczne.

I to byłoby właściwie ładne zakończenie, ale trzeba przecież jeszcze sprawdzić siebie.

ngrams_polska

No cóż, nie jest chyba specjalnym zaskoczeniem, że nasz kraj był najbardziej interesujący dla anglojęzycznego świata jako taki fajny płaski teren, po którym wojska różnych mocarstw mogły się ganiać wte i we wte. Aczkolwiek po cichutku miałem nadzieję na jakiś skok w latach 80.

Dobre wieści są natomiast takie, że kompost najwyraźniej przeżywa renesans.

ngrams_compost

I utrzymania tego trendu sobie i Wam życzę.

Post Navigation

%d bloggers like this: