(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “January, 2015”

Orkiestra to nie dyrygent

Wiadomo nie od dziś, że odpowiedni dobór znajomych w zabawny sposób fałszuje obraz świata. I pewnie dlatego przez ostatnie dni wszystkie informacje o przejawach hejtu w stosunku do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy docierały do mnie od razu opatrzone stosownym komentarzem, sprostowaniem czy polemiką. Mam w związku z tym poczucie, że wszystko, co się dało mądrego w obronie Orkiestry napisać, już zostało w internetach napisane. I nie bardzo jest sens coś jeszcze dodawać. Stwierdzenie, że wzajemne szczucie na siebie WOŚP i Caritasu jest działaniem beznadziejnie żenującym, chyba również wybrzmiało odpowiednio głośno i wyraźnie. Wobec tego, zamiast włączać się do dyskusji, opowiem o swoim osobistym doświadczeniu, które prawdopodobnie ustawiło mi spojrzenie na WOŚP i inne tego typu inicjatywy do końca życia i o jeden dzień dłużej.

Było lato, miałem lat siedemnaście, miałem wakacje i coś z tym trzeba było zrobić. Drobnym mankamentem była jedynie pogoda, albowiem lało w trybie nieustającym. Możliwości zawojowania świata były zatem nieco ograniczone i na przykład nasza męska wycieczka rowerowa po Kampinosie skończyła się tym, że we czterech chłopa przez trzy dni siedzieliśmy u kolegi, co pod rzeczonym Kampinosem mieszkał, patrzyliśmy jak pada, oglądaliśmy telewizję i graliśmy w kości. A jak już skończyliśmy, to padało dalej, więc wróciliśmy do domu. Samochodem. Z rowerami na dachu.

Nadal jednak były wakacje i nadal coś z tym trzeba było zrobić, więc wybraliśmy się rodzinnie na kajaki, bo na wodzie deszcz znieść łatwiej. W stanicy, skąd braliśmy sprzęt, zapoznaliśmy z bratem jakichś gości w naszym wieku. Elo, skąd jesteście, macie może trawę, nie, nie mamy, chodźcie pogramy w siatę, a co tu robicie, a na kajaki, jutro wypływamy, za parę dni wracamy, a to się nie spotkamy, bo ja pojutrze już do domu się zwijam, o, jakby mniej pada, weź podnieś wyżej tę kiełbaskę, bo ci się zjara, no dobra, już późno, spadamy do namiotu, na pewno nie macie trawy, nie, na pewno, sorry, no to cześć, cześć.

Następnych kilka dni to standardowa rzeczywistość kajakowa. Przemoczona dupa, trzciny, komary, pokrzywy, błoto, deszcz. Ale, niestety, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Wracamy do stanicy, a tam dalej siedzi ten sam typek, co to go miało już nie być. Ej, stary, cześć, cześć, a co ty tu jeszcze robisz, miałeś do domu wracać, a nie, zostaję jeszcze trochę, bo ja jestem z Wrocka, rozumiecie, nie rozumiemy, no starzy dzwonili, że nie ma sensu teraz wracać, lepiej tu posiedzieć, ale dlaczego, to wy nic nie wiecie, niby czego nie wiemy, no to chodźcie, w stanicy jest telewizor, zobaczycie.

No to idziemy i patrzymy. Rzeczywiście jest telewizor, w telewizorze “Wiadomości”, a w “Wiadomościach”, nie wiedzieć czemu, pokazują jakieś zajebiaszczo wielkie jezioro, a z tego jeziora sterczą dziesięciopiętrowe bloki. I napis: Wrocław.

Był lipiec 1997 roku.

Następnego dnia wsiedliśmy do naszego teleportera 126p i wkrótce byliśmy z powrotem w Warszawie. Dobre wieści: zasadniczo przestało padać. Złe wieści: to, co zdążyło spaść, zrobiło na południu kraju powódź stulecia.

No to OK, ogarnijmy temat. Naród w potrzebie, a ja mam siedemnaście lat i głowę pełną ideałów, a ponadto nadal wakacje i nic do roboty. Trzeba się zatem zachować, gdzieś zgłosić, coś pomóc. Szybkie rozpoznanie za pomocą dostępnych A.D. 1997 mediów wykazało, że jest klika miejsc, gdzie mógłbym się przydać, ale mi chyba najbardziej po drodze na Króżańską róg Madalińskiego. Teraz tam jest zwykły blok, w którym mieści się klinika dentystyczna. Ale wtedy był to zwykły blok, w którym mieściła się Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Gdzieś chyba na pierwszym albo drugim piętrze, w czymś, co przypominało zwykłe mieszkanie. Nie sposób było nie trafić, bo ściana na klatce była przez entuzjastów WOŚP z całej Polski od góry do dołu zabazgrana wyrazami oddania i uznania. Zapamiętałem jeden napis, prawdopodobnie największy albo najbardziej na wysokości oczu: “Kurka, kochamy Jurka!”. Bo już wtedy, te 17 lat temu, Orkiestra była przedsięwzięciem z tradycjami, w pewien sposób legendarnym i – tak jak dzisiaj – trudnoporównywalnym z czymkolwiek innym, a sam Owsiak bywał przez wielu otaczany czymś w rodzaju kultu. Chwilami pewnie nawet niezdrowego.

No dobra, wchodzę, mówię, że jestem młodym junakiem i chcę się przydać. No to OK, mówi gość, przydasz się na dole, na placu. Bo dodać trzeba, że tam, przed tym blokiem, u zbiegu Madalińskiego i Niepodległości, gdzie stoi teraz bardzo brzydki biurowiec, stał wtedy bardzo pusty plac. To znaczy zwykle stał pusty, ale w tym konkretnym momencie był tętniącym życiem punktem przeładunkowym. Motyw zasadniczo był taki, że na plac ze wszystkich stron zwożono i znoszono wszystko, co powodzianom mogło się przydać. Przede wszystkim wodę w butelkach, żarcie niepsujące się oraz ogromne ilości ACE. No wiecie, tego wybielacza nad wybielacze. I potem to wszystko trzeba było załadować do TIRów, które następnie ruszały na południe, niosąc pomoc, nadzieję i ACE.

A my zajmowaliśmy się przeładowywaniem tego wszystkiego. My, czyli grupa nastolatków, którzy przychodzili tam dzień w dzień i spędzali czas na podawaniu sobie z rąk do rąk zgrzewek wody, dowcipkowaniu i słuchaniu “12 groszy” ze zdezelowanego jamnika. Trwało to już od tygodnia, kiedy tam się zjawiłem, i potrwało jeszcze tydzień, zanim akcja się skończyła.

I było to najlepsze w moim życiu lato w mieście.

Robota była wystarczająco ciężka, żeby poczuć się kozakiem, ale przerwy między TIRami były na tyle długie, że w sumie każdy dawał radę. Atmosfera była świetna. Ludzie byli świetni. Bardzo różni, z bardzo różnych środowisk, ale wszystkim się chciało i wszyscy się cieszyli, że jest okazja pokazać, jak bardzo im się chce. Miałem zresztą wrażenie, że wtedy całej Polsce się chciało. W radiu i telewizji bez przerwy leciała “Moja i twoja nadzieja” Heya, datki do wszelkich niosących pomoc organizacji płynęły szerokim strumieniem, a na nasz placyk emerytki przynosiły czekoladę i baniaki z wodą oligoceńską. A jedna nawet oddała swoją łopatę.

Przez cały ten czas spędzony na placu nie mieliśmy specjalnego kontaktu z kierownictwem akcji. Najbliższe spotkanie z Owsiakiem zaliczyłem, kiedy wychylił się z okna i opieprzył nas za to, że owijamy koleżankę taśmą klejącą, zamiast zrobić coś pożytecznego. Nikt nas też specjalnie nie informował, dokąd jadą ładowane przez nas TIRy i co dalej się z nimi dzieje. No i bardzo długo wszyscy zachodziliśmy w głowę, po kiego grzyba wiozą tam to całe ACE. Dopiero później znalazłem w gazecie jakiś poradnik typu “moja pierwsza powódź” i dowiedziałem się, że istotnie chodziło o grzyba. Wybielacz podobno nadaje się znakomicie do dezynfekcji zalanych ścian, podłóg, stropów, a nawet mebli. Zapamiętajcie, ale oby wam się nigdy ta wiedza nie przydała.

W końcu akcja się skończyła, a wkrótce po niej lato. Przez jakiś czas utrzymywałem kontakty z poznanymi na placu ludźmi, ale dzisiaj już wszystkie się pourywały. Zostało mi parę zdjęć i dyplom z podziękowaniami tak ładnymi, że po ich przeczytaniu babcia się popłakała. Ale nade wszystko zostało mi bardzo silne przeświadczenie, że Wielka Orkiestra to nie tylko sama fundacja, ale przede wszystkim ci wszyscy ludzie, którzy co roku organizują sztaby w całej Polsce, grają na koncertach, skaczą pod sceną, stoją na mrozie z puszkami, wpłacają pieniądze. A potem idą wieczorem przez miasto i oglądają na co drugiej mijanej piersi takie samo serduszko, jakie sami niosą.

I wiem, że bez dyrygenta i całej tej niesamowitej fundacji to wszystko by się nie udało. Ale dyrygent to nie orkiestra. I nawet jeśli ktoś coś ma do Jurka Owsiaka (bo do każdego można mieć, szczególnie, jeśli to postać tak wyrazista), to rozwala mnie, kiedy tę niechęć przenosi na całą Orkiestrę. Abstrahując od całego charytatywno-finansowego aspektu akcji, dla mnie najpiękniejsza w tym wszystkim jest właśnie możliwość poczucia się częścią czegoś wielkiego i dobrego. Ludzie tego bardzo potrzebują. Myślę, że nie mniej niż sprzętu medycznego i ACE.

I bardzo, bardzo się cieszę, że w ostatnią niedzielę na ulicach mojego miasta stały z puszkami dzieciaki, których wtedy, w 1997 roku, jeszcze na świecie nie było. Że kolejne pokolenie ma szansę uczestniczyć w zbiorowym akcie dzielenia się swoim czasem i energią. Bo jestem pewien, że w wielu z nich zostanie po tym doświadczeniu jakiś ślad. Również wtedy, kiedy już dorosną i to oni będą decydować o losach tego kraju.

Kompostownia poleca

Początek roku to taki okres, kiedy łatwo nabieram przeświadczenia, że wszyscy dookoła nurzają się w kulturze, tylko nie ja. Gdzie się człowiek nie obejrzy, podsumowania najlepszych ubiegłorocznych książek, filmów, płyt i innych takich tam. Ludzie  układają te swoje top teny, jarają się, porównują, dyskutują. A ja stoję sobie z boku ze spuszczoną głową i wiercę nóżką w piasku, bo nie wiem, nie widziałem, nie czytałem. Nie sądziłem, że autor jeszcze żyje. Brałem nazwę zespołu za tytuł płyty, a tytuł płyty za nazwę gatunku. Nie miałem pojęcia, czego to sequel i nawet nie wiedziałem, że w ogóle czegoś. (Bo dwójka na końcu tytułu przecież o niczym nie świadczy, prawda? Paragraf dwadzieścia dwa to nie był sequel Paragrafu dwadzieścia). A o teatrze to najlepiej w ogóle ze mną nie rozmawiać, bo się nie odnajduję. Bajka, Ochota, Capitol i Polonia to są w mojej głowie kina. Zrozumiałbym, jakby biedronki tam pootwierali. Ale teatry?

A poza tym, to ja mam dzieci, pracę, bakterie, wirusy, Wikipedię do przeczytania, kredens do potrzymania, stres, niedoczas oraz syndrom ogólnego nieogarnięcia, więc gdzie tam ja i kultura.

A z tymi waszymi modnymi obecnie wyzwaniami czytelniczymi, to mnie możecie w czwartą stronę okładki pocałować. Mój czelendż na 2015 rok to 52 razy się wyspać. Dodatkowe acziwmenty za przespanie się bez:
– kota na twarzy,
– okruszków na pościeli,
– okrzyku “tato, siusiu!”,
– zatkanego nosa,
– porannego tratowania przez potomstwo,
– budzika.

Podsumowując: jestem w dorobku kulturowym ostatniego roku zupełnie niezorientowany. Ale ponieważ w internetach im mniej ktoś się zna, tym bardziej się wypowiada, to i tak wam coś polecę. I będę w tym szalenie wintydż, bo chodzi o dziedzinę twórczości, zdawałoby się, wymierającą. Moje odkrycie minionego roku nazywa się bowiem John Finnemore i robi komediowe słuchowiska radiowe w BBC. W sensie pisze je i w nich gra.

Na twórczość pana Finnemore’a natknąłem się oczywiście przypadkiem. Dzień jak co dzień: szukałem sobie w necie jakiejś fajnej grafiki przedstawiającej wydrę w czapce kapitana. Nawet nie pytajcie. Wspólnych znajomych zapewnię tylko, że zbieżność z “Wydrą” kapitana Henia jest zupełnie przypadkowa.

A ponieważ, jak wiadomo, w internetach jest absolutnie wszystko, to owszem, znalazłem rzeczoną wydrę dość szybko i to bardzo ładną:

captain_otter_by_tillieke-d4yeujaŹródło: http://tillieke.deviantart.com/art/Captain-Otter-299664406

Mam ją teraz na tapecie w służbowym laptopie i jest fajnie, jak się na zebraniu podłączam przed prezentacją do rzutnika.

Oczywiście zaintrygowało mnie, kto i po co to dzieło stworzył. No bo jakim trzeba być człowiekiem, żeby rysować wydry z kapitanatu i wrzucać je do netu? Okazało się że trzeba być Tillieke, a rysunek to fanart do najbardziej znanego słuchowiska Finnemore’a Cabin Pressure. I kiedy piszę “słuchowisko” mam na myśli serial złożony z 27 półgodzinnych odcinków, powstających łącznie przez 5 lat.

Pomyślałem sobie, że to musi być jakiś dobry stuff, skoro ludzie po tym wydry rysują. Znalazłem pierwszy odcinek na YouTube’ie (nie szukajcie, już zdjęli), odsłuchałem jakąś minutę, stwierdziłem, że słabe i wyłączyłem. I w sumie się sobie nie dziwię, bo ta pierwsza minuta jest chyba najsłabszą w całym serialu. Kiepskie rozwiązanie PR-owe, Mr. Finnemore.

Na szczęście wkrótce potem okazało się, że koleżanka z biurka na przeciwko słucha, więc dla towarzystwa (w sensie: żeby było o czym rozmawiać w przerwie obiadowej) spróbowałem jeszcze raz i wsiąkłem już całkiem. Zwłaszcza, że akurat robiłem mały remoncik w kuchni i ze słuchawkami na uszach dobrze mi było wieczorami rechotać cichutko do gładzi szpachlowej.

O czym jest Cabin Pressure, pisać nie będę, bo nie w tym rzecz. Dość powiedzieć, że napisane jest inteligentnie i dowcipnie, postacie są stworzone po mistrzowsku i jeszcze jest w tym jakieś, nie bójmy się tego słowa, ciepło. Co oczywiście nie udałoby się bez znakomitych aktorów. Najbardziej znany to Benedict Cumberbatch i zdaje się, że sporo ludzi (zwłaszcza w Polsce) zainteresowało się Cabin Pressure głównie ze względu na niego.

Ale to, co mnie rozwala najbardziej, to świadomość, jak małej grupki ludzi potrzeba było, żeby to się zdarzyło. John Finnemore sam pisał wszystkie scenariusze, a David Tyler reżyserował i produkował. Głównych aktorów jest czworo, wliczając samego Finnemore’a, do tego dochodzą jeszcze drugoplanowi, zwykle nie więcej niż troje w jednym odcinku. No i ktoś to wszystko musiał nagrać, zmiksować i zmontować. Ale tak czy inaczej, w porównaniu z najdrobniejszą produkcją telewizyjną jest to projekcik kameralny i niedrogi.

A taki efekt.

Aż żal, że się skończyło. Bo właśnie w Boże Narodzenie BBC puściło podwójny odcinek finałowy i pozamiatane.

Oprócz tego Finnemore robi też John Finnemore Souvenir Programme, będący zbiorem luźnych skeczy. I jego również chciałbym zarekomendować. Szczególnie, że tam już nie gra Cumberbatch, więc jeśli ja wam tego nie polecę, to już chyba nikt nie poleci. A warto.

Przykładowo skecz o ewolucji. Tego jeszcze z YouTube’a nie zdjęli, więc można posłuchać tutaj, rzeczony skecz zaczyna się od 6:02. Dlaczego o nim wspominam? Bo temat jest modny (wiara kontra nauka), ale podejście nieco inne niż u takiego, dajmy na to Oatmeala czy Tima Minchina (który był zresztą moim odkryciem kulturalnym 2013). Oni ostatnio coraz częściej używają humoru do opowiedzenia się po jednej ze stron i obśmiewania tej drugiej. Czym coraz bardziej mnie nudzą i irytują. Być może dlatego, że w konflikcie wiary z nauką jestem z nimi po tej samej stronie. To znaczy o tyle, o ile ktoś się postara i taki konflikt stworzy. Bo tak samego z siebie, to go chyba nie ma.

No to teraz sprawdźcie, jak o ewolucji i Bogu mówi Finnemore. A potem odsłuchajcie resztę odcinka, bo są tam też inne perełki, jak na przykład nieznana historia wykorzystania kotów w Bitwie o Anglię. A jeśli okaże się, że podchodzi wam ten klimat, to nie przegapcie też Lucy’s Complex Dilemma.

I na koniec prośba. Powoli na nowo polubiam radio, więc jeśli ktoś by wiedział o jakimś dobrym współczesnym polskim słuchowisku, to niech da znać. No bo ile można tego BBC słuchać. Się potem na snoba wychodzi.

Post Navigation

%d bloggers like this: