Orkiestra to nie dyrygent

Wiadomo nie od dziś, że odpowiedni dobór znajomych w zabawny sposób fałszuje obraz świata. I pewnie dlatego przez ostatnie dni wszystkie informacje o przejawach hejtu w stosunku do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy docierały do mnie od razu opatrzone stosownym komentarzem, sprostowaniem czy polemiką. Mam w związku z tym poczucie, że wszystko, co się dało mądrego w obronie Orkiestry napisać, już zostało w internetach napisane. I nie bardzo jest sens coś jeszcze dodawać. Stwierdzenie, że wzajemne szczucie na siebie WOŚP i Caritasu jest działaniem beznadziejnie żenującym, chyba również wybrzmiało odpowiednio głośno i wyraźnie. Wobec tego, zamiast włączać się do dyskusji, opowiem o swoim osobistym doświadczeniu, które prawdopodobnie ustawiło mi spojrzenie na WOŚP i inne tego typu inicjatywy do końca życia i o jeden dzień dłużej.

Było lato, miałem lat siedemnaście, miałem wakacje i coś z tym trzeba było zrobić. Drobnym mankamentem była jedynie pogoda, albowiem lało w trybie nieustającym. Możliwości zawojowania świata były zatem nieco ograniczone i na przykład nasza męska wycieczka rowerowa po Kampinosie skończyła się tym, że we czterech chłopa przez trzy dni siedzieliśmy u kolegi, co pod rzeczonym Kampinosem mieszkał, patrzyliśmy jak pada, oglądaliśmy telewizję i graliśmy w kości. A jak już skończyliśmy, to padało dalej, więc wróciliśmy do domu. Samochodem. Z rowerami na dachu.

Nadal jednak były wakacje i nadal coś z tym trzeba było zrobić, więc wybraliśmy się rodzinnie na kajaki, bo na wodzie deszcz znieść łatwiej. W stanicy, skąd braliśmy sprzęt, zapoznaliśmy z bratem jakichś gości w naszym wieku. Elo, skąd jesteście, macie może trawę, nie, nie mamy, chodźcie pogramy w siatę, a co tu robicie, a na kajaki, jutro wypływamy, za parę dni wracamy, a to się nie spotkamy, bo ja pojutrze już do domu się zwijam, o, jakby mniej pada, weź podnieś wyżej tę kiełbaskę, bo ci się zjara, no dobra, już późno, spadamy do namiotu, na pewno nie macie trawy, nie, na pewno, sorry, no to cześć, cześć.

Następnych kilka dni to standardowa rzeczywistość kajakowa. Przemoczona dupa, trzciny, komary, pokrzywy, błoto, deszcz. Ale, niestety, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Wracamy do stanicy, a tam dalej siedzi ten sam typek, co to go miało już nie być. Ej, stary, cześć, cześć, a co ty tu jeszcze robisz, miałeś do domu wracać, a nie, zostaję jeszcze trochę, bo ja jestem z Wrocka, rozumiecie, nie rozumiemy, no starzy dzwonili, że nie ma sensu teraz wracać, lepiej tu posiedzieć, ale dlaczego, to wy nic nie wiecie, niby czego nie wiemy, no to chodźcie, w stanicy jest telewizor, zobaczycie.

No to idziemy i patrzymy. Rzeczywiście jest telewizor, w telewizorze “Wiadomości”, a w “Wiadomościach”, nie wiedzieć czemu, pokazują jakieś zajebiaszczo wielkie jezioro, a z tego jeziora sterczą dziesięciopiętrowe bloki. I napis: Wrocław.

Był lipiec 1997 roku.

Następnego dnia wsiedliśmy do naszego teleportera 126p i wkrótce byliśmy z powrotem w Warszawie. Dobre wieści: zasadniczo przestało padać. Złe wieści: to, co zdążyło spaść, zrobiło na południu kraju powódź stulecia.

No to OK, ogarnijmy temat. Naród w potrzebie, a ja mam siedemnaście lat i głowę pełną ideałów, a ponadto nadal wakacje i nic do roboty. Trzeba się zatem zachować, gdzieś zgłosić, coś pomóc. Szybkie rozpoznanie za pomocą dostępnych A.D. 1997 mediów wykazało, że jest klika miejsc, gdzie mógłbym się przydać, ale mi chyba najbardziej po drodze na Króżańską róg Madalińskiego. Teraz tam jest zwykły blok, w którym mieści się klinika dentystyczna. Ale wtedy był to zwykły blok, w którym mieściła się Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Gdzieś chyba na pierwszym albo drugim piętrze, w czymś, co przypominało zwykłe mieszkanie. Nie sposób było nie trafić, bo ściana na klatce była przez entuzjastów WOŚP z całej Polski od góry do dołu zabazgrana wyrazami oddania i uznania. Zapamiętałem jeden napis, prawdopodobnie największy albo najbardziej na wysokości oczu: “Kurka, kochamy Jurka!”. Bo już wtedy, te 17 lat temu, Orkiestra była przedsięwzięciem z tradycjami, w pewien sposób legendarnym i – tak jak dzisiaj – trudnoporównywalnym z czymkolwiek innym, a sam Owsiak bywał przez wielu otaczany czymś w rodzaju kultu. Chwilami pewnie nawet niezdrowego.

No dobra, wchodzę, mówię, że jestem młodym junakiem i chcę się przydać. No to OK, mówi gość, przydasz się na dole, na placu. Bo dodać trzeba, że tam, przed tym blokiem, u zbiegu Madalińskiego i Niepodległości, gdzie stoi teraz bardzo brzydki biurowiec, stał wtedy bardzo pusty plac. To znaczy zwykle stał pusty, ale w tym konkretnym momencie był tętniącym życiem punktem przeładunkowym. Motyw zasadniczo był taki, że na plac ze wszystkich stron zwożono i znoszono wszystko, co powodzianom mogło się przydać. Przede wszystkim wodę w butelkach, żarcie niepsujące się oraz ogromne ilości ACE. No wiecie, tego wybielacza nad wybielacze. I potem to wszystko trzeba było załadować do TIRów, które następnie ruszały na południe, niosąc pomoc, nadzieję i ACE.

A my zajmowaliśmy się przeładowywaniem tego wszystkiego. My, czyli grupa nastolatków, którzy przychodzili tam dzień w dzień i spędzali czas na podawaniu sobie z rąk do rąk zgrzewek wody, dowcipkowaniu i słuchaniu “12 groszy” ze zdezelowanego jamnika. Trwało to już od tygodnia, kiedy tam się zjawiłem, i potrwało jeszcze tydzień, zanim akcja się skończyła.

I było to najlepsze w moim życiu lato w mieście.

Robota była wystarczająco ciężka, żeby poczuć się kozakiem, ale przerwy między TIRami były na tyle długie, że w sumie każdy dawał radę. Atmosfera była świetna. Ludzie byli świetni. Bardzo różni, z bardzo różnych środowisk, ale wszystkim się chciało i wszyscy się cieszyli, że jest okazja pokazać, jak bardzo im się chce. Miałem zresztą wrażenie, że wtedy całej Polsce się chciało. W radiu i telewizji bez przerwy leciała “Moja i twoja nadzieja” Heya, datki do wszelkich niosących pomoc organizacji płynęły szerokim strumieniem, a na nasz placyk emerytki przynosiły czekoladę i baniaki z wodą oligoceńską. A jedna nawet oddała swoją łopatę.

Przez cały ten czas spędzony na placu nie mieliśmy specjalnego kontaktu z kierownictwem akcji. Najbliższe spotkanie z Owsiakiem zaliczyłem, kiedy wychylił się z okna i opieprzył nas za to, że owijamy koleżankę taśmą klejącą, zamiast zrobić coś pożytecznego. Nikt nas też specjalnie nie informował, dokąd jadą ładowane przez nas TIRy i co dalej się z nimi dzieje. No i bardzo długo wszyscy zachodziliśmy w głowę, po kiego grzyba wiozą tam to całe ACE. Dopiero później znalazłem w gazecie jakiś poradnik typu “moja pierwsza powódź” i dowiedziałem się, że istotnie chodziło o grzyba. Wybielacz podobno nadaje się znakomicie do dezynfekcji zalanych ścian, podłóg, stropów, a nawet mebli. Zapamiętajcie, ale oby wam się nigdy ta wiedza nie przydała.

W końcu akcja się skończyła, a wkrótce po niej lato. Przez jakiś czas utrzymywałem kontakty z poznanymi na placu ludźmi, ale dzisiaj już wszystkie się pourywały. Zostało mi parę zdjęć i dyplom z podziękowaniami tak ładnymi, że po ich przeczytaniu babcia się popłakała. Ale nade wszystko zostało mi bardzo silne przeświadczenie, że Wielka Orkiestra to nie tylko sama fundacja, ale przede wszystkim ci wszyscy ludzie, którzy co roku organizują sztaby w całej Polsce, grają na koncertach, skaczą pod sceną, stoją na mrozie z puszkami, wpłacają pieniądze. A potem idą wieczorem przez miasto i oglądają na co drugiej mijanej piersi takie samo serduszko, jakie sami niosą.

I wiem, że bez dyrygenta i całej tej niesamowitej fundacji to wszystko by się nie udało. Ale dyrygent to nie orkiestra. I nawet jeśli ktoś coś ma do Jurka Owsiaka (bo do każdego można mieć, szczególnie, jeśli to postać tak wyrazista), to rozwala mnie, kiedy tę niechęć przenosi na całą Orkiestrę. Abstrahując od całego charytatywno-finansowego aspektu akcji, dla mnie najpiękniejsza w tym wszystkim jest właśnie możliwość poczucia się częścią czegoś wielkiego i dobrego. Ludzie tego bardzo potrzebują. Myślę, że nie mniej niż sprzętu medycznego i ACE.

I bardzo, bardzo się cieszę, że w ostatnią niedzielę na ulicach mojego miasta stały z puszkami dzieciaki, których wtedy, w 1997 roku, jeszcze na świecie nie było. Że kolejne pokolenie ma szansę uczestniczyć w zbiorowym akcie dzielenia się swoim czasem i energią. Bo jestem pewien, że w wielu z nich zostanie po tym doświadczeniu jakiś ślad. Również wtedy, kiedy już dorosną i to oni będą decydować o losach tego kraju.

Advertisements

3 thoughts on “Orkiestra to nie dyrygent

  1. Czy to się wyświetla jak teraz napisze do JANa 2015? Poczytuję sobie to tu to tam i teraz trafiłam na tu.
    Po pierwsze zdziwiłeś mnie, bo ja nigdy w życiu nie zastanawiałam się co by tu robić w wakacje. Zawsze było aż nadto (nie wiem jak moi rodzice to robili?).
    A ’97 szczególnie. I tu lawinę wspomnień uruchomiłeś! Bo to przecież 1000-lecie Gdańska było i spływ Wisłą do Gdańsk i dopiero jak zjechałam błogo nieświadoma z powrotem do Warszawy to się okazało, że od połowy spływu goniła nas fala powodziowa, ale nie dogoniła, bo akurat dotarła do Przegaliny jak chłopaki wyciągali już łodzie. I 12 groszy w kółko – ale skąd? Czy ktoś miał radio ze sobą, czy Słonik wyśpiewywał? I w Warszawie już szybko lecieliśmy ze Słonikiem i Długim oglądać jak kanałek Czerniakowski sięga do poziomu drewnianego mostku co go już teraz nie ma. I zaraz jazda na Mazury do Cierzpięt, a potem z powrotem na łódki do Mikołajek na dezete, bo to pierwsze Rafciowe wspólne wakacje przecież były … I Chłopaki okręcający koleżankę taśmą (toaletową). W sumie to może Mo okręcała Wo. Tą taśmą oczywiście. A potem po coś do Wawy (przepierka?) i samotne oczekiwanie w Piszu – przypłyną/nie przypłyną/przypłyną/nie przypłyną… gdzie nocować jak nie przypłyną? Komórek przecież nie było. Przypłynęli. Ale Pisz to może już AD 98?

    Ach, ta nasza młodość z kości i krwi…
    Zgadnij Kto 🙂

    Like

    1. Oczywiście, że się wyświetla. Wyświetla się też Twój adres (ale tylko mi!), więc zgadnąć, kto, nie było trudno 🙂
      Cieszę się, że moje posty poruszają czułe struny wspomnień, po to są. Zresztą, wielu znajomych na obczyźnie lubi sobie wracać myślami do czasów naszej najtisowej młodości. Aczkolwiek nie wszyscy już pierwszego dnia po wyjeździe 😉

      Like

      1. Ej no pierwszy wolny wieczór od dluugiego czasu… I bez męża, i dzieci, to od razu tęsknota dojmująca i wspomnienia na tej obczyźnie się cisną 😉

        Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s