(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “March, 2015”

Miniatura ósmomarcowa

Jak co roku stałem dziś w kolejce po tulipany od pań z zagranicznym, pobrzmiewającym cyrylicą, akcentem. Kolejka, jak co roku, długa, ale żebym się nie nudził, dobry los ustawił za mną dwóch niezawodnych wąsaczy Januszów, królów Stegien. Widać, że było pite, ale z umiarem. Stoją, czekają, umilają sobie czas rozmową.
– A dlaczego te kwiaty czerwone? Wiesz?
– Bo nie zielone.
– No właśnie. Ale to jest dowcip dla ludzi inteligentnych.
– Tak, nie każdemu można go opowiedzieć.
– Bo nie każdy zrozumie.
Chwila cichej zadumy nad tym, jak to wiele dobrych dowcipów się marnuje z braku właściwego audytorium.
– Zobacz, jak ona sprawnie ukręca te łodyżki. Zręczne ręce.
– O, to samo pomyślałem właśnie.
– Umiałaby się pobawić.
Chwila cichej zadumy nad tym, jak to pani kwiaciarka z zagranicznym akcentem umiałaby się pobawić.
– To co, bierzemy pięć czerwonych i po jednym białym?
– Ta, starczy, nie?
Chwila cichej zadumy nad tym, jak to czasami niewiele potrzeba.
Przychodzi moja kolej. Mówię, że dziewięć fioletowych i dziewięć kremowych. Janusze kiwają głowami.
– Ten to musi kochać…
Chwila cichej zadumy nad tym, jak to ja mocno kocham.

Moja miłość taka certyfikowana.

Telefony w mojej głowie

Skończyła mi się umowa z operatorem, więc zamówiłem nowy telefon. I tym razem mam mocne postanowienie zacząć używać go do internetów. Nie to, żeby mi to było jakoś specjalnie do życia potrzebne, ale nie chcę za bardzo zostawać w tyle za technologią. Bo za parę lat może się okazać, że już zupełnie nie umiem się w tym elektronicznym świecie poruszać i we wszystkim muszę prosić o pomoc dzieci. A dzieci przykładowo w domu nie będzie, bo będą gdzieś daleko za granicą oraz za chlebem. Posyłałeś je, człowieku, na angielski, to teraz masz – przeniosły się do jakiegoś kraju z perspektywami i bez ruskich czołgów. I co prawda świat jest mały i wystarczy jeden kilk, żeby otworzyć przez ocean wideoczata z synem, ale niestety, najpierw syn musiałby podpowiedzieć, co kliknąć.

No dobra, heheszki heheszkami, ale to naprawdę będzie przepaść międzypokoleniowa. Uświadomiłem sobie na przykład niedawno, że moja córka (lat trzy) telefon stacjonarny miała okazję zobaczyć chyba tylko u dziadków. Podobnie ja w jej wieku u swojej babci oglądałem gotowanie na kuchni węglowej, a moja mama u swojej – lampy naftowe, bo prądu jeszcze do wsi nie dociągnęli. Więc dla moich dzieci wszystkie te pipające i mrygające zdobycze technologii będą tak oczywiste, że do głowy im nie przyjdzie, że kiedyś mogło być inaczej.

Ale spokojnie. Już ja im wszystko opowiem.

Dzieci, odłóżcie na chwilę tableciki, tata ma dla was historię. Tak, znowu. Nie marudź.

Dawno, dawno temu, jak byłem mały, to w ogóle nie mieliśmy w domu telefonu, tylko czekaliśmy i czekaliśmy na przydział. No, przydział. Nieważne. Ale w końcu uśmiechnęło się do nas szczęście, bo sąsiedzi zza ściany wyjechali za granicę i pozwolili nam przeciągnąć przez okno kabel, żebyśmy mogli korzystać z ich linii. No, kabel. Jak to “jaki”? Telefoniczny! Nie, nie od ładowarki… Dobra, narysuje wam. O, tu jest słuchawka, tu kabelek, tutaj tarcza… No taka do wykręcania numerów. Do dzisiaj pamiętam, jak śmiesznie masowała koniec palca i nadal dźwięczy mi w uszach to ty-ty-ty-ty-ty, kiedy się ją puściło i wracała na miejsce. A myśleliście, że skąd pochodzi określenie “wykręcić komuś numer”? Nie znacie? No to jak się teraz mówi? Odjebać co? Aha. Też ładnie.

Nie, córeczko, nie było żadnego ekranu. Menu też nie. Numery telefonów się po prostu pamiętało. No, wyobraźcie sobie, że jakoś ludzie wtedy dawali radę. Może w tych oranżadach w proszku były jakieś korzystne dla mózgu mikroelementy, których wam dzisiaj brakuje. Zresztą, nawet jak się nie pamiętało, to się miało zapisane w notesie albo szukało w “Panoramie Firm”. Bo Internetu przecież nie było. Nigdzie. Nawet u sąsiadów.

Filmy? W kinie się oglądało. Tak, tam, gdzie teraz jest Biedronka. Muzyki się słuchało na walkmanie. No wiem, że nie wiesz, co to. Nie, nie będę znowu rysował. Skąd się ściągało muzykę? Najczęściej z łóżka polowego na bazarku. I była ona na takim śmiesznym nośniku, kasetą zwanym. Zresztą, jak chodziłem do podstawówki, to piractwo w Polsce było legalne. No, naprawdę! To był dziki, dziki kraj – Karaiby, Jack Sparrow i mydełko Fa.

Gry? W gry się grało NA POD-WÓR-KU, opowiadałem wam przecież. No, analogowo się grało. Piłką, na przykład. Nie, córeczko, telefonu nie dało się zabrać na podwórko. Zasięg traciło się dwa metry od gniazdka, bo się kabel kończył. Jak się było poza domem, to można było najwyżej zadzwonić z automatu. I dlatego zawsze nosiłem w portfelu żeton “A” na intencję telefonicznego poinformowania rodziców, że będę w domu później niż miałem być, bo wydarzyły się rzeczy interesujące i nieprzewidywalne. Ale oczywiście nie zawsze dało się zadzwonić, bo nie wszędzie automat był, a jak był, to na przykład ktoś mu urwał słuchawkę. Nie wiem, synku. Też się zawsze zastanawiałem, po kiego, ale nie używaj, proszę, takich słów. W sumie to chyba urywali te słuchawki dla zabawy. Czyli właściwie można powiedzieć, że jedna gra na telefon już wtedy była.


zeton_telefoniczny

Niezapomniany żeton “A” z wizerunkiem trąbki Poczty Polskiej (Fot. wirtualne Bydgoskie Muzeum Medalierskie).


Kolejna gra pojawiła się wraz z wprowadzeniem automatów na karty magnetyczne. W pierwszych modelach trzeba było pokręcić takim durnym pokrętełkiem, żeby po zakończonej rozmowie karta wynurzyła się z powrotem. I oczywiście nie każdy z początku ogarniał, że tak trzeba, więc we wnętrznościach wielu telefonów tkwiła uwięziona karta, niczym księżniczka w wieży zamczyska. Wystarczyło przyjść, pokręcić, uwolnić ją i pojąć za darmo. Jeden kolega miał upatrzoną miejscówkę i nazbierał ich chyba z siedem. Większość rozdał ziomom, sobie zostawił ze dwie. No bo po co mu było więcej? Przez telefon się wtedy specjalnie dużo nie gadało. Przynajmniej ja nie gadałem. Zacząłem dopiero w liceum, z dziewczyną. Wcześniej, przez całą podstawówkę telefon służył tylko do krótkiego “co było z polaka?” albo “wychodzisz na dwór”?

Słucham? Po co wam to wszystko opowiadam? Eee… No, więc… Nie, nie dlatego, żeby sobie “znowu głośno powspominać”! Nie bądź bezczelna, młoda damo. Mówię o tym, bo… Eee… Po to, żeby… Yyy… Żeby was czegoś nauczyć! O, właśnie, nauczyć. To był tylko wstęp do tego, żeby… Eee… Pokazać wam, jak bardzo świat się zmienił i porozmawiać z wami o zagrożeniach związanych z tymi wszystkimi dzisiejszymi technologiami.

Tak, wiem, że macie o tym pogadanki w szkole i że w mediach są co chwila poważne kampanie społeczne, które pouczają was, żeby nie posyłać nikomu zdjęć swoich cycków, nie pisać o sobie za dużo na forach i pamiętać, że ten ktoś z czatu może nie być tym, za kogo się podaje. I że wszystko, co umieścicie w Internecie może być użyte przeciwko wam. Innymi słowy, uczulają was, żebyście nie stali się ofiarami tak zwanej cyberprzemocy. Ale jakoś nikt wam, kokoszka wodna, nie mówi o tym, żebyście nie byli jej sprawcami. Jest najwyraźniej jakieś przedziwne przekonanie, że w tym Internecie wszelkie zło wyrządzają jacyś tajemniczy przybysze znikąd, którzy nigdy nie chodzili do szkoły, nie mieli rodziców ani wychowawców i całe życie byli poza zasięgiem pouczających spotów różnych fundacji, w związku z czym nie dało się na nich w żaden sposób wpłynąć. I cała walka z cyberprzemocą ogranicza się do edukowania potencjalnych ofiar, przy totalnym pominięciu potencjalnych sprawców.

A mi zależy, żebyście nie byli ani jednym, ani drugim.

I dla tego mówię: córeczko, jeśli ktoś, nawet słabo ci znany, pisze do ciebie na prive, to jest to tylko do ciebie. Bądź osobą, której można bezpiecznie się zwierzać. Nawet w Internecie. Synku, jeśli pewnego dnia jakieś dziewczę, czego ci z całego serca życzę, prześle ci swoje zdjęcie w odzieniu skąpym, to, zaklinam cię, nie chwal się tym kolegom. Bądź facetem, któremu można  takie zdjęcie pokazać. Naprawdę warto. A jak ktoś będzie wrzucał na fejsa albo innego kwejka zabawną fotkę grubej pani, która się wywaliła prosto na tort z kremem albo młodej pary, która straszy ze zdjęcia ślubnego złotymi zębami i kiepskim makijażem albo pryszczatego nastolatka tulącego się do pada swojej konsoli, to nie lajkujcie i nie szerujcie. To, że ktoś jest gruby, brzydki albo znerdziały to nie powód, żeby cały świat wytykał go palcami. To, że jakieś zdjęcia znalazły się w necie, nie znaczy, że osoby na nich też nagle stały się czysto wirtualne.

O, i to wam właśnie chciałem wam powiedzieć. Słucham? Nie, no masz rację, oprócz tego rzeczywiście chciałem też powspominać. W sumie to następnym razem opowiem wam o tym, jak się dawniej robiło zdjęcia. Wiecie, że nie można ich było zobaczyć od razu, tylko najpierw trzeba było wywołać? Naprawdę! I kupowało się taki… Hej, dokąd idziecie? Mówię do was!

Post Navigation

%d bloggers like this: