(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “May, 2015”

Dzień Dziecka – reportaż uczestniczący

Kancelaria Pani Prezes Rady Ministrów, jak co roku, zorganizowała dziś Dzień Dziecka u siebie na posesji. Oczywiście poszliśmy, bo mamy zarówno dzieci, jak i blisko, a ponadto to z naszych podatków przecież.

Impreza z przytupem, przyznać trzeba: rycerze, sokolnicy, wata cukrowa, wóz strażacki, dmuchane zamki, żywe sowy, malowanie twarzy, pani przebrana za króliczka (w sensie: takiego z bajki, plusz pod samą szyję), baloniki, basen z piłkami, pokazy z ciekłym azotem, chodzenie na szczudłach, no, czujecie klimat. A pośród tego wszystkiego poszczególne resorty rozstawiły swoje stoiska i wykazywały się ofertą skierowaną do młodego obywatela.

I na przykład w namiocie MSZ można było zalec na poduszkach i słuchać pana, który opowiadał bajki z różnych stron świata. My załapaliśmy się na afrykańską historię o niewidomym i myśliwym (córka zapamiętała ich jako niewidzialnego i gajowego). Ministerstwo Zdrowia przebierało dziatwę w fartuchy, czepki i maseczki chirurgiczne, po czym pozwalało przeprowadzić jakąś srogą operację na pluszowym misiu (przeszczep trocin, zdaje się). Lasy Państwowe jak zwykle dały do pieca: można było u nich znakować i piłować drewno albo spacerować boso z związanymi oczami po różnych nawierzchniach pochodzenia leśnego i rozpoznawać dotykiem, po czym się stąpa (suchy mech, żyzna ziemia, sosnowe szyszki, brzozowe beleczki, futro z dzika). Ministerstwo Sprawiedliwości jakieś mikroskopy bardzo kryminalistyczne wystawiło, zdaje się, a co pokazywał dzieciom Areszt Śledczy Białołęka to nie wiem, bo bałem się podejść. Poczta Polska lansowała swoje znaczki z Elsą i Anną, między innymi za pomocą karaoke z piosenkami z Krainy lodu. Moje wielkie marzenie, żeby zaśpiewać do mikrofonu o tym, że mam tę moc, pozostało, niestety, nadal niezrealizowane, ale przynajmniej córce się udało. Wygłaskałem za to i wytarmosiłem za uszy psa Luzaka, który jest przesympatycznym kudłaczem i nigdy nie zgadłbym, co robi zawodowo. Myślałem, że wywąchuje narkotyki albo bomby w bagażu podręcznym, ale nie. Kojarzycie te wszystkie obławy na zbiegłych więźniów z amerykańskich filmów? Noc, deszcz, las, Harrison Ford zapierdala w kajdankach na oślep po lesie, a za nim wściekłe ujadanie psów gończych? No właśnie.

Czyli, jeśli udało mi się to wszystko odpowiednio odmalować, to widzicie, że każde ministerstwo, służba czy tam inna spółka Skarbu Państwa, nawet jeśli na co dzień ze swoją działalnością nie do końca ma po drodze z dziećmi, starała się coś fajnego w tym jednym dniu wykombinować. Ale przecież jest pośród naszych ministerstw jedno, które na dzieciach zna się najlepiej, bo wszystkie je edukuje (narodowo). I można by oczekiwać, że ich namiot będzie już tak bardzo frontem do małego człowieka, że bardziej się nie da. Niestety, front ograniczał się do rozdawania broszurek (tych samych, co dostaję na konferencjach), naklejek “Wzorowy uczeń” oraz krówek. I tyle. A, nie przepraszam, jeszcze można było sobie zdjęcie zrobić, wystawiając głowę przez dziurę w sklejce. No wiecie, taki przedpotopowo-przedfotoszopowy trick, żeby twoja twarz pojawiła się obok straszliwego lwa albo na szyi dzielnego rycerza czy pięknej księżniczki, względnie w okienku rakiety kosmicznej. A w przypadku stoiska MEN, co było poniekąd do przewidzenia, pojawiała się obok słynnego rządowego Elementarza. Pamiątka nad pamiątki.

Ale nie zrozumcie mnie źle, ogólnie było bardzo fajnie i jak do domu wracać nadszedł czas, to byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. A ludzie się przed nami rozstępowali z szacunkiem, bo nieśliśmy wielki niebieski balon z napisem POLICJA, z którym trochę mi teraz dziwnie w domu.

Wybornie

Hasztag debata, hasztag wybory, hasztag jak was słucham, kochane internety, to czuję się, jakbym karmił moją córkę.

Córka jest w wieku przedszkolnym i ma w życiu pewne zasady, na przykład taką, że nie jada warzyw.

– Chcesz sałatę czy marchewkę? – pytam uprzejmie. Te właśnie dwa płody rolne przeszły bowiem do drugiej tury, tzn. zostały wskazane na straganie, kiedy zrobiłem krótką pogadankę o tym, że warzywa to jednak jeść trzeba i poleciłem, żeby sobie jakieś wybrała.

– Żadne… – odpowiada zgodnie z przewidywaniami. Bo ani sałata, ani marchewka nie są fajne, nie spełniają jej oczekiwań i na pewno wypadną żenująco w roli kolacji. Nie można kazać dziecku wybierać między czymś zbyt zielonym, a przesadnie pomarańczowym, między podejrzanie cienkim a nieprzyjemnie twardym, między większym a mniejszym złem.

Odsuwa talerz, odwraca głowę, udaje, że zagadnienia nie ma. Bojkot. No bo przecież w sumie bez warzyw żyć można, ona sobie nawet znakomicie wyobraża takie życie, niech się tata martwi, jak przeszmuglować do jej organizmu te witaminy i błonnik.

No to proponuję ogórka. Żartem trochę, bo przecież nikt poważnie nie pomyśli nawet o tym, żeby córka ogórka. Ogórek jest be najbardziej.

A skoro już poszedłem w takie tanie kalambury dookoła nazwisk (za co mi trochę wstyd), to niech będzie, że córka w tym momencie woła głosem ciasteczkowego potwora “Cookies!”. (Chociaż w rzeczywistości krzyknęłaby raczej “Żelki!”). No bo przecież głodna spać nie pójdzie, zieleniny jeść nie będzie, zaczynają się marzenia o słodyczach.

I weź jej teraz tłumacz, że tych ciasteczek sprzed dwóch tygodni to już dawno nie ma, a poza tym, to przecież żadne z nich warzywa. I choć mają tę niewątpliwą zaletę, że nie są ani niedobrą marchewką, ani obrzydliwą sałatą, to jakby nie o tym teraz rozmawiamy.

No i tak to się ciągnie, córka jęczy, marudzi, wybrzydza i nawet jeśli w końcu któreś z tych paskudnych warzyw ugryzie, to z najwyższą niechęcią i dając jasno do zrozumienia, że zrobiła to tylko dlatego, że to drugie było jeszcze gorsze.

No i ją można jeszcze jakoś zrozumieć. Przecież nie ma nawet czterech lat.

Wszystko będzie dobrze

Polecam Wam chmury. Głowy do góry.

Od końca do końca korytarza są równo 84 kroki. Wiem na pewno, bo to średnia z wielu pomiarów. Wiem też oczywiście, że na oddziale pediatrycznym takich spacerów urządzać nie należy, bo nie po to się pacjentów grupuje i zamyka w pokojach według typów dolegliwości, żeby potem z nich wychodzili i swobodnie wymieniali się patogenami. Ale muszę przecież jakoś młodego wykołysać w nosidełku do snu, a między łóżeczkiem a umywalką kroki da się zrobić najwyżej trzy.

Kołysanie ważna rzecz. Kiedy dziecko czuje, że ktoś je niesie, daje się nieść. Kierunek i tempo ruchu są odgórnie ustalone, więc nie ma już co się szarpać. Przestajemy nerwowo machać kończynami, układamy się wygodnie i patrzymy, jak przed oczami przesuwają się widoki różne. Na przykład tablica korkowa, a na niej podziękowania dla lekarzy, pielęgniarek i salowych ozdobione odpowiednią liczbą słoneczek i kucyków.

Przychodzi spokój.

Na dorosłych też to działa. Wiem, bo wypróbowałem nieraz. W drodze do szpitala, do domu, do pracy, a raz nawet do Bydgoszczy. (Tato, a ty będziesz tam do nich mówił po polsku? W tej Bydgoszczy mówi się po polsku? – nie dowierzała córka).

Jednego razu na trasie szpital-dom wygospodarowałem pół godzinki i wdrapałem się na Kopiec Czerniakowski, bo go bardzo lubię, mam miłe z nim wspomnienia związane i jest prawie po drodze, jeśli jedzie się rowerem. No i tam z góry widać było chmury. Widać było też oczywiście wszystko inne: domki dla lalek, samochodziki-zabawki, ludzi jak mrówki i krowy jak boże krówki. Ale głównie to nad tym wszystkim widać było chmury, które akurat tego dnia w wyjątkowo silnym wietrze przewalały się majestatycznie i rzucały cienie bez specjalnej refleksji, na co rzucają.

Ja sobie siedziałem na barierce, a wokoło był powolny, miarowy ruch. Przychodził spokój.

Dodatkowo Spokój, konkretnie grabarza w wykonaniu Elektrycznych Gitar miałem wtedy w telefonie, słuchałem więc. Ja chyba rozumiem, o czym jest ta piosenka i od niedawna nawet wiem, w jakich ponurych okolicznościach powstała, ale mimo to (a może właśnie dlatego) nie przygnębia mnie ona ani trochę, a wręcz przeciwnie – bardzo uspokaja. No bo przecież wszystko będzie dobrze, w co łatwo uwierzyć, kiedy się patrzy na te chmury, drzewa, ludzi, domy, paproch w oku, Układ Słoneczny, a w nim wszystko równo i miarowo, wiosna, lato, jesień, zima, wschody i zachody, dom, przedszkole, praca, szpital, dom, dwadzieścia cztery godziny, wszystko będzie dobrze, stara Ziemia mnie niesie, rytm dobowy mnie kołysze.

A miesiąc później podobne chmury z tym samym podkładem muzycznym oglądałem z okna pociągu i było tak samo, tylko bardziej, bo dodatkowo Tanie Linie Kolejowe mnie kołysały. Dwóch nas tylko było w przedziale, ja i pewien pan profesjonalnie przygotowany do podróży, który jak tylko się przywitał, to położył plecak pod głową, wsadził stopery w uszy, założył opaskę na oczy i odpadł na trzy godziny. I tak leżeliśmy wyciągnięci wygodnie na przeciwległych kanapach, wiezieni tam, gdzie należało nas dostarczyć, a chmury przewalały się nad nami, nad polami, domami z pustaka, kwitnącymi bzami i rzepakiem.

Ogólnie zatem zachęcam do jeżdżenia pociągiem oraz, przede wszystkim, do częstego spoglądania w niebo. Na cumulusy i cirrostratusy, wschody i zachody, pełnie i nowie. Nie ma co tego odkładać na później, bo choć oczywiście one były, są i będą, to Wy nie.

A jak akurat naprawdę nie macie jak spojrzeć, bo Wam budownictwo wielorodzinne zasłania albo akurat siedzicie w kubiku i wyrabiacie PKB, to przynajmniej obejrzyjcie i posłuchajcie:

Precz

W urokliwy skądinąd weekend majowy, w drodze powrotnej z działki odniosłem niejasne wrażenie, że Naród coś do mnie ma.

precz

Post Navigation

%d bloggers like this: