Słowniczek okolicznościowy

Przed wyborami zawsze obserwujemy wzmożone zainteresowanie tematami okołoprokreacyjnymi. Dzieje się tak chyba dlatego, że siły polityczne rozpaczliwie próbują wmówić wyborcom i sobie samym, że są między nimi jakieś znaczące różnice programowe albo chociaż ideowe. I wychodzi zwykle na to, że te różnice lokują się, nie wiedzieć czemu, poniżej pasa. Wobec czego na tej wysokości mniej więcej toczy się dyskusja. Staram się jej w miarę możliwości przysłuchiwać, gdyż wysoko cenię sobie prokreację i żywo się nią interesuję. Ale kiedy tak słucham, to z reguły nie rozumiem nic. To znaczy rozumiem, ale inaczej. Mniej więcej tak, jak to opisałem w poniższym słowniczku okolicznościowym. Nie wiem zresztą, czy to dobra nazwa. Generalnie słowniki po to definiują słowa, żeby ludziom łatwiej było się dogadać. A ja w swoim mam głównie definicje, przez które dogadać się nie mogę.

POCZĘCIE – takie ładne słowo na zapłodnienie, czyli połączenie komórki jajowej z plemnikiem. W ten sposób powstaje zygotka z podwójnym kompletem chromosomów oraz niezbywalną godnością. W trakcie, gdy czytasz to zadnie, gdzieś na świecie trzy osoby zdążyły powiedzieć komuś, że od momentu poczęcia człowiek jest osobą ludzką, a jego życie podlega ochronie. Problematyczne jest natomiast to, że terminem “poczęcie” określa się również piękny wspólny akt kobiety i mężczyzny, w wyniku którego powstaje owo nowe życie. Przykładowo Stefan Hipotetyczny lubi sobie wspominać, jak to z żoną poczęli swoje dziecko na pięknej dzikiej plaży w promieniach zachodzącego słońca. Ale przecież ustaliliśmy, że poczęcie = zapłodnienie i dochodzi do niego, o ile pamiętam, od kilku godzin do dwóch dni po stosunku. Więc sorry, Stefanie, twoje dziecko zostało prawdopodobnie poczęte na krzesełku w smażalni, podczas gdy ty byłeś w toalecie, próbując pozbyć się tego cholernego piasku ze strefy intymnej.

CIĄŻA – takie coś, które kończy się w momencie porodu, ale nie ma zgody, kiedy się zaczyna. Z fizjologicznego punktu widzenia przyjęło się mówić o rozpoczęciu ciąży w momencie zagnieżdżenia się zarodka w ścianie macicy, bo wtedy dopiero organizm się orientuje, że ktoś nowy się dosiadł i odpala stosowne procedury. Ale ponieważ przy takiej definicji pozbycie się niezagnieżdżonego zarodka za pomocą tabletki “dzień po” nie jest formalnie przerwaniem ciąży, to coraz częściej słyszę, że ciąża zaczyna się w momencie zapłodnienia, poczęciem zwanego. Według ginekologów natomiast ciąża rozpoczyna się dwa tygodnie przed zapłodnieniem. A to dlatego, że ginekolodzy są praktykami-pragmatykami, którzy mają na te filozoficzno-etyczne spory wyjebane i liczą tak, jak im najwygodniej, czyli od ostatniej miesiączki. Więc jeśli usłyszysz, że żona jest w szóstym tygodniu ciąży, mimo że ty wróciłeś z kontraktu w Helsinkach ledwie cztery tygodnie temu, to nadal jest szansa, że to twoje dziecko. A udanego Sylwestra powinniśmy gratulować rodzicom osób urodzonych w połowie września, a nie 1 października.

PRAWO NATURALNE – tu już jestem całkiem głupi. Być może dlatego, że dla mnie “naturalny” oznacza “występujący w naturze”. Czyli przykładem prawa naturalnego jest według mnie, np. prawo powszechnego ciążenia. A jeśli chodzi o obiekty o bardziej skomplikowanych zachowaniach niż spadające jabłka, na przykład ludzi i inne zwierzęta, to wedle mojej wiedzy prawo naturalne brzmi “przeżyj i wydaj płodne potomstwo, bo inaczej nic po tobie nie zostanie”. I chyba nie ma tam pod spodem już nic więcej drobnym drukiem. Zatem taki przykładowy jenot Zygmunt ma prawo zjeść wszystko, co zdoła ukatrupić, wychędożyć wszystko, co przed nim nie ucieknie i lać w mordę każdego, kto mu będzie chciał w jednym lub drugim przeszkodzić. Tylko nie powinien być zaskoczony, jeśli to jego ktoś dogoni i, w najlepszym wypadku, zeżre.
O ileż bardziej skomplikowane jest zatem życie przykładowego inż. Zygmunta Jenota, który za to, co je, uiszcza opłatę zawierającą VAT, a chędożyć zdarza mu się wyłącznie osobę pełnoletnią, za obopólną zgodą i to tylko wtedy, gdy mąż tej osoby przebywa na kontrakcie w Helsinkach. I nie chodzi o to, że uważam, że życie jenota Zygmunta jest lepsze od życia inż. Zygmunta Jenota albo na odwrót. Po prostu za każdym razem, kiedy słyszę, że prawo stanowione powinno opierać się na prawie naturalnym, to robi mi się nieswojo, bo kły i pazury mam w zaniku. Futro ostatnimi laty też.

TOLERANCJA – pozwalanie na coś, nawet jeśli uważamy, że to nie jest OK.
AKCEPTACJA – uważanie, że to coś jest OK.
To naprawdę jest takie proste!
Ale ludzie mylą nagminnie, więc na wszelki wypadek objaśnię za pomocą pouczającego przykładu. Hipotetyczna żona hipotetycznego Witka Grabowskiego popala sobie papierosy. Witek uważa, że to niemądre bardzo i przy każdej okazji nikotynową słabość żony głośno krytykuje. No ale to w końcu dorosła kobieta, nie będzie jej zabraniał przecież, niech sobie pali. Byle nie w domu, bo będzie śmierdzieć, a dzieciom zostaną naruszone prawa dziecka. Innymi słowy: Witek nie akceptuje palenia żony poza domem, ale je toleruje. W domu natomiast go nie toleruje.

Więc błagam Was, Rodacy! Nie jęczcie, że ktoś jest nietolerancyjny tylko dlatego, że głośno krytykuje Wasze poglądy, dietę, religię, preferencje seksualne czy sympatie polityczne!

A poza tym, kto w ogóle powiedział, że tolerancja to jest dobra rzecz? Jak myślę o przemocy (czy ogólniej: krzywdzie) to widzę jednego, który bije, i pięciu, którzy to tolerują. Ale do tego tematu jakoś nikt nie ma odwagi przymierzyć się ani w kampanii, ani po wygranych wyborach.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s