(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “November, 2015”

O smoku i dzielnym rycerzu

No, OK, wiem, że to nie jest ani tematyka, ani estetyka, ani być może poziom typowy dla tego miejsca. Czytelnik ma prawo czuć się oszukany, bo przecież oczekiwał Kompostowni, a dostał takie bardziej Szkło kontaktowe.

Cóż mogę powiedzieć na swoją obronę? Odreagowuję sytuację w pracy.

 

My, Król, Wybraniec Boga, Opiekun Swego Ludu,
Obrońca Wdów i Sierot, Pogromca Pcheł i Brudu,
Krzewiciel Dóbr Kultury, Światłością Swą Świecący,
dalej w tym dokumencie zwany ZAMAWIAJĄCYM,
chcemy ogłosić przetarg na ścięcie głowy gada,
co owce i dziewice z królestwa nam podjada.
W przetargu owym udział brać może każdy rycerz,
który szambelanowi ofertę swą opisze
oraz przedstawi temuż stosowne dokumenta,
świadczące, że posiada koncesję na zwierzęta
baśniowe do odstrzału, że nie brak mu dzielności
i że nie pozostaje w służbowej podległości,
w relacji pokrewieństwa lub, nie daj Bóg, pożycia
z gadem, którego wkrótce pozbawić miałby życia,
sprawiając mu tym ból.

Podpisano: My, Król.

Projekt finansowany ze środków
Funduszu na rzecz Kmiotków.


Ja, rycerz Semko z Glona, zwany tu WYKONAWCĄ,
gotowym zabić smoka, co nie szanuje praw, co
owce pożera z pastwisk, niszcząc bioróżnorodność,
(nie mówiąc o dziewicach) i klnę się na swą godność,
że się pojawię wkrótce z obciętą smoka głową,
a za swój czyn odważny zapłatę chcę takową:
1/2 (słownie: pół) królestwa przez smoka nękanego,
oraz za żonę córkę wziąć ZAMAWIAJĄCEGO.

Podpisał własną ręką
odważny rycerz Semko

Wyrażam zgodę na przetwarzanie herbu i nazwiska
na potrzeby postępowania w sprawie smoczyska.


My król, Wybraniec Boga, no i tam dalej wszystko,
już wiemy, kto mieć będzie zaszczyt zabić smoczysko.
Jako że zakup siarki, by wypchać nią barany
w projekcie jest wydatkiem niekwalifikowanym,
oferta S. Dratewki zostaje odrzucona,
a WYKONAWCĄ będzie pan rycerz Semko z Glona.
Precz, smoku, z naszych pól!

Podpisano: my, Król.


Ja rycerz Semko z Glona, spełniłem już umowę,
przedkładam dokumenta, załączam smoka głowę.
Ponadto chciałem prosić u Waszej Łaskawości
o zwrot dojazdu kosztów (załączam konia kości).

Podpisał własną ręką
odważny rycerz Semko


My, Król jesteśmy radzi, żeś chwacko się uwinął,
zaznaczyć jednak trzeba, że deadline wczoraj minął.
Umowne kary zatem naliczyć tu należy:
królewny Ci nie damy, niech gnije dalej w wieży,
bo choć do gustuś przypadł prześlicznej tej panience,
to sam rozumiesz przecież, związane mamy ręce.
Z królestwa oddajemy Ci tę część z jamą smoczą,
ziemię jałową, ale na sposób swój uroczą.
Konia nie odkupimy – z umowy nam wynika
za dojazd ryczałt tylko w postaci psa jamnika.
A jamnik – ziemi sól!

Podpisano: My, Król.


My, kmiecie ze wsi Chlupno, się pisać ośmielamy,
do Waszej Wysokości, albowiem wylazł z jamy
ten smok, co przez rycerza miał oberżniętą głowę
i widać, że wyrosły w tym miejscu mu trzy nowe.
Chodzi i ogniem zieje, pustoszy ojcowiznę,
dziewczęta podszczypuje i zżera rogaciznę.
Ratujcie, Królu Złoty!

Twoje oddane chłopy.


My, Król, tak oświadczamy: na dedragonizację
w bieżącej perspektywie skończyły się dotacje.
Lecz wszystko jest w porządku, gdyż wskaźnik na zwierzęta
baśniowe wyrobiony – jest jedna głowa ścięta.
Wracajcie do uprawy ról!

Podpisano: My, Król.

Jestem męski jak Volvo

Wiele lat temu przyjaciel, który ćwiczył się wówczas w trudnym zawodzie psychologa, zrobił mi test. Chyba byłem mu potrzebny jako grupa kontrolna do pracy zaliczeniowej, czy coś w tym stylu. Test miał zapewne jakąś mądrą nazwę, której dzisiaj nie pamiętam, ale generalnie chodziło o sprawdzenie, na ile mocno delikwent identyfikuje się z tradycyjnie pojmowaną męskością – im mniej zdobył punktów, tym identyfikuje się bardziej.

Ja dostałem 0 (słownie: zero).

Przyjaciel uznał, że takie rzeczy się nie zdarzają i pewnie musiał coś pomylić przy obliczaniu wyniku, a ja uznałem, że jestem po prostu normalnie zajebisty.

Od tego czasu używam określenia “zero na skali” do usprawiedliwiania różnych moich samczych cech i zachowań, jak np. nieopuszczanie deski sedesowej, nieokiełznana potrzeba samodzielnego wykonywania wszelkich napraw (szczególnie tych, które fachowiec zrobiłby szybciej, taniej i lepiej), wstręt przed pytaniem ludzi o drogę, nieufność w stosunku do wszystkich kosmetyków poza mydłem i pastą do zębów czy okazywanie żywego zainteresowania dowolnie głupią reklamą, jeśli tylko występująca w niej pani ma odpowiednio duże oczy. Nade wszystko jednak chwalę się tym moim zerem na skali wszystkim napotkanym osobom i właściwie aż dziw bierze, że na Kompostowni piszę o tym dopiero teraz.

No bo przecież każdy facet uwielbia myśleć o sobie, że jest bardzo męski. A przynajmniej ja uwielbiam. I w tym kontekście nieco zastanawiające jest, że właściwie nie bardzo wiadomo, czym ta męskość jest.

Państwo pozwolą, anegdota. Będąc młodymi biologami, a właściwie studentami biologii, siedzieliśmy sobie na ćwiczeniach z botaniki i przerysowywaliśmy spod mikroskopu gametofity. Młodzieży wyjaśniam, że gametofit to takie coś, o czym kiedyś wszyscy musieli się uczyć w ośmioletniej podstawówce, a potem jeszcze drugi raz w liceum, żeby dzisiaj zupełnie nie pamiętać, co to takiego lub ewentualnie mgliście kojarzyć, że miało to coś wspólnego ze sporofitem. Albo może z epifitem. W każdym razie nie z epitafium. I ci sami ludzie pomstują teraz na zmniejszenie zakresu materiału przerabianego w szkołach, jakby kucie słów, których znaczenia się nie rozumie albo szybko zapomina, było niezbędnym etapem rozwoju intelektualnego każdego młodego człowieka. Ale wróćmy do naszych zajęć z botaniki. Siedzimy, łypiemy w okular, rysujemy nieporadnie. W pewnym momencie jedna z koleżanek wstaje i powiada do prowadzącej: “Narysowałam już gametofit męski. Czy mogę dostać preparat z gametofitem damskim?”.

I ja trochę w tym duchu myślę o przymiotniku “męski”. Męska może być koszula, przebieralnia, czwórka wioślarska albo toaleta. Ale mężczyzna? Mężczyzna może być męski mniej więcej tak samo, jak kobieta może być damska. Zresztą, z etymologicznego punktu widzenia, który tak bardzo lubię, kobieta powinna być kobieca, a mężczyzna – mężny. Ale ponieważ na prawdziwe męstwo nie każdego stać, to o wiele łatwiej być męskim. Bo właściwie wystarczy się takim poczuć. Tak jak Volvo. Ani z niego taki wędrowiec-awanturnik jak Jeep, ani paker bez karku jak Hummer, ani szybki Bill jak Ferrari. Ale nie przeszkadza mu to dumnie wieźć na masce najbardziej męski ze wszystkich znaczków i na przekór wszystkim pławić się w błogim samozadowoleniu.

volvoChociaż strzałka (tzw. włócznia Marsa) w logo Volvo od kilkudziesięciu lat sukcesywnie się skraca, to przecież nie długość ma znaczenie.

Ścieżką wyznaczoną przez Volvo staram się kroczyć i ja. Na swoją męskość nie mam żadnych dowodów, może poza wspomnianym testem psychologicznym i faktem, że wąsy wyrosły mi jeszcze w podstawówce, ale czuję się męskim szalenie. Do tego stopnia, że wydałem ostatnio 20 zł, żeby przed samym sobą własną męskością się popisać.

Nabyłem mianowicie różowy T-shirt. Taki naprawdę różowy – level: ciuszki Dody, Pinky Pie, Świnka Peppa. Wyszedłem bowiem z założenia, że coś tak błahego jak kolor nie jest w stanie ująć mężczyźnie męskości i przeprowadziłem na sobie test. Wypadł on pomyślnie, bo choć córka wykrzyknęła któregoś ranka “Tata ubrał się jak pani!”, to potem narysowała mój portret, na którym wyraźnie uwypukliła drugorzędowe cechy płciowe. I na którym wyglądam po prostu like a boss.

pink_T-shirtMiędzy Clintem Eastwoodem a Tatą Świnką, czyli nowoczesny wzorzec męskości.

Post Navigation

%d bloggers like this: