(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “February, 2016”

#mość

Zalety istnienia Walentynek są bezdyskusyjne. Niejednokrotnie to właśnie dzięki nim on zbiera się wreszcie w sobie i zaprasza ją do kina oraz kupuje kwiaty, a ona się zgadza oraz ładnie maluje, ubiera i pachnie. Po amerykańskim filmie idą na włoskie żarcie, trzymają się za rączkę, z tego trzymania ona zachodzi w ciążę, rodzi się dziecko, potem drugie, a wraz z nim 500 zł od wujka Jarosława, gdzieś tam po drodze ślub, gorzko gorzko, trzeba poszukać jakiejś lepszej roboty, koniec rumakowania, kredyt we frankach i tak dalej, czyli generalnie gatunek zostaje przedłużony, a świat się kręci dalej i to chodzi.

Walentynki mają też podobno liczne wady, konkretnie, zdaje się, dwie: (1) są świętem obcym nam kulturowo, (2) zostały na polskim gruncie zaszczepione na drodze lobbingu przez żądne zysku międzynarodowe korporacje. Co do pierwszego zarzutu, to kto uważa, że celebrowanie zakochiwania się, czy ogólniej: miłości, jest dla Polaków obce kulturowo, niech pierwszy rzuci kamieniem sobie w czoło. A i z tym lobbingiem to osobiście nie do końca kupuję, bo z całym szacunkiem i sympatią dla pań kwiaciarek i ciastkarek, którym udaje się na mnie w tym dniu niekiedy zarobić, jakoś nie bardzo wyobrażam sobie, żeby to rzeczywiście one, w swoich watowanych kamizelkach i stylonowych fartuszkach, stały za wielką ogólnokrajową akcją propagandową. A poza tym, wiecie, jaka tradycja autentycznie została stworzona przez speców od marketingu? Diamentowe pierścionki zaręczynowe. Koncern De Beers, 1938 rok. Więc jeśli się Wam się nie podoba sztucznie rozdmuchiwany konsumpcjonizm, to tam kierujcie swój gniew, a Walentynki zostawcie w spokoju.

Zgadzam się jednak, że można spróbować nadać Świętu Zakochanych trochę więcej polskiego charakteru. Przede wszystkim, należy definitywnie pozbyć się słowa LOVE. Co prawda (chyba) nie mówimy jeszcze do siebie “I love you ciebie”, ale w tym dniu LOVE na czerwonych serduszkach, balonikach i czekoladkach panoszy się strasznie. A powody są, jak mi się zdaje, dwa. Po pierwsze, żyjemy w takich czasach, że wytwory kultury materialnej…

Cholera. Czytelniku. Zacząłem pisać to zdanie i tak mnie tknęło: naprawdę chcesz spędzić Walentynki czytając w necie o wytworach kultury materialnej naszych czasów? Ja nie oceniam, ja tylko pytam. No bo wiesz, dzisiaj jakoś bardziej wypadałoby się zakrzątnąć wokół przedłużania gatunku, 500 zł na drugie dziecko i tak dalej. Nie nęci? No dobra, ja się nie wtrącam, moja rzecz pisać, Twoja lajka klikać. Może zresztą źle interpretuję Twoją tu obecność. Może lubisz z partnerem lub partnerką (a może nawet z obojgiem, świntuszku) poczytać Kompostownię w ramach gry wstępnej. Albo “po”, tak zamiast papierosa. Na pewno zdrowiej. No dobra, nie moja sprawa. Kontynuujmy.

Po pierwsze, żyjemy w takich czasach, że wytwory kultury materialnej są chińskie w formie (do wtryskarki) i amerykańskie w treści i chyba nic nie poradzimy na to. Po drugie, angielskie słowa są fajne i krótkie, a polskie słowa są fajne i długie. Polska MIŁOŚĆ nie zawsze zmieści się tam, gdzie wciśnie się jednosylabowe angielskie LOVE. W ogóle anglofoni* mogą bez większego trudu całe zdania układać ze słów jednosylabowych**. A my nie. (Poprzednie zdanie jest rzadkim wyjątkiem od reguły).

Ale przecież słowa można skracać. Amerykanie są w tym mistrzami i próbują skracać wszystko, co ma więcej niż dwie sylaby. Zamiast parachute, nuclear, crocodile czy refrigerator używają jednosylabowych chute, nuke, croc i fridge. A my tymczasem męczymy się ze spadochronem, bronią/energią nuklearną, krokodylem i lodówką. A dodać należy, że trójsylabowa lodówka już sama w sobie jest brawurowym skrótem od chłodziarko-zamrażarki.

W tym kontekście Czytelnika zaskoczyć może, że akurat na słowo MIŁOŚĆ skrót mamy znany od wieków. Najczęściej brzmi on “mość”, tak jak w słowach “waszmość” (“wasza miłość”) czy  “jegomość” (“jego miłość”). Czasami udaje się zredukować miłość do dwóch zaledwie, ale za to ogromnie polskich liter “ść”, tak jak w “kończ, waść” (“kończ, wasza miłość”).

No i powiedzcie sami, czy nie przyszedł wreszcie czas, żeby tę zwięzłą “mość” wyjąć z archaicznych zwrotów grzecznościowych i wrzucić na baloniki, koszulki, hashtagi? Zróbcie to dla Ojczyzny! Niech #mość zawiśnie w powietrzu! Niech #mość będzie z Wami! Dwuznacznie mośćcie się w pościeli! Strzelcie sobie słitfocię ze swoją Walentynką i wrzućcie na Instagrama otagowaną jako #naść (“nasza miłość”)! Niech nad Wisłą zapłonie #mość (niekoniecznie Łazienkowski)!

A przede wszystkim, ponieważ prawdziwa mość umie dać w kość, to życzę Wam, żebyście wytrwali w niej również przez pozostałych 365*** dni w roku.

mosc


*Anglofon to takie zgrabne słowo na człowieka posługującego się językiem angielskim, czyli np. Anglika, Amerykanina, a nawet Australijczyka (jeśli stara się mówić wyraźnie). Są też frankofoni, ale już na pytanie o polonofona Google uznał, że na pewno chodziło mi o polonofoba i pokazał mi strony niepokojące.

**Pozdro dla kumatych and thank you for flying MJN Air.

***Tak, 365. Mamy rok przestępny, nieuku.

Spóźniony grudzień z nietuzinkową książką 2015

Utarło się (tzn. ja sobie utarłem), że co roku w grudniu, na pamiątkę pierwszego kompostownianego wpisu, udaję się przed witrynę księgarni Naszego Dziennika i chłonę, chłonę, chłonę a potem wchłoniętą treść opisuję. Tak też uczyniłem w grudniu 2015 r. i to chyba ze trzy razy (raz nawet uciekł mi przez to nocny).

I nic.

Żadna książka nie wydała mi się dziwna, niezwykła, chora ani nawet zwyczajnie, po ludzku zabawna. Nie dostrzegłem też za szybą maleńkich stópek płodu, które jeszcze parę lat temu można było tam kupić i wpiąć sobie w klapę.

Słowem – nuda.

A że nuda największym wrogiem posta jest, to grudniowego wpisu nie było. Ale teraz mi się jakoś tak smutno zrobiło, że tradycja zdechła już po dwóch razach, więc późno, bo późno, ale prezentuję Państwu trzy książki nietuzinkowe. Jedną wyszperałem w Internecie, a dwie pozostałe zmyśliłem. Mam nadzieję, że bez trudu odgadniecie, która jest która, bo inaczej źle by to świadczyło o świecie, w którym żyjemy.

Ędżoj.

 

Sławomir Zatwardnicki
Katolicki pomocnik towarzyski czyli jak pojedynkować się z ateistą

Ta niezwykle przydatna książka to zbiór przystępnie napisanych odpowiedzi na trudne pytania o Boga, Biblię i seks, które ateiści nałogowo zadają katolikom, żeby ich pognębić. Jest to idealna pozycja dla Ciebie, jeśli:
– swoje życie towarzyskie postrzegasz jako ciągłą walkę,
– Twoi znajomi ateiści nie mają nic innego do roboty, jak tylko wytykać niespójności Twojej wiary, a mimo to nadal się z nimi spotykasz,
– jakoś nigdy Ci nie przeszkadzało, że nie umiesz pogodzić idei Boga miłosiernego z całym tym cierpieniem, złem i niesprawiedliwością w stworzonym przez Niego świecie, ale teraz nagle kuzyn ateista Cię o to zapytał i głupio nie mieć zdania,
– od czasów szkolnych nurtuje Cię pytanie, czy wszechmocny Bóg może stworzyć kamień tak ciężki, że nie zdołałby go podnieść.

 

Clint Norris
Samiec alfa czy fag lambda? Zmierz swoją męskość nie tylko w centymetrach!

Książka prezentuje rewolucyjne podejście do zagadnienia męskości oparte na rzetelnych pomiarach naukowych. Autor zabierze Cię w niezwykłą podróż pachnącą testosteronem i zwycięstem, podczas której będziesz musiał szczerze odpowiedzieć na ponad 400 pytań, m.in. o:
– posiadanie naturalnej przerwy w owłosieniu między tyłem głowy a plecami,
– liczbę partnerek seksualnych, o których mówisz, że miałeś,
– długość samochodu od zderzaka do zderzaka,
– Twoje pierwsze skojarzenie ze słowem “zderzak” w poprzednim pytaniu,
– minimalną odległość, na którą jesteś w stanie zbliżyć się do innego mężczyzny w zatłoczonym autobusie
– liczbę kolorów, które rozróżniasz,
– wiele, wiele innych, ale na podobnym poziomie.
Na podstawie odpowiedzi wyliczony zostanie “współczynnik maskulinizacji”, który pozwoli umieścić Twoją męskość na skali od “miękka faja” do “esencja buhaja”.

 

Janusz Polak
Zostań januszem w swoim domu! Naprawianie nie musi być drogie!

Z tej niesamowitej książki dowiecie się m.in.:
– dlaczego gazeta i sznurek to Wasi najwięksi sprzymierzeńcy w zatykaniu dziur we wszystkim poza zębami (oraz czym zatykać dziury w zębach),
– do czego mogą przydać się butelki po napojach i kubeczki po jogurcie oraz jak przekonać żonę, żeby Wam ich nie wyrzucała,
– jakie 4 substancje znajdujące się w każdej kuchni mogą z powodzeniem zastąpić klej, wprowadzając przy tym do Waszego życia element rozkosznej niespodzianki,
– po czym poznać dom majsterkowicza-estety, czyli zasada “jeśli nie widać, że było naprawiane, to nie warto było naprawiać” w praktyce.

 

Wiem, że tu powinna być jakaś puenta, ale jestem chory, zmęczony, niewyspany i przez to bezpuentowy.

Post Navigation

%d bloggers like this: