#mość

Zalety istnienia Walentynek są bezdyskusyjne. Niejednokrotnie to właśnie dzięki nim on zbiera się wreszcie w sobie i zaprasza ją do kina oraz kupuje kwiaty, a ona się zgadza oraz ładnie maluje, ubiera i pachnie. Po amerykańskim filmie idą na włoskie żarcie, trzymają się za rączkę, z tego trzymania ona zachodzi w ciążę, rodzi się dziecko, potem drugie, a wraz z nim 500 zł od wujka Jarosława, gdzieś tam po drodze ślub, gorzko gorzko, trzeba poszukać jakiejś lepszej roboty, koniec rumakowania, kredyt we frankach i tak dalej, czyli generalnie gatunek zostaje przedłużony, a świat się kręci dalej i to chodzi.

Walentynki mają też podobno liczne wady, konkretnie, zdaje się, dwie: (1) są świętem obcym nam kulturowo, (2) zostały na polskim gruncie zaszczepione na drodze lobbingu przez żądne zysku międzynarodowe korporacje. Co do pierwszego zarzutu, to kto uważa, że celebrowanie zakochiwania się, czy ogólniej: miłości, jest dla Polaków obce kulturowo, niech pierwszy rzuci kamieniem sobie w czoło. A i z tym lobbingiem to osobiście nie do końca kupuję, bo z całym szacunkiem i sympatią dla pań kwiaciarek i ciastkarek, którym udaje się na mnie w tym dniu niekiedy zarobić, jakoś nie bardzo wyobrażam sobie, żeby to rzeczywiście one, w swoich watowanych kamizelkach i stylonowych fartuszkach, stały za wielką ogólnokrajową akcją propagandową. A poza tym, wiecie, jaka tradycja autentycznie została stworzona przez speców od marketingu? Diamentowe pierścionki zaręczynowe. Koncern De Beers, 1938 rok. Więc jeśli się Wam się nie podoba sztucznie rozdmuchiwany konsumpcjonizm, to tam kierujcie swój gniew, a Walentynki zostawcie w spokoju.

Zgadzam się jednak, że można spróbować nadać Świętu Zakochanych trochę więcej polskiego charakteru. Przede wszystkim, należy definitywnie pozbyć się słowa LOVE. Co prawda (chyba) nie mówimy jeszcze do siebie “I love you ciebie”, ale w tym dniu LOVE na czerwonych serduszkach, balonikach i czekoladkach panoszy się strasznie. A powody są, jak mi się zdaje, dwa. Po pierwsze, żyjemy w takich czasach, że wytwory kultury materialnej…

Cholera. Czytelniku. Zacząłem pisać to zdanie i tak mnie tknęło: naprawdę chcesz spędzić Walentynki czytając w necie o wytworach kultury materialnej naszych czasów? Ja nie oceniam, ja tylko pytam. No bo wiesz, dzisiaj jakoś bardziej wypadałoby się zakrzątnąć wokół przedłużania gatunku, 500 zł na drugie dziecko i tak dalej. Nie nęci? No dobra, ja się nie wtrącam, moja rzecz pisać, Twoja lajka klikać. Może zresztą źle interpretuję Twoją tu obecność. Może lubisz z partnerem lub partnerką (a może nawet z obojgiem, świntuszku) poczytać Kompostownię w ramach gry wstępnej. Albo “po”, tak zamiast papierosa. Na pewno zdrowiej. No dobra, nie moja sprawa. Kontynuujmy.

Po pierwsze, żyjemy w takich czasach, że wytwory kultury materialnej są chińskie w formie (do wtryskarki) i amerykańskie w treści i chyba nic nie poradzimy na to. Po drugie, angielskie słowa są fajne i krótkie, a polskie słowa są fajne i długie. Polska MIŁOŚĆ nie zawsze zmieści się tam, gdzie wciśnie się jednosylabowe angielskie LOVE. W ogóle anglofoni* mogą bez większego trudu całe zdania układać ze słów jednosylabowych**. A my nie. (Poprzednie zdanie jest rzadkim wyjątkiem od reguły).

Ale przecież słowa można skracać. Amerykanie są w tym mistrzami i próbują skracać wszystko, co ma więcej niż dwie sylaby. Zamiast parachute, nuclear, crocodile czy refrigerator używają jednosylabowych chute, nuke, croc i fridge. A my tymczasem męczymy się ze spadochronem, bronią/energią nuklearną, krokodylem i lodówką. A dodać należy, że trójsylabowa lodówka już sama w sobie jest brawurowym skrótem od chłodziarko-zamrażarki.

W tym kontekście Czytelnika zaskoczyć może, że akurat na słowo MIŁOŚĆ skrót mamy znany od wieków. Najczęściej brzmi on “mość”, tak jak w słowach “waszmość” (“wasza miłość”) czy  “jegomość” (“jego miłość”). Czasami udaje się zredukować miłość do dwóch zaledwie, ale za to ogromnie polskich liter “ść”, tak jak w “kończ, waść” (“kończ, wasza miłość”).

No i powiedzcie sami, czy nie przyszedł wreszcie czas, żeby tę zwięzłą “mość” wyjąć z archaicznych zwrotów grzecznościowych i wrzucić na baloniki, koszulki, hashtagi? Zróbcie to dla Ojczyzny! Niech #mość zawiśnie w powietrzu! Niech #mość będzie z Wami! Dwuznacznie mośćcie się w pościeli! Strzelcie sobie słitfocię ze swoją Walentynką i wrzućcie na Instagrama otagowaną jako #naść (“nasza miłość”)! Niech nad Wisłą zapłonie #mość (niekoniecznie Łazienkowski)!

A przede wszystkim, ponieważ prawdziwa mość umie dać w kość, to życzę Wam, żebyście wytrwali w niej również przez pozostałych 365*** dni w roku.

mosc


*Anglofon to takie zgrabne słowo na człowieka posługującego się językiem angielskim, czyli np. Anglika, Amerykanina, a nawet Australijczyka (jeśli stara się mówić wyraźnie). Są też frankofoni, ale już na pytanie o polonofona Google uznał, że na pewno chodziło mi o polonofoba i pokazał mi strony niepokojące.

**Pozdro dla kumatych and thank you for flying MJN Air.

***Tak, 365. Mamy rok przestępny, nieuku.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s