(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “April, 2016”

Nigdy nie lekceważ potęgi ekranu

Wojna, oczywiście, wcześniej czy później nadejdzie. I nawet nie dlatego, że Putin już ocalił swoich Niemców Sudeckich na Krymie, a teraz pewnie marzy mu się korytarz eksterytorialny do Kaliningradu. Nie dlatego, że Unia Europejska traci wiarę w siebie, a Brytyjczycy rozważają okopanie się na Wyspach. Nie dlatego, że polityka ciągłego wkładania kija w bliskowschodnie mrowisko przynosi oczywiste skutki i że uchodźcy i inni migranci wlewają się do Europy w charakterze wody na młyn odradzającego się nacjonalizmu. To znaczy, dlatego wszystkiego po trochu też, ale przede wszystkim dlatego, że wojny w Europie już strasznie długo nie było. I że ci, którzy pamiętają, jak chujowo jest pewnego ranka przejść się do sąsiada i skonstatować, że sąsiada już nie ma, a przez pszenicę zapierdalają czołgi, w zdecydowanej większości już nie żyją.

Ale nie zrozumcie mnie źle. Ja nie straszę wojną za rok czy za pięć lat. Ja tylko myślę sobie, że jeśli będziemy się dobrze odżywiać i regularnie uprawiać sport, to mamy sporą szansę kolejnej wojny dożyć. A nasze dzieci mają tę szansę jeszcze większą.

Żona mówi, żebym więcej pisał o sobie.

No to ze mną było tak. Wojny żadnej oczywiście nie pamiętam, ale już jako kilkuletnie pacholę oglądałem kultowy wojenno-propagandowo-kynologiczny serial Czterej pancerni i pies. Jak cała męska część mojego pokolenia chciałem być wtedy dzielnym dowódcą w hełmofonie, mieć psa Szarika i napierdalać czołgiem na Berlin pełen złych Niemców. Zresztą kolejne lata podstawówki również upływały nam w blasku bohaterów, którzy bili Krzyżaków, nie sypali kolegów na Szucha, ginęli w powstaniach i ogólnie pokazywali dorastającym chłopakom, że wojna to przede wszystkim znakomita okazja, żeby udowodnić, co człowiek jest wart.

Później przyszedł czas na amerykańskie filmy wojenne, które w tamtym czasie były głównie rozliczaniem się z Wietnamem, więc pokazywały wszystko trochę inaczej niż widział  poczciwy Szarik. Dzisiaj dostrzegam na przykład, jak duży wpływ miał na mnie, komediowy skądinąd, serial M*A*S*H. Dla tych, co nie oglądali: pośrodku wojny w Korei stoi sobie szpital polowy, przywożą do niego rannych z frontu, lekarze składają ich do kupy i odsyłają z powrotem do wroga, żeby ich znowu podziurawił i tak to się wszystko ładnie kręci, tylko właściwie chuj wie, po co. To chyba dzięki MASHowi ostatecznie nabrałem przekonania, że wojna z definicji jest bez sensu, oraz uznałem, że jedyna rola w tzw. teatrze działań wojennych, w której bym się widział, to lekarz. A że na medycynę nie poszedłem (do wojska, zresztą, też nie), to w razie draki jestem chłopem bez roli. Książki czytane w liceum, takie jak Rzeźnia numer 5, Na zachodzie bez zmian czy Paragraf 22, już tylko wbijały ostatnie gwoździe do trumny bohaterskiego mitu Rudego 102.

Wspomnienia te wróciły do mnie ostatnio, kiedy z moją czteroletnią córką oglądałem jej pierwszy film o wojnie. Właściwie to sześć filmów. I właściwie o wojnach. Gwiezdnych.

Osobiście fanem sagi nigdy nie byłem, więc w dużej mierze odkrywałem odległą galaktykę razem z córką. No i fanem dalej nie jestem. Starą trylogię ktoś pięknie streścił tak:
gwiezdne-wojny-star-wars-podsumowanie-fabuly-gadajaca-zaba-przekonuje-nastolatka-by-zabil-swojego-ojca
Choć akurat tę żabę to lubię najbardziej. Pierwsze dwie części nowej trylogii też raczej przesypiałem. Unosiła mi się niekiedy powieka, kiedy w kadrze pojawiała się Natalie Portman, ale jak tylko otwierała buzię i słyszałem ten koszmarny polski dubbing, to powieka mi na powrót opadała. I dopiero na Zemście Sithów obudziłem się z oczyma jak spodki.

Jak bardzo ten film różni się od pozostałych! To znaczy w warstwie wizualnej dalej są tam kolesie machający bzyczącymi świetlówkami i cyborg z kokluszem, ale głębiej jest pełnowymiarowa grecka tragedia, Makbet i najbardziej wiarygodny obraz genezy wojny, jaki można podsunąć kilkuletniemu dziecku.

Całej złożoności tego obrazu moja czterolatka oczywiście jeszcze nie ogarnia, bo bywa, że po dialogu “Czemu mnie o to prosisz?”, “Rada cię o to prosi” pyta mnie, który to ten Rada. Ale najważniejsze rzeczy już kuma. Myślę też, że przez kolejne lata będzie oglądać ten film jeszcze wiele razy i w końcu zrozumie, dlaczego nie mogłem jej udzielać satysfakcjonującej odpowiedzi na powtarzające się pytanie “Tata, a on jest dobry, czy zły?”. Bo podły dziadunio Palpatine jest demokratycznie wybranym przywódcą, a mimo to dobrzy dżedaje zakładają przeciw niemu Komitet Obrony Jasnej Strony Mocy. Bo mistrz Windu tak strasznie wkręcił się w Walkę ze Złem®, że próbuje rozpłatać rzeczonego dziadunia swoją świetlówką, łamiąc przy tym prawo, przysięgę wierności i Konwencję Genewską o jeńcach. Bo co prawda Anakin urządza tak jakby rzeź swoich współbraci dżedajów, ale prostaczkowie z całej galaktyki generalnie są szczęśliwi, bo przywraca w ten sposób tak wyczekiwany pokój i już żadne X-wingi nie tratują pszenicy. (Czy co oni tam uprawiają. Przyprawę? A nie, to nie ta galaktyka). Bo ci żołnierze, córeczko, nie są ani dobrzy, ani źli. Oni po prostu wykonują rozkazy. Teraz właśnie dostali rozkaz 66 i strzelają w plecy tym, za których przed chwilą gotowi byli zginąć.

Córka ma jeszcze czas, żeby to wszystko próbować zrozumieć, ale już dziś ćwiczy się w dostrzeganiu i nazywaniu zła. Nie abstrakcyjnego Zła® jako strony konfliktu, tylko zła w konkretnym zachowaniu konkretnego człowieka.

Przyjmijmy, że tak właśnie przygotowuję ją na wojnę.


PS. Nie chciałem, żeby wyszło tak patetycznie. Jako depatetyzator polecam film Zwierzogród. Warto obejrzeć z dzieckiem między innymi dlatego, że może trochę tzw. przesłania się młodemu człowiekowi na dnie mózgu osadzi, co zaprocentuje w dorosłym życiu, kiedy podrośnięty mózg będzie umiał podstawić właściwe słowo w miejsce “drapieżnika”.

Potęga niesmaku

U Pratchetta jest taki kawałek o hydrofobach, który znakomicie się nadaje na początek tego posta, ale ponieważ żona ciągle mi mówi, żebym więcej pisał o sobie, to najpierw o sobie. Anegdotka taka bardziej. A żeby się tematycznie kupy trzymało, to też o Pratchetcie.

Jest rok 1995 i jadę do księgarni sprawdzić, czy Blask fantastyczny już się może ukazał. No bo przecież wtedy takie rzeczy się dało sprawdzić tylko w księgarni. Kupić zresztą też. I dlatego małe księgarenki jeszcze istniały i dobrze się miały. Na przykład ta mieszcząca się w pawilonie na jednym z ursynowskich bazarków, który regularnie odwiedzałem, żeby kupić takie niezbędne młodemu człowiekowi towary, jak modele do sklejania, kasety z muzyką i książki. A za ladą rzeczonej księgarni od niedawna stała moja tzw. facetka od historii, która, tak jak wielu nauczających mnie nauczycieli, w sposób jawny nie przepadała za swoją pracą, była wiecznie zirytowana, że jesteśmy głupi, dziecinni i niezainteresowani Bourbonami oraz miewała na lekcjach poważne napady frustracji w temacie, co ja tutaj robię / cóżem ze swoim życiem uczyniła.

Na plus należy jej jednak niewątpliwie policzyć, że na marudzeniu nie poprzestała i spróbowała swoich sił również na innej ścieżce kariery, mianowicie stanęła za rzeczoną ladą księgarnianą. W tym układzie współpracowało mi się z nią o wiele lepiej, sprzedałem jej nawet kiedyś po promocyjnej cenie jeden z dwóch identycznych słowników języka polskiego, którymi szkoła nagrodziła moje tzw. osiągnięcia.

Ale tym razem nie jechałem niczego sprzedać, tylko tego Pratchetta kupić.

Zajeżdżam na bazarek, parkuję rower, wchodzę, dzieńdobram i pytam, czy jest Blask fantastyczny Pratchetta. Facetka od historii jeszcze wtedy w asortymencie słabo  zorientowana, więc potrzebuje dodatkowej specyfikacji artykułu. To jest drugi tom Świata Dysku, mówię zatem. Gmera, gmera i powiada, że nie ma. Ale, dodaje, z takich komputerowych to jest magazyn “Enter”.

I to była pointa, ale po poincie jeszcze epilog: koniec końców facetka od historii wcale nie została księgarzem, tylko dyrektorką naszej szkoły.

*         *         *

No, tośmy się pośmiali, a teraz do rzeczy. U Pratchetta, w “Kolorze magii”, bodajże, jest taki kawałek o hydrofobach, czyli o gościach, którzy tak strasznie brzydzą się wody, że ich od niej odpycha fizycznie. A odpycha tak mocno, że umieszczeni nad powierzchnią jakiegoś akwenu, zawisają w powietrzu, unosząc się na poduszce własnej odrazy. Dzięki temu mogą służyć za rodzaj poduszkowców do rejsów po morzu, czy może raczej: nad morzem.

Dowiadując się o tych dziwach, przybysz z dalekich stron (Rincewind, chyba), dopytuje się:
– A dlaczego oni aż tak nienawidzą wody?
– Nie nienawidzą – odpowiada jego przewodnik. – Nienawiść to siła przyciągająca, tak samo jak miłość. Oni się jej brzydzą.

A piszę o tym dlatego, że w mediach (i w tych społecznościowych, i nie) takiego zdrowego obrzydzenia najwyraźniej brakuje, a zamiast niego jest jakaś wspomniana przed chwilą magnetyczna nienawiść. Jakieś wyciąganie spod kamienia ludzi i wypowiedzi, których najwyraźniej kochacie nienawidzić. A zdrowe obrzydzenie doradzałoby jednak pozostawienie ich pod tym kamieniem.

I ja nie mówię tu o politykach czy innych osobach, które mają jakiś tam wpływ na moje życie, więc mniej więcej powinienem uważać na to, co oni sobie uważają. Mi chodzi o akcje typu: jakiś burak z drukarni pisze maila obrażającego niepełnosprawne dzieci, a jego syn dodaje gratis na FB posta obrażającego rozum i gramatykę. Albo: jakiś pan aktor robi w wywiadzie telewizyjnym akrobacje pt. “To nie ja donosiłem bezpiece na kolegów, tylko on, czyli młody ja, czyli nie ja, ja nie mam z nim nic wspólnego”. Albo jakiś jebnięty proboszcz z maleńkiej pipidóweczki na Podkarpaciu gada na kazaniu jakieś brednie o in vitro czy innym tupolewie. I tym podobne.

No bo co mnie w sumie obchodzi, co ci ludzie sobie myślą i mówią? Nie rządzą moim krajem, nie uczą moich dzieci, nie pierdzą w mojej windzie. Nie mieliby najmniejszego wpływu na moje życie, gdybyście nie odgrzebali ich w jakimś mentalnym rynsztoku i nie wrzucili ich bredni w wielką maszynkę do robienia niusów, która następnie wypluwa mi całe to obrzydlistwo na ekran. I muszę go potem czyścić mentalną ściereczką w postaci słodkich kotków i ładnych pań.

Czy wy tak strasznie tych ludzi nienawidzicie, że aż musicie mi ich ciągle pokazywać? Po co, pytam się ja uprzejmie. Przecież gdyby nie wy, to oni w ogóle by dla mnie nie istnieli. Utonęliby między tysiącami wiejskich parafii, gdzie księża na kazaniu mówią o pannach roztropnych i robotnikach w winnicy, pośród setek drukarzy skupiających się na drukowaniu, a nie gadaniu głupot i między tymi wszystkimi wywiadami, w których aktorzy mówią, jak trudnym doświadczeniem było się wcielić w, ale za to jak się świetnie pracowało z.

I nie mówcie mi, proszę, że tymi ludźmi powinienem się przejmować, bo swoimi wypowiedziami wpływają na opinię publiczną. Jakbyście ich nie nagłaśniali, to by nie wpływali.

Przeto dla dobra mojego, a być może również własnego i ogólnopolskiego – weźcie się brzydźcie.

He, he, he, chemia

Przez większą cześć dzisiejszego dnia męczyło mnie wspomnienie, że wczoraj w łóżku, tuż przed zaśnięciem wymyśliłem żart składający się ze zdjęcia psa palącego marihuanę oraz dowcipnego podpisu. I za diabła nie mogłem sobie przypomnieć, co to żart i co to za podpis. Mgliście kojarzyłem, że w jakimś sensie chodziło tam o słowo “palić” i że musiałem zdecydować, czy lepiej “palił”, czy “spalił”, czy jeszcze jakoś inaczej. Ale na czym stanęło i co w tym miało być śmiesznego – nie miałem pojęcia.

I kiedy już zacząłem podejrzewać, że to wszystko mi się przyśniło, bum! – przypomniałem sobie. A jak sobie przypomniałem, to się szczerze ubawiłem, bo okazało się, że to był suchar chemiczny. A ja bardzo lubię ten gatunek żartów, ponieważ ich ewidentna suchość jest przyjemnie zrównoważona faktem, że są chemiczne.

No więc rzeczony suchar prezentuje się następująco:

wodor.jpg

To wszystko, co miałem dziś Państwu do przekazania.

Dobranoc.

Fryzjer

Wspominałem już Państwu wcześniej, że mimo niepozornego wyglądu, w głębi duszy jestem trendsetterem. I ostatnio swoim czułym trendsetterzym zmysłem wyczuwam jakieś zaburzenia w polu mocy. Chmury mają jakieś dziwne kształty, wiatr inaczej pachnie, nasze wrony uwiły gniazdo wyżej niż zwykle. Mówię Wam, coś się dzieje. Nawet ja poszedłem do fryzjera.

Po raz pierwszy od dwudziestu lat.

Poszedłem m.in. dlatego, że już świra dostaję od siedzenia przez cały urlop wychowawczy z chorymi dziećmi w domu i bardzo potrzebuję pogadać czasem z kimś dorosłym poza żoną. (Chadzam czasem do dentystki, ale tam trudno mi być rozmownym z przyczyn technicznych). Moje dowcipne koleżanki mające większe doświadczenie w byciu matką niż ja poradziły mi zatem, żebym z tego mojego urlopu wyskoczył czasem na ciuszki albo do fryzjera. Że niby pomaga na higienę psychiczną. Sprawdzone info. No to ja do fryzjera, bo taniej.

Udało mi się namierzyć w pobliżu lokal prowadzony przez młodego człowieka budzącego moje zaufanie, udało mi się umówić wizytę, udało się upchnąć dzieci po placówkach i dziadkach, po czym udało mi się wreszcie do tego przybytku grzebienia i nożyc udać. I już miało być fajnie, już on mi miał poopowiadać o tym, jak to jest być fryzjerem w wielkim mieście, a ja jemu o tym, że od lat strzygę się sam, może nie za pięknie, ale jakże skutecznie, wobec czego w przypadku jakiegoś postapo na pewno dam sobie radę, bo nawet paznokcie wojskowym nożem umiem obcinać.  Ale ledwo siadłem na ten taki fotel fajny góra-dół (chyba jeszcze fajniejszy niż u dentysty), kiedy na obiekt weszli komornicy i powiedzieli, że ponieważ zajętego przez nich poprzednim razem łóżka-solarium nikt nie chciał na licytacji kupić, to oni teraz zajmą kanapę i fotele, przy czym z kontekstu wynikało, że “zająć” nie znaczyło tutaj “posadzić pupę”, tylko “położyć rękę”.

No i muszę przyznać, że atmosfera trochę siadła. A i współczynnik rozmowności zauważalnie się obniżył. Tak, że ten. Boję się teraz iść na ciuszki, bo kto wie, co tam się wydarzy. Może lepiej po prostu zostanę w domu i zrobię paznokcie.

Post Navigation

%d bloggers like this: