(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “July, 2016”

Pi-pi-pip

Nie zmyśliłem tego.

Siedzimy sobie w parę osób, coś tam robimy, o czymś rozmawiamy. Ja niby też, ale tylko niby, bo zza tych rozmów i zza tego robienia czegoś dobiega mnie ciche, ale wyraźnie słyszalne pi-pi-pip, pi-pi-pip, pi-pi-pip. Wysoki, piskliwy sygnał mówiący, że jakiś sprzęt elektroniczny potrzebuje, żeby go wyłączyć, przełączyć, coś mu wymienić albo przytulić. Inni w ogóle nie zwracają na to uwagi, ale ja jestem człowiekiem, któremu przeszkadza nawet pisk ładowarki. No, znacie to: akumulatory są już nabite do pełna, ale ładowarka dalej siedzi w gniazdku, więc zaczyna tak cichutko, cieniutko piszczeć. Nie znacie? A mi to nie daje spokoju nawet dwa pokoje dalej. Wmawiam sobie, że to taki dar, jak w “Szóstym zmyśle”. I hear piszczing ładowarkas.

No więc tym razem jest jak każdym innym razem, czyli towarzystwo nie zauważa problemu, a ja już czuję, że nie zaznam spokoju, dopóki nie zlokalizuję źródła tego pi-pi-pip. Zaczynam chodzić po mieszkaniu i szukać. Sprawę trochę utrudnia fakt, że to nie moje mieszkanie. Upewniam się, że nie jest to lodówka ani kuchenka, ani pralka, ani nic przy liczniku prądu. Inni stopniowo odrywają się od swoich rozmów oraz robienia czegoś i przyłączają się do mnie. Ulegam w związku z tym złudzeniu, że oni też słyszą to pi-pi-pi. Ale nie, oni tylko chcą pomóc.

Kiedy mamy sprawdzony już właściwie cały dom (wychynąłem nawet do połowy przez okno, żeby wykluczyć  ewentualny sprzęt nad nim), okazuje się, że pora, żebyśmy wszyscy już szli, bo coś tam. Przez pewien czas jestem tak zaaferowany owym czymś tam, że zapominam o moim pi-pi-pip. Ale kiedy w końcu żegnam się ze wszystkimi i zostaję sam na ulicy, uświadamiam sobie, że pipanie towarzyszyło mi cały czas, również na dworze.

A więc to coś, co mam w plecaku! Zaglądam do środka i sam siebie zaskakuję ilością elektroniki, którą dźwigam. Telefon i zegarek to zrozumiałe, ale pilot do telewizora? Listwa antyprzepięciowa? Wszystko po kolei oglądam i przykładam do ucha, ale za każdym razem przeklęte pi-pi-pip zdaje się rozlegać gdzieś obok. Tuż obok.

Wściekły i zmęczony postanawiam zajść do kolegi, bo akurat blisko jestem. Kolegę zastawam, kolega mnie wpuszcza, u kolegi wywalam wszystko z plecaka i kieszeni i zaczynam sprawdzać od nowa. Pipanie jest coraz głośniejsze. Znowu wszystko przykładam do ucha, próbuję powyłączać, powyjmować baterie, ale nie zawsze się udaje, bo czasem pokrywka jest przykręcona małą śrubką, zwłaszcza w zabawkach dla dzieci. Nawet nie zastanawiam się, po co właściwie taszczyłem ze sobą zabawki dla dzieci, tylko podważam klapkę, wyłamuję ją i wywalam baterie. Pi-pi-pip nie ustaje.

Zniechęcony wstaję znad kupki rozbebeszonych sprzętów, z których żaden nie ma już prawa być źródłem pipania. Kolega spogląda na mnie z troską i wysnuwa nieuchronny wniosek.
– Stary, jeśli wszędzie słyszysz pipanie, a nie pipa nic, co masz przy sobie, to znaczy, że pipa ci w głowie…

No, w sumie trudno się z taką żelazną logiką nie zgodzić. Czyli super, mam omamy słuchowe. Z jednej strony fajnie, bo wreszcie znalazłem źródło przeklętego dźwięku, ale z drugiej to jednak przejebane… Różne rzeczy mi się już z mózgiem działy, ale coś takiego… Będę musiał teraz na każdym formularzu medycznym w rubryce “halucynacje” zaznaczać opcję “tak”. Cholera.

Kolega próbuje mnie pocieszać, że to może z przemęczenia, z niedospania, że to minie, ale ja już myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej dostać się do lekarza. Dzisiaj jest czwartek, na piątek na pewno nie uda mi się zapisać, potem weekend, w poniedziałki nie przyjmuje… Czyli najwcześniej we wtorek. Przecież nie będę się tyle dni męczył z tym pieprzonym pi-pi-pip! Żegnam kolegę i pędzę do domu. Może rzeczywiście, jeśli się zrelaksuję, wyśpię… Na razie próbuję jakoś oswoić coraz głośniejsze pipanie. Może jeśli będę nucił jakąś melodię, która będzie miała akcent na pierwsze “pi”, będzie łatwiej wytrzymać? Próbuję dobrać odpowiedni rytm, ale mi się nie udaje.

*      *      *

W końcu, całkiem już wymęczony, budzę się i wyłączam ten jebany budzik, który od 56 minut robi pi-pi-pip.

Odzież z orzełkiem

Tak się zastanawiam – dlaczego ta twoja koszulka ma biało-czerwoną opaskę nadrukowaną na ramieniu?

Nie no, jasne, widzę, że jesteś patriotą. Wielkimi literami masz to na piersi napisane. Ale ja pytam, dlaczego na ramieniu.

Powstańcy? Że niby warszawscy? Ale im te opaski były potrzebne, bo nosili mundury zabrane Niemcom. Jakoś musieli się od nich odróżniać. A ty od kogo chcesz się odróżnić? Mi się takie znakowanie ludzi opaskami kojarzy bardzo niedobrze. Pewnie się interesujesz historią, to sam wiesz, z czym.

szwadrony_polskie

Ja się historią nigdy specjalnie nie interesowałem, licząc na wzajemność. I rzeczywiście, dotychczas się jakoś o mnie nie upominała. Ale widać każde pokolenie ma swój czas i boję się, że nasz właśnie nadchodzi.

Historią się nigdy specjalnie nie interesowałem, ale parę rzeczy ze szkoły udało mi się zapamiętać. Na przykład to, że ona, ta historia, lubi się powtarzać. I obawiam się, że znowu zamierza to zrobić. Nie sama, oczywiście. Wy jej w tym pomożecie.

Jak to, kto? No wy, chłopaki z husarią i żołnierzami wyklętymi na piersi.

Nie złość się. Ja też jestem Polakiem. Ten orzeł, co go masz tam wyhaftowanego, to też mój orzeł. W dowodzie go mam i na pieniądzach go mam. Lubię kupować dzieciom banany za pieniądze z orłem białym. Bo kiedy sam byłem dzieckiem, płaciło się za nie dolarami. Albo bonami.

Pewnie, że nie wiesz, co to takiego. Za młody jesteś. Parę lat temu myślałem, że nigdy się nie dowiesz, że będziesz w euro płacił. Teraz nie jestem już taki pewien.

filcowy-rycerz

No więc obaj mamy tego samego orła, ale ja myślę, że nie gramy w tej samej drużynie. Nad twoim orłem jest napisane “Śmierć zdrajcom ojczyzny”. I ja nie bardzo wiem, kto jest dla ciebie takim zdrajcą, ale mniej więcej wiem, co to jest śmierć. I nie jest to chyba najgorsza rzecz, która może nam się przydarzyć, jeśli się weźmiecie za tych zdrajców.

Ty pewnie o tym nie wiesz, ale myślę, że grasz w jednej drużynie nie ze mną, ale ze wszystkimi innymi chłopakami od orłów i lwów, z chłopakami z całej Europy. Ja wiem, że przynajmniej część z nich to twoi śmiertelni wrogowie. Bo wam się pewnie wydaje, że popychacie świat w zupełnie przeciwnych kierunkach. Ale przypuszczam, że wcześniej czy później, dzięki waszym wspólnym wysiłkom, spotkamy się wszyscy w jednym miejscu. I będzie to cholernie nieprzyjemne miejsce.

Może wtedy twoje dzieci będą mogły już na poważnie nosić te biało-czerwone opaski. Może nie będą już musiały bawić się w paintballa i grupy rekonstrukcyjne. Może dla nich namalowanie na murze kotwicy Polski Walczącej będzie rzeczywiście wymagało odwagi. Kto wie? Może zostaną bohaterami i same kiedyś trafią na jakąś koszulkę?

Może tobie właśnie taka przyszłość się marzy? Bo ja to bym jednak wolał Unię Europejską, święty spokój i wodę w kranie. Może nawet być zimna.

Nie wiem, jak będzie, ale czarno to wszystko widzę. Bo, co prawda, historią nigdy się specjalnie nie interesowałem, ale coś mi tam ze szkoły w głowie zostało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zapomniani uczeni rosyjscy: Ilja Siergiejewicz Ofsajdow

Ilja Siergiejewicz Ofsajdow – wybitny radziecki trener i teoretyk futbolu, ze względu na swoją przebiegłość i zamiłowanie do forteli nazywany Liskiem Chytruskiem Zielonej Murawy. Do historii przeszedł jego najsłynniejszy manewr, tzw. pułapka Ofsajdowa, której celem było uniemożliwienie wrogiemu napastnikowi napaści. Pierwszy raz selekcjoner drużyny Kraju Rad zastosował ją w 1968 r. w meczu przeciwko Holendrom. Na dany w odpowiednim momencie znak sowieccy obrońcy ruszyli w pole, pozostawiając strzelca z Krainy Tulipanów sam na sam z dużą ilością trawy. Zdezorientowany Niderlandczyk wyciągnął z pomarańczowych majtasów bibułkę i zanim piłka do niego doleciała, był już kompletnie spalony. Z Anglikami w 1972 r. Ofsajdow pograł sobie jeszcze podlej. “Wody z czajnika odlej” rzekł cichcem do asystenta, kiedy zbliżał się, tak uroczyście celebrowany przez synów Albionu, five o’clock. Imbryk wyspiarzy pozostawiony jedynie z cienką warstewką życiodajnego płynu na dnie, nie miał szans. Rozległ się cichy gwizd i był spalony. Wraz ze zwęglony saganem, potomkowie króla Artura utracili też ducha bojowego.

A dlaczego w ogóle o tym piszę? Otóż, z powodu, że Garfield. Gruby, pomarańczowy sierściuch stworzony przez Jima Davisa.
Garfielda znam od dziecka i bardzo go wtedy lubiłem. Jako dorosły też czasem do niego zaglądałem, szczególnie w okolicach jego urodzin, które wypadają tuż obok moich. Lubiłem sobie poczytać pojawiające się wtedy na Garfieldowej stronie www paski o starości.
Ale znacznie bardziej od kota lubię jego właściciela, Jona Arbuckle’a. Jako totalna pierdoła na każdej płaszczyźnie, ze szczególnym uwzględnieniem damsko-męskiej, miał on okazję rozmawiać z żywą kobietą niemal wyłącznie podczas wizyt u pani weterynarz, Liz Wilson. Podkochiwał się w niej oczywiście i na wszelkie sposoby starał się z nią umówić. Pierwsze próby podejmował już w 1979, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było. Próbował nadal, kiedy szedłem pierwszy raz do szkoły. A także później, kiedy sam pierwszy raz usiłowałem zwrócić na siebie uwagę atrakcyjnej przedstawicielki płci przeciwnej. I wiele lat później, kiedy pierwszy raz mi się to udało. A kiedy w końcu poznałem swoją przyszłą żonę, on nadal próbował. Jego beznadziejne starania zdobycia serca Liz były dla mnie stałym elementem krajobrazu.
Aż w końcu pewnego dnia, po 27 latach, Jim Davis ulitował się nad swoim bohaterem i sprawił, że Liz odwzajemniła jego uczucia. Od 10 lat są parą*. I powiem Wam, że sam się zdziwiłem, jak bardzo mnie ten fakt ucieszył.

I w zasadzie identycznie mam ze znakomitym występem naszej reprezentacji na ME.Bo nawet jeśli ktoś, tak jak ja, piłką zupełnie się nie interesuje, to mieszkając w tym kraju, musiał być świadkiem trwającego od dziesięcioleci opłakiwania naszej utraconej świetności. A tu nagle, pierwszy raz za mojej pamięci, znowu jesteśmy świetni.

garfield
PS. Nie zmienia to faktu, że wszystko to, co dzieje się wokół piłki (kluby, działacze, sponsorzy, łapówki, teatrzyki faulowe, o kibicach nie wspominając) postrzegam jako straszny syf. I dlatego, na wypadek, gdyby kiedyś moje dzieci miały zainteresować się piłką, rozważam ufundowanie im drużyny, która przynajmniej częścią tych wad ma nie być obciążona. O, tej:
https://polakpotrafi.pl/projekt/klub-sportowy-aks-zly

________________
*I oczywiście mają ciągle tyle samo lat, co w ’79, bo to komiks jest.

Post Navigation

%d bloggers like this: