(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the month “January, 2017”

Po świątyni Kalliopy drepcą me w sandałach stopy

Działo się to wiosną zeszłego roku. Większość poniższego tekstu napisałem właśnie wtedy, na świeżo, ale nie dokończyłem, bo coś, i nie opublikowałem aż do teraz. I wielka szkoda, bo gdybyście historię poznali wtedy, a epilog dopiero dzisiaj, to byłoby pierdolnięcie, a tak to jest jedynie tani lans. Trudno.

A było to tak. Pięknego wiosennego dnia wstałem-zjadłem, ubrałem-się-umyłem, po czym popedałowałem jedną nogą (bo druga aktualnie była zepsuta) na PGE Stadion Narodowy. Rower zostawiłem pod bramą, wkuśtykałem po tych wielkich schodach, co je tam na moją zgubę pobudowali i poszedłem do toalety, żeby się przebrać w elegancką odzież (#jaksuperman). Czyli konkretnie zdjąłem wytarte i pomięte ciuchy, w których jeżdżę na rowerze i włożyłem wytarte i pomięte ciuchy, które wyglądają, jakby celowo były wytarte i pomięte, bo taki nosiciel ma styl. A przynajmniej mam nadzieję, że tak wyglądają.

Oraz przygładziłem włosy.

Podobając się sobie po tych zabiegach bardzo, podszedłem do rejestracji Warszawskich Targów Książki i powiedziałem, że jestę poczytnym autorę i poproszę identyfikator. Protip na przyszłość: nie legitymują, do razu dają (#lifehack). Wszedłem, usiadłem przy stoliku i wyciągnąłem długopis, bo w planie było podpisywanie książki, która jakoś tam też jest trochę moja.

Podpisywanie trwało dwie godziny i było przesympatycznie. No bo, wiecie, ludzie przychodzą z książką i mówią, że fajna, dzieci patrzą na ciebie z zachwytem, dziewczęta ukradkiem wsuwają ci w dłoń klucze do swoich pokoi hotelowych, młodzieńcy mówią, że jak dorosną, to chcą być tobą, nobliwe matrony zachwalają cnoty swoich córek na wydaniu, szejkowie kuszą petrodolarami za prawa do ekranizacji i tak dalej.

Naprawdę i na serio, było bardzo miło. Na dowód przedstawiam zdjęcie, na którym w doborowym towarzystwie uśmiecham się błogo:

targi-ksiazki

Pierwszy raz wstawiam na Kompostowni zdjęcie twarzy, więc chyba mogę się już całkiem zdemaskować. Nazywam się Wojtek. Skończyłem XVII LO A. Frycza-Modrzewskiego w Warszawie, o czym wszystkim przypominam przy każdej okazji. Kiedy tylko mogę, chodzę boso, a kiedy nie mogę, bo muszę być elegancki, to zakładam koszulę z krótkim rękawem. Noszę okulary. W dzieciństwie chciałem być Indianinem.
Źródło zdjęcia: http://biblioteki-szkolne.blogspot.com/2016/05/bso-na-warszawskich-targach-ksiazki.html

Nie mam natomiast zdjęcia dowodzącego, że rzeczywiście byłem na Stadionie Narodowym, choć już wiem, jak takie się robi. Podsłuchałem bowiem młodego człowieka tłumaczącego drugiej młodej człowiekowi, że należy skierować obiektyw na płytę boiska (żeby było wiadomo, że to TEN stadion), jednocześnie wsadzając w kadr kawałek swojej ręki, na dowód, że to zdjęcie własne, a nie z netu. Tak też młoda człowiek zrobiła, składając przy tym palce w znak “V”, co wywołało u młodego człowieka pomruk dodatkowego uznania.

Ale kiedy podpisywanie się skończyło i zrobiłem sobie rundkę po stoiskach, to poczułem się cokolwiek nie na miejscu. No bo, heloł, co ci wszyscy ludzie mają z tymi książkami? Tłoczą się, przepychają i ekscytują ponad miarę, a oczy im się przy tym błyszczą jak fikuśnie piercingowanemu psu jaja. I kupują te książki siatami całymi, tachają do domu, nie wiem, po co, na przetwory może? A do jednego pana autora to była wielka kolejka przez 5 stoisk, dwa razy dłuższa niż do Grocholi nawet, a mi ten pan autor nic nie mówił. Ani jego twórczość, ani twarz, ani nazwisko. Z grupą kolarską Supradyn Witaminy się tylko kojarzył.

No bo szczerze, to ja z książkami od paru lat tak raczej nie bardzo (dlaczego tak jest, to temat na osobny wpis). W ubiegłym roku może z 8 przeczytałem, z czego większość córce. I powiem, że naprawdę trochę głupio przychodzić do tej PGE Świątyni Literatury jako pan autor, czyli jakiś w sumie taki trochę kapłan tej świątyni, albo ministrant przynajmniej, kiedy samemu się nie czyta.

Więc żeby jakoś ratować twarz, podreptałem nerwowo w kółko i kupiłem co następuje:

  • książkę kolegi, no bo skoro wziął i napisał, to trzeba,
  • jedną książkę dla mamy i drugą dla teściów, bo oni wszyscy chyba czytają (no, w każdym razie wiem, że umieją),
  • Konstytucję RP dla siebie, bo to przynajmniej krótkie jest i nie ma opisów przyrody, a poza tym słyszałem, że ma być niedługo sequel, więc chciałem sobie przypomnieć, co tam było wcześniej.
  • książkę dla dzieci, bo podobno jak im nie będę czytał 20 minut dziennie, to się wyda, że jestem chujowym ojcem.

A ponieważ dłużej już naprawdę nie mogłem wytrzymać między tymi wszystkimi stoiskami ze strawą duchową, to uciekłem na płytę boiska, gdzie stali ludzie z planszówkami. Tam było lepiej, bo chłodniej i ludzi jakoś mniej, ale w sumie to ja z planszówkami mam podobnie jak z książkami. W sensie nie gram, ewentualnie od czasu do czasu w coś tam z córką. Ale przypomniało mi się, że w dzieciństwie strasznie jarało mnie rysowanie plansz, wycinanie kart i układanie zasad. No i na fali tej nostalgii pomyślałem sobie, że chuj, skoro da się książek nie czytać, tylko pisać, to może i da się w gry nie grać, tylko je układać.

Kupiłem jedną grę (dla córki) i poszedłem do domu.

EPILOG:
Noga się zasadniczo zaleczyła.
Konstytucji ciągle nie doczytałem do końca.
W zeszłym tygodniu Pewne Poważne Wydawnictwo zgodziło się wydać moją grę.

SOR

Z synem coś było nie halo, więc zabrałem go do pani doktor. Bywamy u niej często i w sumie to muszę kiedyś zagadać, czy nie pozwoliłaby nam zamieszkać u siebie w jakiejś komórce pod schodami czy coś, bo co ja tak będę ciągle jak głupi jeździł wte i nazad. Pani doktor potwierdziła moją wstępną diagnozę, że z synem jest coś nie halo, a ponieważ ta niehalość miała charakter nawracający, to posłała nas do szpitala na SOR, żeby nam tam zrobili niehalografię, a w razie potrzebny położyli na oddział i leczyli. No to dzwonię do żony, że halo, z dzieckiem nie halo, niehalość nawracająca, zbieraj się, grażynko, kierunek szpital. A potem drugi telefon do taty, że z dzieckiem młodszym nie halo, szpitalu halo witaj nam i czy mógłby ode mnie zabrać to starsze, bo mi w tej chwili niepotrzebne, a nawet zawadzać będzie, to lepiej może niech sobie posiedzi z dziadkami, pokoloruje jednorożce, wyżre wszystkie żelki ze spiżarki i scementuje więź międzypokoleniową.

No i czy wy widzicie, jakie to jest niesamowite?! Dwa prztyknięcia tym takim śmiesznym telefonem, co się w kieszeni mieści i już na dwóch końcach miasta odpalają dwa silniki i nadjeżdża odsiecz! Kurwa, jakbym o tym opowiedział Napoleonowi, to by mi nie uwierzył, że takie rzeczy możliwe oraz dodałby coś po francusku, a ja bym nie zrozumiał. W czasach Napoleona to ja bym z tym dzieckiem zapierdalał saniami po śniegu (bo efekt cieplarniany jeszcze niewynaleziony byłby) i to nie do szpitala, tylko do jakiegoś lekarza powiatowego od puszczania krwi. I to sam, bo żona by była nieżywa od dawna na jakąś zarazę, a tata na niezoperowane serce. A nie, w sumie to nie jechałbym, bo przecież bez antybiotyków to bym dzieci już nie miał. No więc, powtarzam, to wszystko jest totalnie niesamowite, ale już przywykliśmy. Więc żona tylko pakuje kanapki, a ja wygodne japonki na zmianę, bo wiemy, ile się na SORze czeka, i jedziemy.

Szpital nowiutki, pachnący, wykładzina lśni aseptycznie, kanapy w poczekalni spoglądają zapraszająco, tylko pacjenci jacyś nie w sosie. To znaczy rodzice pacjentów, bo same dzieci to w większości mają wyjebane i ganiają się radośnie po pokojach. Tak jest, po POKOJACH. Liczba mnoga. Mamy ich do dyspozycji cztery: poczekalnia z kanapami, bawialnia z książkami, przewijalnia z przewijakami i polegiwalnia z pufami. W rejestracji mówią, że na wejście do gabinetu trzeba będzie poczekać ze cztery godziny, no ale chuj, przecież jak ktoś codziennie dwie godziny stoi w korku, to chyba może raz do roku poczekać cztery? Zwłaszcza że, jak wynika z moich obliczeń, każdą godzinę można spędzić w osobnym pokoju.

Do gabinetu wchodzimy w końcu po jakichś pięciu i pół, bo ciągle przepuszczali przed nas kogoś, kto połknął igłę albo co. No ale to zrozumiałe chyba. A w gabinecie siedzi lekarka, która skończyła te trudne i długie studia właśnie dla takich chwil jak ta, kiedy przed północą ogląda nasze dziecko, z którym coś nie halo. I uśmiecha się do niego. I posyła na wypasionego rentgena najnowszej generacji, który okazuje się być w chuja wielką i skomplikowaną maszyną, która pokazuje niezbicie, że wcale nie jest z naszym synem tak nie halo, jak się wszystkim wydawało i kocham ją za to. Więc jedźcie, państwo, do domu, łykajcie, wziewajcie, skontrolujcie się za parę dni.

No i co prawda w tej poczekalni jak zwykle dostaliśmy gratis jakiegoś rotawirusa, i żona z synem spędzili dzisiejszą noc puszczając tzw. wielorybki, no ale hej, niech to nie przysłoni pozytywnego wydźwięku przytoczonej historii pełnej niezawodnych dziadków, dyżurujących lekarzy i sprzętów typu future-is-now.

Bystrzy jesteście, więc pewnie już się domyślacie, do czego zdążam. Ten wpis mógłby przecież brzmieć: “Ale chujowy Sylwester 😦   Najpierw 7 godzin na SORze, a potem rotawirus. 2016 roku, idź już sobie!”

I zdradzę wam sekret. Marne szanse, żeby nadchodzący rok był jakoś wyraźnie lepszy od mijającego. Ale życzę wam, żeby sprawił wam dużo radości.


PS. To czysty przypadek, że ten kompost wychodzi niemal równocześnie z inną opowieścią o SORze. Sprzeczności nie widzę. Nasza służba zdrowia jest, rzekłbym, korpuskularno-falowa. I na trytki, i cudowna.

Post Navigation

%d bloggers like this: