Dziki

O ile tylko rodzina nie choruje, to przedpołudnia są dla mnie czasem wielkiej produktywności. Żona w pracy, dzieci w placówkach, a ja siedzę przed komputerem i jedną ręką jem, drugą zarabiam na życie, trzecią przeglądam fejsa, a czwartą przypominam sobie, że miałem wstawić zmywarkę, a nie wstawiłem. I tak to się toczy spokojnie, chyba że zadzwoni telefon.
– Halo – mówię.
– Ja ciebie bardzo Wojtek przepraszam! – woła po drugiej stronie linii Henrique, mój wymyślony przyjaciel z Mozambiku. – Ja wszystkich Polaki przepraszam! Ja was źle oceniałem! To pewnie przez to, że ja tam u was w te psi kupy na chodnik ciągle wdeptywałem i że mnie wasze kibice brudasem raz nazwały. Ale to nic, to nic, ja już teraz rozumiem, jaki wy wielki naród! Ile wy wycierpiały, ile my wam wszyscy dużo zawdzięczamy!
– Henrique, mordo, o czym ty w ogóle do mnie rozmawiasz? – pytam dla podtrzymania konwersacji.
– No jak, o czym? Jak, o czym? – gotuje się z drugiej strony słuchawki. – Widziałem “Niezwyciężonych”! Ten film, który wy w IPN zrobili! To jest wspaniała kinematografia! To jest klasa sama w sobie! Tam nawet Sean Bean dożywa do końca filma! No i pomyślałem, ja muszę znowu do tego kraja przyjechać! Odkryć go na nowa!
– Fajnie – mówię. – Cieszę się, przekażę rodakom.
– I jeszcze te króliki! – entuzjazmuje się Henrique. – Ja widziałem na filmie te wasi króliki! Jak one alkohol nie piją, zdrowo jedzą, nie stresują się! Jak po prostu uwielbiam króliki!
Aż głos mu się łamie, tak kocha te króliki.
– Dobra, stary – mówię. – Wiesz, że zawsze masz u mnie kąt koło kaloryfera, bo na kanapie to my z żoną śpimy, więc jak będziesz w Europie, to wpadaj.
– No właśnie, właśnie! To odbierzesz mnie z terminala?
– Co?
– No bo ja już jestem!
– Co?
– No, normalnie! Leciałem na safari, ale w hali odlotów w Maputo puszczali te wasi filmy i ja poczułem impulsa i przebukowałem lota.
– Co?
– No czego ty nie rozumiesz? – denerwuje się Henrique. – Leciałem na safari, polować na słonie, ale zamiast tego poleciałem do Polski.
– Safari? – próbuję pozbierać myśli. – TY wybierałeś się na safari?
– Nie bądź pieprzoną rasistą! – obrusza się Henrique. – Że niby jak jestem czarny, to nie mogę? No dobra, to obierasz mnie czi nie?

Pół godziny później jedziemy taksówką z Henrique, jego czterema walizkami, namiotem, sztucerem, dwiema dzidami, maczetą, czymś, co wygląda jak sieć rybacka, bardzo dużym nożem myśliwskim i dmuchanym pontonem.
– Dobra, chłopie – mówię. – To ja cię teraz wpuszczę do mieszkania, a sam jadę po dzieci do placówek. Zostaw ten swój cały sprzęt w wózkarni, rozgość się, odpocznij po podróży, pogadamy potem.

Ale przecież Henrique nie z tych, co po podróży odpoczywają i kiedy wracam z dziećmi, dawno go już nie ma. Tylko korniszony wszystkie ze słoika wyżarł, bo lubi, a w Mozambiku podobno nie mają. Dzwoni dopiero przed północą, kiedy cała rodzina śpi, a ja oglądam YouTube’a i czytam Wikipedię, bo ktoś musi przecież.
– Wojtek przyjeżdżaj! Ja sam tego dzika do domu nie zatargam! – woła rozentuzjazmowany.
– Co, kurwa? – dziwię się uprzejmie.
– No dzik! Czemu nie mówiłeś, że macie tu takie srogie bestie?
– Henrique, ty chory pojebie, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ganiasz nocami po moim mieście i strzelasz do dzików?!
– Nie ganiam – odpowiada z wyższością. – Zasadzam się.

Tym razem zasadził się, jak się okazuje, w krzakach na tyłach Biedronki gdzieś na Gocławiu. Kiedy tam dojeżdżam, robi sobie właśnie selfie na tle pokaźnych rozmiarów martwego odyńca.
– I co ty najlepszego narobiłeś? – załamuję ręce.
– No o co ci chodzi? – Henrique jest autentycznie zdziwiony. – Mięso!
– No ale tak mordować niewinne zwierzę? Przecież on tu pewnie gdzieś miał swoją loszkę, może warchlaczki jakieś? Wieczorami chodził z kolegami poryć, miał jakieś hobby, jakieś plany, marzenia… A ty mu tak kulę w łeb? Jak mogłeś, Henrique, jak mogłeś?
– No tak! – wykrzykuje oburzony Henrique – Bo przecież zwierzęta, który TY zjadasz, zabija dla ciebie kto inny! Typowa mentalność białego człowieka…
– Ej! Bez takich! – obruszam się. – Jest różnica między zabijaniem dla jedzenia a zabijaniem dla przyjemności!
Henrique wymownie spogląda na mój brzuch dobrze odżywionego pana pod czterdziestkę.
– Przynajmniej połowa tego, co zjadasz jest dla przyjemności – śmieje się.
A widząc moją zawstydzoną minę, dodaje pojednawczo:
– Chodź, zapraszam dzisiaj na golonkę z dzika w piwie “Żubr”.

Golonka okazuje się przepyszna, ale nawet z pełnym brzuchem nie mogę pogodzić się z tym, że mój egzotyczny przyjaciel (nawet wymyślony) bez skrępowania morduje niewinne stworzenia na ulicach miasta stołecznego Warszawy. A skoro ja nie mam moralnego mandatu, żeby prawić Henrique kazania, to muszę znaleźć kogoś, kto ma.
Na szczęście Błażej, wegański książę Mokotowa, mieszka niedaleko i nie trzeba go dwa razy prosić.
– Dobra, to gdzie ten twój Afromozambijczyk? – pyta od razu, gdyż jest zarówno człowiekiem czynu, jak i wielkiej poprawności politycznej.
– Wydaje mi się, że miał dziś podchodzić pawie w Łazienkach Królewskich – mówię pełen nowej nadziei.

Istotnie, odnajdujemy go w gęstych zaroślach w pobliżu Starej Pomarańczarni. Pawie przechadzają się po trawniku, kompletnie nieświadome niebezpieczeństwa. Jeśli szybko czegoś nie zrobimy, podzielą los dwóch tłustych wiewiórek bez skórek, które już zdążyły trafić do myśliwskiej torby.
– Proszę pana – zaczyna Błażej. – Ja rozumiem, że są między nami pewnie różnice kulturowe, ale to, czego się pan tutaj dopuszcza to bestialstwo. Te biedne zwierzęta…
– A pan nie jesz mięso? – pyta Henrique, nie odrywając oka od lunety sztucera.
– Otóż nie – oświadcza Błażej z godnością. – Nie jem trupów.
– Ryb też nie?
– Ryb też. Ani jajek, ani mleka – Błażej zaczyna się rozkręcać. – Zwrócił pan uwagę, że człowiek to jedyne zwierzę, które pije mleko innego gatunku?
– I jedyne zwierzę, które szczotkuje zęby i spuszcza po sobie wodę – uśmiecha się Henrique. Unosi w końcu wzrok znad lufy i przygląda się bacznie Błażejowi.
– Widzę u pana biała sierść na spodnie – zauważa.
– Mam kota – wyjaśnia Błażej nieco z bity z tropu.
Henrique kiwa ze zrozumieniem głową i ponownie przykłada oko do lunety.
– Widzisz pan tego pawia? – pyta. – On miał dobre życie. Chodził po piękny ogród, dostawał więcej ziaren niż dał radę zeżreć i ganiał za samicami, ile chciał. Śmierć też będzie miał szybka i bezbolesna. A wiesz pan, ile się wycierpiały te małe kurczaczki z kurzej fermy, którymi pan karmisz swoja kicia?
Pada strzał.

Jest północ. Siedzę i gapię się bezmyślnie w ekran.
Rodzina śpi.
Henrique gdzieś na Służewcu Fabrycznym zastawia sidła na jeże.
Błażej przestał się do mnie odzywać.
Paw okazał się smakować jak indyk.
Biorę głęboki oddech. Nie chciałem, żeby do tego doszło, ale skoro wszystko inne zawiodło, pora na broń ostateczną.
Piszę do Jadwini.

Następnego dnia odnajdujemy mojego mozambikańskiego przyjaciela przyczajonego w rowie melioracyjnym na obrzeżach Miasteczka Wilanów.
– Henrique – mówię. – Chcę, żebyś poznał moją koleżankę Jadwinię.
– Brzydzę się tobą – Jadwinia od razu przechodzi do konkretów.
Henrique przewraca oczami i spogląda na mnie z niesmakiem.
– Ta też nie je mięsa? – pyta.
– Ani trochę – potwierdzam.
– Nie nosi nic skórzanego?
– Nawet tatuaże ma wegańskie.
W odpowiedzi na zdziwione spojrzenie Henrique’a, Jadwinia wyjaśnia:
– Wykonane tuszem niezawierającym węgla kostnego ani gliceryny, robione przez tatuażystę-weganina w rękawiczkach produkowanych bez użycia kazeiny.
– Masz psa albo kota? – próbuje Henrique.
– Nie, mam świnki morskie – odpowiada dumnie Jadwinia. Ma ich dwanaście. Punkt dla niej, bo świnki przecież nie jedzą mięsa. Dlatego Jadwinię, jak mi kiedyś wyznała, uspokaja myśl, że jeśli kiedyś umrze w samotności, to przynajmniej własna trzoda nie zeżre jej zwłok.
– I pewnie myślisz, dziecko, że jak jesz ta swoja pszenica…
– Nie jem pszenicy – protestuje Jadwinia.
– Gluten – wyjaśniam usłużnie.
– No dobra, to jak jesz te swoje kukurydza i cieciorka, to żadne zwierzątko nie ginie? – pyta Henrique, podnosząc się z rowu. Wzrok ma skupiony na czymś po drugiej stronie ulicy. – Myślisz, że można przejść przez życie, nie krzywdząc innych stworzeń? Nie wiesz, że te twoje roślinki rosną na polach, na których kiedyś rósł las i go wycięli razem ze wszystkimi mieszkańcami? Że na tych polach kombajny rozjeżdżają małe myszki? Że potem inne myszki dostają trutka, żeby nie zeżarły ta kukurydza w magazynach? Czy ty zdajesz siebie sprawa, ile małych myszek oddało życie za jeden twój cieciorkoburger? – kończy dramatycznie i w skupieniu oddala się w stronę niewidocznego dla nas celu po drugiej stronie jezdni.

Siedzimy we dwoje na opustoszałym placu zabaw.
– Boże, jaki ten świat jest straszny! – chlipie Jadwinia.
– Potworny – potwierdzam. – Wychodzi na to, że palcem nie możesz ruszyć, żeby nie skrzywdzić jakiegoś stworzonka…
Wbijam wzrok w ziemię. Powierciłbym z tego smutku stopą w piasku, ale cholera wie, czy tam nie ma jakiejś dżdżownicy.
– I co my możemy zrobić? – Jadwinia podnosi na mnie wielkie, wilgotne oczy.
– Bo ja wiem? Chyba minimalizować straty – mówię niepewnie. – Starać się tak żyć, żeby jednak zadawać innym jak najmniej cierpienia. Spróbować uczynić ten świat chociaż troszeczkę lepszym.
– I bardzo dobrze! – Henrique wynurza się zza zjeżdżalni niosąc na ramieniu rude truchło z puszystym ogonem. – Róbcie ten świat lepszym! Tylko – spogląda na nas surowo. – nie moimi czarnymi rękami!
Po czym dodaje już weselszym tonem:
– Komu comber z lisa?

Advertisements

3 thoughts on “Dziki

  1. HAHAHAHAHA, genialne!!! Piękne wypunktowanie hipokryzji wegan i wrogów łowiectwa. Ogromny plus za poczucie humoru, tekst czyta się naprawdę przyjemnie, a i rozsądne przemyślenia się pojawiają.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s