(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “jestem ojcem”

SOR

Z synem coś było nie halo, więc zabrałem go do pani doktor. Bywamy u niej często i w sumie to muszę kiedyś zagadać, czy nie pozwoliłaby nam zamieszkać u siebie w jakiejś komórce pod schodami czy coś, bo co ja tak będę ciągle jak głupi jeździł wte i nazad. Pani doktor potwierdziła moją wstępną diagnozę, że z synem jest coś nie halo, a ponieważ ta niehalość miała charakter nawracający, to posłała nas do szpitala na SOR, żeby nam tam zrobili niehalografię, a w razie potrzebny położyli na oddział i leczyli. No to dzwonię do żony, że halo, z dzieckiem nie halo, niehalość nawracająca, zbieraj się, grażynko, kierunek szpital. A potem drugi telefon do taty, że z dzieckiem młodszym nie halo, szpitalu halo witaj nam i czy mógłby ode mnie zabrać to starsze, bo mi w tej chwili niepotrzebne, a nawet zawadzać będzie, to lepiej może niech sobie posiedzi z dziadkami, pokoloruje jednorożce, wyżre wszystkie żelki ze spiżarki i scementuje więź międzypokoleniową.

No i czy wy widzicie, jakie to jest niesamowite?! Dwa prztyknięcia tym takim śmiesznym telefonem, co się w kieszeni mieści i już na dwóch końcach miasta odpalają dwa silniki i nadjeżdża odsiecz! Kurwa, jakbym o tym opowiedział Napoleonowi, to by mi nie uwierzył, że takie rzeczy możliwe oraz dodałby coś po francusku, a ja bym nie zrozumiał. W czasach Napoleona to ja bym z tym dzieckiem zapierdalał saniami po śniegu (bo efekt cieplarniany jeszcze niewynaleziony byłby) i to nie do szpitala, tylko do jakiegoś lekarza powiatowego od puszczania krwi. I to sam, bo żona by była nieżywa od dawna na jakąś zarazę, a tata na niezoperowane serce. A nie, w sumie to nie jechałbym, bo przecież bez antybiotyków to bym dzieci już nie miał. No więc, powtarzam, to wszystko jest totalnie niesamowite, ale już przywykliśmy. Więc żona tylko pakuje kanapki, a ja wygodne japonki na zmianę, bo wiemy, ile się na SORze czeka, i jedziemy.

Szpital nowiutki, pachnący, wykładzina lśni aseptycznie, kanapy w poczekalni spoglądają zapraszająco, tylko pacjenci jacyś nie w sosie. To znaczy rodzice pacjentów, bo same dzieci to w większości mają wyjebane i ganiają się radośnie po pokojach. Tak jest, po POKOJACH. Liczba mnoga. Mamy ich do dyspozycji cztery: poczekalnia z kanapami, bawialnia z książkami, przewijalnia z przewijakami i polegiwalnia z pufami. W rejestracji mówią, że na wejście do gabinetu trzeba będzie poczekać ze cztery godziny, no ale chuj, przecież jak ktoś codziennie dwie godziny stoi w korku, to chyba może raz do roku poczekać cztery? Zwłaszcza że, jak wynika z moich obliczeń, każdą godzinę można spędzić w osobnym pokoju.

Do gabinetu wchodzimy w końcu po jakichś pięciu i pół, bo ciągle przepuszczali przed nas kogoś, kto połknął igłę albo co. No ale to zrozumiałe chyba. A w gabinecie siedzi lekarka, która skończyła te trudne i długie studia właśnie dla takich chwil jak ta, kiedy przed północą ogląda nasze dziecko, z którym coś nie halo. I uśmiecha się do niego. I posyła na wypasionego rentgena najnowszej generacji, który okazuje się być w chuja wielką i skomplikowaną maszyną, która pokazuje niezbicie, że wcale nie jest z naszym synem tak nie halo, jak się wszystkim wydawało i kocham ją za to. Więc jedźcie, państwo, do domu, łykajcie, wziewajcie, skontrolujcie się za parę dni.

No i co prawda w tej poczekalni jak zwykle dostaliśmy gratis jakiegoś rotawirusa, i żona z synem spędzili dzisiejszą noc puszczając tzw. wielorybki, no ale hej, niech to nie przysłoni pozytywnego wydźwięku przytoczonej historii pełnej niezawodnych dziadków, dyżurujących lekarzy i sprzętów typu future-is-now.

Bystrzy jesteście, więc pewnie już się domyślacie, do czego zdążam. Ten wpis mógłby przecież brzmieć: “Ale chujowy Sylwester 😦   Najpierw 7 godzin na SORze, a potem rotawirus. 2016 roku, idź już sobie!”

I zdradzę wam sekret. Marne szanse, żeby nadchodzący rok był jakoś wyraźnie lepszy od mijającego. Ale życzę wam, żeby sprawił wam dużo radości.


PS. To czysty przypadek, że ten kompost wychodzi niemal równocześnie z inną opowieścią o SORze. Sprzeczności nie widzę. Nasza służba zdrowia jest, rzekłbym, korpuskularno-falowa. I na trytki, i cudowna.

Ratownik

– Co tam dzisiaj było w przedszkolu, córeczko?
Pokój wygląda jak chlew po tornadzie, syn jeździ samochodzikiem po talerzu, całe żarcie już dawno wystygło, a kot próbuje mi podpierdzielić mięso z widelca. Ale chuj z tym, jest biesiada, jest small talk.
– Przyszedł pan ratownik!
– Taki co jeździ karetką?
No bo przecież nie wodny. Raczej aż tyle nie płacimy na tę Radę Rodziców, żeby przedszkole mogło basen w piwnicy pierdolnąć. Chyba, że oni uczęszczają chyłkiem na jakąś pływalnię, a ja znowu przegapiłem ogłoszenie w szatni i nie wyposażyłem dziecka w czepek, kostium z Elsą i klapki… Cholera.
– Nieee… Taki inny… Taki… Eeee…
Okej, czyli basenu nie ma. Alarm odwołany. No dobra, to niech ona teraz poszuka odpowiedniego słowa, a ja spróbuję nafutrować to drugie.
– Jedz synku mięsko. Nie sam makaron.
– Nie e am-am! Nie e am-am!
To nie jedz! W ogóle, jak ci tak wszystko nie pasuje, to się wyprowadź, zaciągnij na jakiś okręt i żryj śledzie z beczki.
– To może ogórka?
– Tata, ten pan miał, zobacz, miał tutaj…
Na piersi.
– …taką odznakę z orzełkiem…
Urzędnik stanu cywilnego?
– …i syrenki tu na rękawach.
Czyli albo wydziarany recydywista, albo…
– To może to był strażnik miejski?
– Tak! I uczył nas o bezpieczeństwie.
– Świetnie! O tym, jak przechodzić przez ulicę?
– Nie.
No to o czym, kurwa? Jak ochronić się przed zagładą jądrową, zakładając żółte blokady na koła?
– No, mówił… No, na przykład jest taka sytuacja: rodzice wyszli po zakupy i zostawili nas w domu…
Aha, czyli o tym, żeby nie wpuszczać obcych. Słusznie. Ale tu na razie nie ma stresu, bo młoda nie sięga jeszcze do zasuwki. Może sobie najwyżej z jehowymi przez domofon pogadać. Swoją drogą może warto zorganizować taką ustawkę? #słuchałbym #żarłbympopcorn.
– …samych w domu. Z wujkiem.
Uuuuu, to widzę z grubej rury! Będzie o złym dotyku, jak nic! Dobra, ostrożnie.
– No i co ten wujek?
– No i patrzymy, a ten wujek leży i się nie rusza.
Co, kurwa?!?!
– Eee, leży?
– Tak! Leży nieprzytomny i trzeba sprawdzić, czy oddycha…
O kraju mój wódką i winem płynący! Co twa pięcioletnia córa wiedzieć winna o bezpieczeństwie? Proste: jak zbierać nieprzytomnego wujka z podłogi. Dziękuję, kurtyna.
– …i sprawdza się tak, że tak robisz głowę i tu patrzysz. A potem, tak składasz ręce i mocno naciskasz na serce. I trzeba wezwać pomoc.
A może to i dobrze, że się tego uczą? Cholera wie, kiedy przy nich dostanę zawału. Taka wiedza będzie wtedy jak znalazł.
– Synku, nie wylewaj picia na kota!
Nie no, serio, jak ja byłem w jej wieku, to strażnicy miejscy do przedszkola nie przychodzili, tylko malowaliśmy obrazki na Dzień Milicjanta. A teraz okazuje się, że pan strażnik przyniósł nawet fantoma, na którym dzieci mogły poćwiczyć reanimację wujka. Fantom był elektroniczny i gadał, więc normalnie prawie R2D2.
– I na koniec pan powiedział, że się niedługo znowu zobaczymy.
– O, to ciekawe, o czym będzie następnym razem.
– Ja wiem, co będzie następnym razem! Powiedział, że podzieli nas na grupy i będziemy coś robić. Jakieś rzeczy.
OK, to jesteśmy umówieni.

Dzidzia

– Mam prawo nienawidzić, kogo chcę. – oświadczył z dumą koleś w nocnym, kiedy młody człowiek z dredami przepasanymi niebieską chustką grzecznie zwrócił mu uwagę, że piosenka “Jebać brudasa / jebać rastafarianina / w niebieskiej chusteczce / chodzi dziewczyna” jest dla niego jednak trochę obraźliwa. I wcale nie był, ten nienawidzący, taki znów młody, tak bardzo pijany ani taki łysy, jak można by przypuszczać na podstawie samego opisu zdarzenia. Suchy opis nie odda też tonu, którym to powiedział. Brzmiało to jak “mój dziadek zginął w powstaniu, żeby dzisiaj każdy mógł nienawidzić, kogo chce!”.

Dla równowagi: rozkosz językowa na naszym placu zabaw dzięki rodzicielstwu multi-kulti. Śródziemnomorski ojciec łamaną polszczyzną udziela córce informacji zwrotnej, że psieciesz mogla zrobicz dzidzi ksziwde! A wobec jej oporów poznawczych, daje się nieco ponieść emocjom i przechodzi na język ojczysty, uświadamiając dziecku, że kabahatakrampateha dzidzia! Gehdekrhabohekhera dzidzia karakhoutroke! Dzidzia mukurukatakaturokhumuserkh!
I fantazjuję, że może on kiedyś zabierze córkę na wakacje do środziemnomorskich dziadków i przywiezie śródziemnomorskiemu krajowi polskie słowo, którego najwyraźniej tam brakuje. Bo odpowiednik słowa “jebać” to na pewno mają.

Nigdy nie lekceważ potęgi ekranu

Wojna, oczywiście, wcześniej czy później nadejdzie. I nawet nie dlatego, że Putin już ocalił swoich Niemców Sudeckich na Krymie, a teraz pewnie marzy mu się korytarz eksterytorialny do Kaliningradu. Nie dlatego, że Unia Europejska traci wiarę w siebie, a Brytyjczycy rozważają okopanie się na Wyspach. Nie dlatego, że polityka ciągłego wkładania kija w bliskowschodnie mrowisko przynosi oczywiste skutki i że uchodźcy i inni migranci wlewają się do Europy w charakterze wody na młyn odradzającego się nacjonalizmu. To znaczy, dlatego wszystkiego po trochu też, ale przede wszystkim dlatego, że wojny w Europie już strasznie długo nie było. I że ci, którzy pamiętają, jak chujowo jest pewnego ranka przejść się do sąsiada i skonstatować, że sąsiada już nie ma, a przez pszenicę zapierdalają czołgi, w zdecydowanej większości już nie żyją.

Ale nie zrozumcie mnie źle. Ja nie straszę wojną za rok czy za pięć lat. Ja tylko myślę sobie, że jeśli będziemy się dobrze odżywiać i regularnie uprawiać sport, to mamy sporą szansę kolejnej wojny dożyć. A nasze dzieci mają tę szansę jeszcze większą.

Żona mówi, żebym więcej pisał o sobie.

No to ze mną było tak. Wojny żadnej oczywiście nie pamiętam, ale już jako kilkuletnie pacholę oglądałem kultowy wojenno-propagandowo-kynologiczny serial Czterej pancerni i pies. Jak cała męska część mojego pokolenia chciałem być wtedy dzielnym dowódcą w hełmofonie, mieć psa Szarika i napierdalać czołgiem na Berlin pełen złych Niemców. Zresztą kolejne lata podstawówki również upływały nam w blasku bohaterów, którzy bili Krzyżaków, nie sypali kolegów na Szucha, ginęli w powstaniach i ogólnie pokazywali dorastającym chłopakom, że wojna to przede wszystkim znakomita okazja, żeby udowodnić, co człowiek jest wart.

Później przyszedł czas na amerykańskie filmy wojenne, które w tamtym czasie były głównie rozliczaniem się z Wietnamem, więc pokazywały wszystko trochę inaczej niż widział  poczciwy Szarik. Dzisiaj dostrzegam na przykład, jak duży wpływ miał na mnie, komediowy skądinąd, serial M*A*S*H. Dla tych, co nie oglądali: pośrodku wojny w Korei stoi sobie szpital polowy, przywożą do niego rannych z frontu, lekarze składają ich do kupy i odsyłają z powrotem do wroga, żeby ich znowu podziurawił i tak to się wszystko ładnie kręci, tylko właściwie chuj wie, po co. To chyba dzięki MASHowi ostatecznie nabrałem przekonania, że wojna z definicji jest bez sensu, oraz uznałem, że jedyna rola w tzw. teatrze działań wojennych, w której bym się widział, to lekarz. A że na medycynę nie poszedłem (do wojska, zresztą, też nie), to w razie draki jestem chłopem bez roli. Książki czytane w liceum, takie jak Rzeźnia numer 5, Na zachodzie bez zmian czy Paragraf 22, już tylko wbijały ostatnie gwoździe do trumny bohaterskiego mitu Rudego 102.

Wspomnienia te wróciły do mnie ostatnio, kiedy z moją czteroletnią córką oglądałem jej pierwszy film o wojnie. Właściwie to sześć filmów. I właściwie o wojnach. Gwiezdnych.

Osobiście fanem sagi nigdy nie byłem, więc w dużej mierze odkrywałem odległą galaktykę razem z córką. No i fanem dalej nie jestem. Starą trylogię ktoś pięknie streścił tak:
gwiezdne-wojny-star-wars-podsumowanie-fabuly-gadajaca-zaba-przekonuje-nastolatka-by-zabil-swojego-ojca
Choć akurat tę żabę to lubię najbardziej. Pierwsze dwie części nowej trylogii też raczej przesypiałem. Unosiła mi się niekiedy powieka, kiedy w kadrze pojawiała się Natalie Portman, ale jak tylko otwierała buzię i słyszałem ten koszmarny polski dubbing, to powieka mi na powrót opadała. I dopiero na Zemście Sithów obudziłem się z oczyma jak spodki.

Jak bardzo ten film różni się od pozostałych! To znaczy w warstwie wizualnej dalej są tam kolesie machający bzyczącymi świetlówkami i cyborg z kokluszem, ale głębiej jest pełnowymiarowa grecka tragedia, Makbet i najbardziej wiarygodny obraz genezy wojny, jaki można podsunąć kilkuletniemu dziecku.

Całej złożoności tego obrazu moja czterolatka oczywiście jeszcze nie ogarnia, bo bywa, że po dialogu “Czemu mnie o to prosisz?”, “Rada cię o to prosi” pyta mnie, który to ten Rada. Ale najważniejsze rzeczy już kuma. Myślę też, że przez kolejne lata będzie oglądać ten film jeszcze wiele razy i w końcu zrozumie, dlaczego nie mogłem jej udzielać satysfakcjonującej odpowiedzi na powtarzające się pytanie “Tata, a on jest dobry, czy zły?”. Bo podły dziadunio Palpatine jest demokratycznie wybranym przywódcą, a mimo to dobrzy dżedaje zakładają przeciw niemu Komitet Obrony Jasnej Strony Mocy. Bo mistrz Windu tak strasznie wkręcił się w Walkę ze Złem®, że próbuje rozpłatać rzeczonego dziadunia swoją świetlówką, łamiąc przy tym prawo, przysięgę wierności i Konwencję Genewską o jeńcach. Bo co prawda Anakin urządza tak jakby rzeź swoich współbraci dżedajów, ale prostaczkowie z całej galaktyki generalnie są szczęśliwi, bo przywraca w ten sposób tak wyczekiwany pokój i już żadne X-wingi nie tratują pszenicy. (Czy co oni tam uprawiają. Przyprawę? A nie, to nie ta galaktyka). Bo ci żołnierze, córeczko, nie są ani dobrzy, ani źli. Oni po prostu wykonują rozkazy. Teraz właśnie dostali rozkaz 66 i strzelają w plecy tym, za których przed chwilą gotowi byli zginąć.

Córka ma jeszcze czas, żeby to wszystko próbować zrozumieć, ale już dziś ćwiczy się w dostrzeganiu i nazywaniu zła. Nie abstrakcyjnego Zła® jako strony konfliktu, tylko zła w konkretnym zachowaniu konkretnego człowieka.

Przyjmijmy, że tak właśnie przygotowuję ją na wojnę.


PS. Nie chciałem, żeby wyszło tak patetycznie. Jako depatetyzator polecam film Zwierzogród. Warto obejrzeć z dzieckiem między innymi dlatego, że może trochę tzw. przesłania się młodemu człowiekowi na dnie mózgu osadzi, co zaprocentuje w dorosłym życiu, kiedy podrośnięty mózg będzie umiał podstawić właściwe słowo w miejsce “drapieżnika”.

Fryzjer

Wspominałem już Państwu wcześniej, że mimo niepozornego wyglądu, w głębi duszy jestem trendsetterem. I ostatnio swoim czułym trendsetterzym zmysłem wyczuwam jakieś zaburzenia w polu mocy. Chmury mają jakieś dziwne kształty, wiatr inaczej pachnie, nasze wrony uwiły gniazdo wyżej niż zwykle. Mówię Wam, coś się dzieje. Nawet ja poszedłem do fryzjera.

Po raz pierwszy od dwudziestu lat.

Poszedłem m.in. dlatego, że już świra dostaję od siedzenia przez cały urlop wychowawczy z chorymi dziećmi w domu i bardzo potrzebuję pogadać czasem z kimś dorosłym poza żoną. (Chadzam czasem do dentystki, ale tam trudno mi być rozmownym z przyczyn technicznych). Moje dowcipne koleżanki mające większe doświadczenie w byciu matką niż ja poradziły mi zatem, żebym z tego mojego urlopu wyskoczył czasem na ciuszki albo do fryzjera. Że niby pomaga na higienę psychiczną. Sprawdzone info. No to ja do fryzjera, bo taniej.

Udało mi się namierzyć w pobliżu lokal prowadzony przez młodego człowieka budzącego moje zaufanie, udało mi się umówić wizytę, udało się upchnąć dzieci po placówkach i dziadkach, po czym udało mi się wreszcie do tego przybytku grzebienia i nożyc udać. I już miało być fajnie, już on mi miał poopowiadać o tym, jak to jest być fryzjerem w wielkim mieście, a ja jemu o tym, że od lat strzygę się sam, może nie za pięknie, ale jakże skutecznie, wobec czego w przypadku jakiegoś postapo na pewno dam sobie radę, bo nawet paznokcie wojskowym nożem umiem obcinać.  Ale ledwo siadłem na ten taki fotel fajny góra-dół (chyba jeszcze fajniejszy niż u dentysty), kiedy na obiekt weszli komornicy i powiedzieli, że ponieważ zajętego przez nich poprzednim razem łóżka-solarium nikt nie chciał na licytacji kupić, to oni teraz zajmą kanapę i fotele, przy czym z kontekstu wynikało, że “zająć” nie znaczyło tutaj “posadzić pupę”, tylko “położyć rękę”.

No i muszę przyznać, że atmosfera trochę siadła. A i współczynnik rozmowności zauważalnie się obniżył. Tak, że ten. Boję się teraz iść na ciuszki, bo kto wie, co tam się wydarzy. Może lepiej po prostu zostanę w domu i zrobię paznokcie.

Dzień Dziecka – reportaż uczestniczący

Kancelaria Pani Prezes Rady Ministrów, jak co roku, zorganizowała dziś Dzień Dziecka u siebie na posesji. Oczywiście poszliśmy, bo mamy zarówno dzieci, jak i blisko, a ponadto to z naszych podatków przecież.

Impreza z przytupem, przyznać trzeba: rycerze, sokolnicy, wata cukrowa, wóz strażacki, dmuchane zamki, żywe sowy, malowanie twarzy, pani przebrana za króliczka (w sensie: takiego z bajki, plusz pod samą szyję), baloniki, basen z piłkami, pokazy z ciekłym azotem, chodzenie na szczudłach, no, czujecie klimat. A pośród tego wszystkiego poszczególne resorty rozstawiły swoje stoiska i wykazywały się ofertą skierowaną do młodego obywatela.

I na przykład w namiocie MSZ można było zalec na poduszkach i słuchać pana, który opowiadał bajki z różnych stron świata. My załapaliśmy się na afrykańską historię o niewidomym i myśliwym (córka zapamiętała ich jako niewidzialnego i gajowego). Ministerstwo Zdrowia przebierało dziatwę w fartuchy, czepki i maseczki chirurgiczne, po czym pozwalało przeprowadzić jakąś srogą operację na pluszowym misiu (przeszczep trocin, zdaje się). Lasy Państwowe jak zwykle dały do pieca: można było u nich znakować i piłować drewno albo spacerować boso z związanymi oczami po różnych nawierzchniach pochodzenia leśnego i rozpoznawać dotykiem, po czym się stąpa (suchy mech, żyzna ziemia, sosnowe szyszki, brzozowe beleczki, futro z dzika). Ministerstwo Sprawiedliwości jakieś mikroskopy bardzo kryminalistyczne wystawiło, zdaje się, a co pokazywał dzieciom Areszt Śledczy Białołęka to nie wiem, bo bałem się podejść. Poczta Polska lansowała swoje znaczki z Elsą i Anną, między innymi za pomocą karaoke z piosenkami z Krainy lodu. Moje wielkie marzenie, żeby zaśpiewać do mikrofonu o tym, że mam tę moc, pozostało, niestety, nadal niezrealizowane, ale przynajmniej córce się udało. Wygłaskałem za to i wytarmosiłem za uszy psa Luzaka, który jest przesympatycznym kudłaczem i nigdy nie zgadłbym, co robi zawodowo. Myślałem, że wywąchuje narkotyki albo bomby w bagażu podręcznym, ale nie. Kojarzycie te wszystkie obławy na zbiegłych więźniów z amerykańskich filmów? Noc, deszcz, las, Harrison Ford zapierdala w kajdankach na oślep po lesie, a za nim wściekłe ujadanie psów gończych? No właśnie.

Czyli, jeśli udało mi się to wszystko odpowiednio odmalować, to widzicie, że każde ministerstwo, służba czy tam inna spółka Skarbu Państwa, nawet jeśli na co dzień ze swoją działalnością nie do końca ma po drodze z dziećmi, starała się coś fajnego w tym jednym dniu wykombinować. Ale przecież jest pośród naszych ministerstw jedno, które na dzieciach zna się najlepiej, bo wszystkie je edukuje (narodowo). I można by oczekiwać, że ich namiot będzie już tak bardzo frontem do małego człowieka, że bardziej się nie da. Niestety, front ograniczał się do rozdawania broszurek (tych samych, co dostaję na konferencjach), naklejek “Wzorowy uczeń” oraz krówek. I tyle. A, nie przepraszam, jeszcze można było sobie zdjęcie zrobić, wystawiając głowę przez dziurę w sklejce. No wiecie, taki przedpotopowo-przedfotoszopowy trick, żeby twoja twarz pojawiła się obok straszliwego lwa albo na szyi dzielnego rycerza czy pięknej księżniczki, względnie w okienku rakiety kosmicznej. A w przypadku stoiska MEN, co było poniekąd do przewidzenia, pojawiała się obok słynnego rządowego Elementarza. Pamiątka nad pamiątki.

Ale nie zrozumcie mnie źle, ogólnie było bardzo fajnie i jak do domu wracać nadszedł czas, to byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. A ludzie się przed nami rozstępowali z szacunkiem, bo nieśliśmy wielki niebieski balon z napisem POLICJA, z którym trochę mi teraz dziwnie w domu.

Wybornie

Hasztag debata, hasztag wybory, hasztag jak was słucham, kochane internety, to czuję się, jakbym karmił moją córkę.

Córka jest w wieku przedszkolnym i ma w życiu pewne zasady, na przykład taką, że nie jada warzyw.

– Chcesz sałatę czy marchewkę? – pytam uprzejmie. Te właśnie dwa płody rolne przeszły bowiem do drugiej tury, tzn. zostały wskazane na straganie, kiedy zrobiłem krótką pogadankę o tym, że warzywa to jednak jeść trzeba i poleciłem, żeby sobie jakieś wybrała.

– Żadne… – odpowiada zgodnie z przewidywaniami. Bo ani sałata, ani marchewka nie są fajne, nie spełniają jej oczekiwań i na pewno wypadną żenująco w roli kolacji. Nie można kazać dziecku wybierać między czymś zbyt zielonym, a przesadnie pomarańczowym, między podejrzanie cienkim a nieprzyjemnie twardym, między większym a mniejszym złem.

Odsuwa talerz, odwraca głowę, udaje, że zagadnienia nie ma. Bojkot. No bo przecież w sumie bez warzyw żyć można, ona sobie nawet znakomicie wyobraża takie życie, niech się tata martwi, jak przeszmuglować do jej organizmu te witaminy i błonnik.

No to proponuję ogórka. Żartem trochę, bo przecież nikt poważnie nie pomyśli nawet o tym, żeby córka ogórka. Ogórek jest be najbardziej.

A skoro już poszedłem w takie tanie kalambury dookoła nazwisk (za co mi trochę wstyd), to niech będzie, że córka w tym momencie woła głosem ciasteczkowego potwora “Cookies!”. (Chociaż w rzeczywistości krzyknęłaby raczej “Żelki!”). No bo przecież głodna spać nie pójdzie, zieleniny jeść nie będzie, zaczynają się marzenia o słodyczach.

I weź jej teraz tłumacz, że tych ciasteczek sprzed dwóch tygodni to już dawno nie ma, a poza tym, to przecież żadne z nich warzywa. I choć mają tę niewątpliwą zaletę, że nie są ani niedobrą marchewką, ani obrzydliwą sałatą, to jakby nie o tym teraz rozmawiamy.

No i tak to się ciągnie, córka jęczy, marudzi, wybrzydza i nawet jeśli w końcu któreś z tych paskudnych warzyw ugryzie, to z najwyższą niechęcią i dając jasno do zrozumienia, że zrobiła to tylko dlatego, że to drugie było jeszcze gorsze.

No i ją można jeszcze jakoś zrozumieć. Przecież nie ma nawet czterech lat.

Wszystko będzie dobrze

Polecam Wam chmury. Głowy do góry.

Od końca do końca korytarza są równo 84 kroki. Wiem na pewno, bo to średnia z wielu pomiarów. Wiem też oczywiście, że na oddziale pediatrycznym takich spacerów urządzać nie należy, bo nie po to się pacjentów grupuje i zamyka w pokojach według typów dolegliwości, żeby potem z nich wychodzili i swobodnie wymieniali się patogenami. Ale muszę przecież jakoś młodego wykołysać w nosidełku do snu, a między łóżeczkiem a umywalką kroki da się zrobić najwyżej trzy.

Kołysanie ważna rzecz. Kiedy dziecko czuje, że ktoś je niesie, daje się nieść. Kierunek i tempo ruchu są odgórnie ustalone, więc nie ma już co się szarpać. Przestajemy nerwowo machać kończynami, układamy się wygodnie i patrzymy, jak przed oczami przesuwają się widoki różne. Na przykład tablica korkowa, a na niej podziękowania dla lekarzy, pielęgniarek i salowych ozdobione odpowiednią liczbą słoneczek i kucyków.

Przychodzi spokój.

Na dorosłych też to działa. Wiem, bo wypróbowałem nieraz. W drodze do szpitala, do domu, do pracy, a raz nawet do Bydgoszczy. (Tato, a ty będziesz tam do nich mówił po polsku? W tej Bydgoszczy mówi się po polsku? – nie dowierzała córka).

Jednego razu na trasie szpital-dom wygospodarowałem pół godzinki i wdrapałem się na Kopiec Czerniakowski, bo go bardzo lubię, mam miłe z nim wspomnienia związane i jest prawie po drodze, jeśli jedzie się rowerem. No i tam z góry widać było chmury. Widać było też oczywiście wszystko inne: domki dla lalek, samochodziki-zabawki, ludzi jak mrówki i krowy jak boże krówki. Ale głównie to nad tym wszystkim widać było chmury, które akurat tego dnia w wyjątkowo silnym wietrze przewalały się majestatycznie i rzucały cienie bez specjalnej refleksji, na co rzucają.

Ja sobie siedziałem na barierce, a wokoło był powolny, miarowy ruch. Przychodził spokój.

Dodatkowo Spokój, konkretnie grabarza w wykonaniu Elektrycznych Gitar miałem wtedy w telefonie, słuchałem więc. Ja chyba rozumiem, o czym jest ta piosenka i od niedawna nawet wiem, w jakich ponurych okolicznościach powstała, ale mimo to (a może właśnie dlatego) nie przygnębia mnie ona ani trochę, a wręcz przeciwnie – bardzo uspokaja. No bo przecież wszystko będzie dobrze, w co łatwo uwierzyć, kiedy się patrzy na te chmury, drzewa, ludzi, domy, paproch w oku, Układ Słoneczny, a w nim wszystko równo i miarowo, wiosna, lato, jesień, zima, wschody i zachody, dom, przedszkole, praca, szpital, dom, dwadzieścia cztery godziny, wszystko będzie dobrze, stara Ziemia mnie niesie, rytm dobowy mnie kołysze.

A miesiąc później podobne chmury z tym samym podkładem muzycznym oglądałem z okna pociągu i było tak samo, tylko bardziej, bo dodatkowo Tanie Linie Kolejowe mnie kołysały. Dwóch nas tylko było w przedziale, ja i pewien pan profesjonalnie przygotowany do podróży, który jak tylko się przywitał, to położył plecak pod głową, wsadził stopery w uszy, założył opaskę na oczy i odpadł na trzy godziny. I tak leżeliśmy wyciągnięci wygodnie na przeciwległych kanapach, wiezieni tam, gdzie należało nas dostarczyć, a chmury przewalały się nad nami, nad polami, domami z pustaka, kwitnącymi bzami i rzepakiem.

Ogólnie zatem zachęcam do jeżdżenia pociągiem oraz, przede wszystkim, do częstego spoglądania w niebo. Na cumulusy i cirrostratusy, wschody i zachody, pełnie i nowie. Nie ma co tego odkładać na później, bo choć oczywiście one były, są i będą, to Wy nie.

A jak akurat naprawdę nie macie jak spojrzeć, bo Wam budownictwo wielorodzinne zasłania albo akurat siedzicie w kubiku i wyrabiacie PKB, to przynajmniej obejrzyjcie i posłuchajcie:

Telefony w mojej głowie

Skończyła mi się umowa z operatorem, więc zamówiłem nowy telefon. I tym razem mam mocne postanowienie zacząć używać go do internetów. Nie to, żeby mi to było jakoś specjalnie do życia potrzebne, ale nie chcę za bardzo zostawać w tyle za technologią. Bo za parę lat może się okazać, że już zupełnie nie umiem się w tym elektronicznym świecie poruszać i we wszystkim muszę prosić o pomoc dzieci. A dzieci przykładowo w domu nie będzie, bo będą gdzieś daleko za granicą oraz za chlebem. Posyłałeś je, człowieku, na angielski, to teraz masz – przeniosły się do jakiegoś kraju z perspektywami i bez ruskich czołgów. I co prawda świat jest mały i wystarczy jeden kilk, żeby otworzyć przez ocean wideoczata z synem, ale niestety, najpierw syn musiałby podpowiedzieć, co kliknąć.

No dobra, heheszki heheszkami, ale to naprawdę będzie przepaść międzypokoleniowa. Uświadomiłem sobie na przykład niedawno, że moja córka (lat trzy) telefon stacjonarny miała okazję zobaczyć chyba tylko u dziadków. Podobnie ja w jej wieku u swojej babci oglądałem gotowanie na kuchni węglowej, a moja mama u swojej – lampy naftowe, bo prądu jeszcze do wsi nie dociągnęli. Więc dla moich dzieci wszystkie te pipające i mrygające zdobycze technologii będą tak oczywiste, że do głowy im nie przyjdzie, że kiedyś mogło być inaczej.

Ale spokojnie. Już ja im wszystko opowiem.

Dzieci, odłóżcie na chwilę tableciki, tata ma dla was historię. Tak, znowu. Nie marudź.

Dawno, dawno temu, jak byłem mały, to w ogóle nie mieliśmy w domu telefonu, tylko czekaliśmy i czekaliśmy na przydział. No, przydział. Nieważne. Ale w końcu uśmiechnęło się do nas szczęście, bo sąsiedzi zza ściany wyjechali za granicę i pozwolili nam przeciągnąć przez okno kabel, żebyśmy mogli korzystać z ich linii. No, kabel. Jak to “jaki”? Telefoniczny! Nie, nie od ładowarki… Dobra, narysuje wam. O, tu jest słuchawka, tu kabelek, tutaj tarcza… No taka do wykręcania numerów. Do dzisiaj pamiętam, jak śmiesznie masowała koniec palca i nadal dźwięczy mi w uszach to ty-ty-ty-ty-ty, kiedy się ją puściło i wracała na miejsce. A myśleliście, że skąd pochodzi określenie “wykręcić komuś numer”? Nie znacie? No to jak się teraz mówi? Odjebać co? Aha. Też ładnie.

Nie, córeczko, nie było żadnego ekranu. Menu też nie. Numery telefonów się po prostu pamiętało. No, wyobraźcie sobie, że jakoś ludzie wtedy dawali radę. Może w tych oranżadach w proszku były jakieś korzystne dla mózgu mikroelementy, których wam dzisiaj brakuje. Zresztą, nawet jak się nie pamiętało, to się miało zapisane w notesie albo szukało w “Panoramie Firm”. Bo Internetu przecież nie było. Nigdzie. Nawet u sąsiadów.

Filmy? W kinie się oglądało. Tak, tam, gdzie teraz jest Biedronka. Muzyki się słuchało na walkmanie. No wiem, że nie wiesz, co to. Nie, nie będę znowu rysował. Skąd się ściągało muzykę? Najczęściej z łóżka polowego na bazarku. I była ona na takim śmiesznym nośniku, kasetą zwanym. Zresztą, jak chodziłem do podstawówki, to piractwo w Polsce było legalne. No, naprawdę! To był dziki, dziki kraj – Karaiby, Jack Sparrow i mydełko Fa.

Gry? W gry się grało NA POD-WÓR-KU, opowiadałem wam przecież. No, analogowo się grało. Piłką, na przykład. Nie, córeczko, telefonu nie dało się zabrać na podwórko. Zasięg traciło się dwa metry od gniazdka, bo się kabel kończył. Jak się było poza domem, to można było najwyżej zadzwonić z automatu. I dlatego zawsze nosiłem w portfelu żeton “A” na intencję telefonicznego poinformowania rodziców, że będę w domu później niż miałem być, bo wydarzyły się rzeczy interesujące i nieprzewidywalne. Ale oczywiście nie zawsze dało się zadzwonić, bo nie wszędzie automat był, a jak był, to na przykład ktoś mu urwał słuchawkę. Nie wiem, synku. Też się zawsze zastanawiałem, po kiego, ale nie używaj, proszę, takich słów. W sumie to chyba urywali te słuchawki dla zabawy. Czyli właściwie można powiedzieć, że jedna gra na telefon już wtedy była.


zeton_telefoniczny

Niezapomniany żeton “A” z wizerunkiem trąbki Poczty Polskiej (Fot. wirtualne Bydgoskie Muzeum Medalierskie).


Kolejna gra pojawiła się wraz z wprowadzeniem automatów na karty magnetyczne. W pierwszych modelach trzeba było pokręcić takim durnym pokrętełkiem, żeby po zakończonej rozmowie karta wynurzyła się z powrotem. I oczywiście nie każdy z początku ogarniał, że tak trzeba, więc we wnętrznościach wielu telefonów tkwiła uwięziona karta, niczym księżniczka w wieży zamczyska. Wystarczyło przyjść, pokręcić, uwolnić ją i pojąć za darmo. Jeden kolega miał upatrzoną miejscówkę i nazbierał ich chyba z siedem. Większość rozdał ziomom, sobie zostawił ze dwie. No bo po co mu było więcej? Przez telefon się wtedy specjalnie dużo nie gadało. Przynajmniej ja nie gadałem. Zacząłem dopiero w liceum, z dziewczyną. Wcześniej, przez całą podstawówkę telefon służył tylko do krótkiego “co było z polaka?” albo “wychodzisz na dwór”?

Słucham? Po co wam to wszystko opowiadam? Eee… No, więc… Nie, nie dlatego, żeby sobie “znowu głośno powspominać”! Nie bądź bezczelna, młoda damo. Mówię o tym, bo… Eee… Po to, żeby… Yyy… Żeby was czegoś nauczyć! O, właśnie, nauczyć. To był tylko wstęp do tego, żeby… Eee… Pokazać wam, jak bardzo świat się zmienił i porozmawiać z wami o zagrożeniach związanych z tymi wszystkimi dzisiejszymi technologiami.

Tak, wiem, że macie o tym pogadanki w szkole i że w mediach są co chwila poważne kampanie społeczne, które pouczają was, żeby nie posyłać nikomu zdjęć swoich cycków, nie pisać o sobie za dużo na forach i pamiętać, że ten ktoś z czatu może nie być tym, za kogo się podaje. I że wszystko, co umieścicie w Internecie może być użyte przeciwko wam. Innymi słowy, uczulają was, żebyście nie stali się ofiarami tak zwanej cyberprzemocy. Ale jakoś nikt wam, kokoszka wodna, nie mówi o tym, żebyście nie byli jej sprawcami. Jest najwyraźniej jakieś przedziwne przekonanie, że w tym Internecie wszelkie zło wyrządzają jacyś tajemniczy przybysze znikąd, którzy nigdy nie chodzili do szkoły, nie mieli rodziców ani wychowawców i całe życie byli poza zasięgiem pouczających spotów różnych fundacji, w związku z czym nie dało się na nich w żaden sposób wpłynąć. I cała walka z cyberprzemocą ogranicza się do edukowania potencjalnych ofiar, przy totalnym pominięciu potencjalnych sprawców.

A mi zależy, żebyście nie byli ani jednym, ani drugim.

I dla tego mówię: córeczko, jeśli ktoś, nawet słabo ci znany, pisze do ciebie na prive, to jest to tylko do ciebie. Bądź osobą, której można bezpiecznie się zwierzać. Nawet w Internecie. Synku, jeśli pewnego dnia jakieś dziewczę, czego ci z całego serca życzę, prześle ci swoje zdjęcie w odzieniu skąpym, to, zaklinam cię, nie chwal się tym kolegom. Bądź facetem, któremu można  takie zdjęcie pokazać. Naprawdę warto. A jak ktoś będzie wrzucał na fejsa albo innego kwejka zabawną fotkę grubej pani, która się wywaliła prosto na tort z kremem albo młodej pary, która straszy ze zdjęcia ślubnego złotymi zębami i kiepskim makijażem albo pryszczatego nastolatka tulącego się do pada swojej konsoli, to nie lajkujcie i nie szerujcie. To, że ktoś jest gruby, brzydki albo znerdziały to nie powód, żeby cały świat wytykał go palcami. To, że jakieś zdjęcia znalazły się w necie, nie znaczy, że osoby na nich też nagle stały się czysto wirtualne.

O, i to wam właśnie chciałem wam powiedzieć. Słucham? Nie, no masz rację, oprócz tego rzeczywiście chciałem też powspominać. W sumie to następnym razem opowiem wam o tym, jak się dawniej robiło zdjęcia. Wiecie, że nie można ich było zobaczyć od razu, tylko najpierw trzeba było wywołać? Naprawdę! I kupowało się taki… Hej, dokąd idziecie? Mówię do was!

Komplement

Muszę się pochwalić, bo takie coś jak dzisiaj nieczęsto mi się zdarza. Otóż obca kobieta pochlebnie wypowiedziała się o moim wyglądzie. Na głos. W miejscu publicznym.

A było to tak. Od pewnego czasu termin “miejsce publiczne” oznacza u mnie najczęściej plac zabaw i tam właśnie z córką bawiliśmy. Dzień jak co dzień, tyle że pierwszy września, więc zjeżdżalnia wraz z przyległościami została zajęta przez ubraną na galowo, odpoczywającą po uroczystej inauguracji młodzież szkolną. Młodzież szkolna występowała w liczbie czterech sztuk z zachowaną proporcją płci i była o wiele za dorosła na zabawę na placu, ale piwa nie piła, nie pluła, brzydkich słów nie używała, a zjeżdżalnie były trzy, więc nikt jej wyrzutów nie czynił. Młodzież siedziała spokojnie, pochylała się nad tabletem z mapą polityczną Eurazji, ustalała położenie egzotycznych krajów o nazwach kończących się na “-stan” i usiłowała przewidzieć kolejne posunięcia Putina. Część męska młodzieży dużo się przy tym odwoływała do historii politycznej Europy, mechanizmu działania bomby neutronowej i liczby transporterów opancerzonych Rosomak w polskiej armii. Więc nawet się trochę ucieszyłem, że zamiast grać w te swoje gry pełne przemocy i słuchać tej swojej muzyki hałaśliwej (bogowie, jak ja kocham być po trzydziestce), narybek Narodu Polskiego odważnie patrzy w przyszłość i przygotowuje się mentalnie na to, co ona niesie.

I tak słuchałem ich, siedząc z nogami w piaskownicy, bo w sumie nic innego nie miałem do roboty. Córka jest teraz w takim wieku, że już nie trzeba przy niej stać, ale jeszcze nie można spokojnie książki poczytać. Nazwijmy to fazą ustawicznego-zerkania-na. Nuda, innymi słowy. W dodatku obiecałem najlepszej z żon, że nie będę sobie pozwalał na niewinne żarciki względem innych rodziców. Oznacza to na przykład, że dając córce przeciwalergiczną tabletkę naszą powszednią nie mogę zawołać “Kochanie, chodź po swój proszek uspokajający, bo coś za dużo dziś biegasz”. A zagadnięty przez sympatyczną babcię o to, które z tych rozkosznych maleństw jest moje, nie mogę odpowiedzieć “Żadne, ja tylko przychodzę tu popatrzeć sobie na małe dziewczynki”.

Siedzę więc sobie na brzegu piaskownicy, która oprócz moich nóg zawiera również moją córkę i jej plus-minus rówieśników. Córka jest obecnie w okresie zapotrzebowania na potwory. Plus-minus rówieśnicy najwyraźniej też. Dobra, mogę być potworem, co mi tam. Do Władimira Władmirowicza, o którym rozprawiane jest na zjeżdżalni nad naszymi głowami, co prawda mi daleko, ale od czasu do czasu ryknąć z cicha i pazurzastą łapą machnąć mogę. Czego się nie robi dla dzieci, c’nie? Nie dałem się tylko namówić na wczołgiwanie do smoczej jamy pod rzeczoną zjeżdżalnią.

I w którymś momencie jeden z plus-minus rówieśników pokazuje na mnie palcem i wykrzykuje “Mamo, tutaj jest potwór!”. Na co ona odpowiada “Tak? A nie wygląda”.

No i to właśnie był, proszę Państwa, największy dotyczący mojej powierzchowności komplement od miesięcy. W takich chwilach czuję, że warto się myć i obcinać paznokcie.

Post Navigation

%d bloggers like this: