(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “mieszkam w internecie”

S(m)utek

W naszym przedszkolu najwyraźniej odbywa się edukacja patriotyczna i to nie tylko na poziomie ogólnonarodowym, ale również na lokalnym, warszawskim. Zdarza się więc, że po odebraniu z placówki córka opowiada mi o rybaku, co to założył Warszawę, albo śpiewa “W Saskim Ogrodzie koło fontanny jakiś się frajer przysiadł do panny” albo – jak ostatnio – mówi, że kolorowała warszawską syrenkę, no i ogonek pomalowała na niebiesko, stanik na fioletowo, a włosy…

Stanik?! Syrenka miała stanik?! – zdumiewam się. Tak, okazuje się, że miała. Na potrzeby kolorowanki przedszkolnej syrenkę naszą herbową, pięknocycą przyodziano niczym Disneyowską Arielkę na morza dnie. Pobieżny przegląd internetów wskazał, że nie był to przypadek odosobniony, bo także inne warszawskie syrenki z poziomu przedszkolnego, nawet jeśli nie zakładają stanika, to zasłaniają swoje nierybie wdzięki tarczą.

Co mi przypomniało, jak mnie strasznie wkurza hipokryzja obecnej cenzury obyczajowej. W sensie, że w telewizji i w internetach można pokazywać, jak jeden koleś wyjmuje drugiemu oko stłuczoną żarówką, byleby żaden nie zaklął, oraz scenę gwałtu, byleby cycków nie było widać. Więc pytam ja się ciebie, droga normo społeczna, drogi cenzorze anonimowy: czym ci cyc zawinił? Czemu przeganiasz z ekranu pierś, która cię wykarmiła? Dlaczego ja w młodości mogłem oglądać biusty w kinie moralnego niepokoju, “Seksmisji” czy w niezapomnianej reklamie dezodorantu Fa, a dzisiaj nagie piersi zepchnięto do jakiegoś softpornograficznego podziemia?

miś

Takie rzeczy tylko w starych filmach: naga pierś, papierosy i włosy Stanisława Tyma.

I błagam, nie mówcie mi, że ma to cokolwiek wspólnego z walką z uprzedmiotowieniem kobiety. Bo kobieta w reklamie opon może wypinać się niczym kotka w rui, sugestywnie ssać lizak i tak dalej, byleby tylko nie pokazała sutka. Nawet nie o samą pierś tu chodzi, tylko o sutek. Jak długo sutek jest zakryty, godność kobiety jest nienaruszona. Nawet na zatkniętej za wycieraczkę ulotce agencji towarzyskiej na “autentycznych zdjęciach dziewczyn” kluczowe obszary zasłonięte są jakimiś tam gwiazdkami albo czym. Ponieważ leżąca na ulicy reklama seksu za pieniądze nie gorszy. Gorszy anatomia.

I w ogóle dlaczego pierś – tak, a sutek – nie? Ten idiotyzm to chyba od Amerykanów przejęliśmy. W tej ich porytej purytańsko-hipokryzyjnej kulturze pokazywanie piersi w taki sposób, żeby przypadkiem sutek nie wychynął, jest podniesione do rangi sztuki i ma własną, zaskakująco rozbudowaną terminologię.

Prosze moje uroszą asistant o prezentejszyn postawowich pojęcz:

krupa.jpg

Od lewej: cleveage, sideboob, underboob.

Sutki można również wypikselowywać, zaklejać czarną taśmą izolacyjną, albo – jak na poniższym zdjęciu reklamującym bieliznę erotyczną – udawać, że zatrudniło się modelkę bez sutków.

asutkia

Jakkolwiek absurdalnie by to nie wyglądało, Facebook i Instagram używają “reguły sutka” do określania, które zdjęcia są nieobyczajne i należy je usunąć. Chyba już domyślacie się, którą z dwóch poniższych fotografii można bezpiecznie umieszczać w serwisach społecznościowych?

A co w tym wszystkim jest najlepsze? Że męskie sutki można pokazywać do woli!!!

Dlatego mądrzy ludzie wpadli na genialny pomysł: zasłaniać nieakceptowalne kobiece sutki w pełni akceptowalnymi męskimi! Sprawa jest banalnie prosta. Z grafiki poniżej wycinasz zdjęcie certyfikowanego męskiego sutka i troskliwie osłaniasz nim panią topless. Prawda, że od razu lepiej?

male_nipple     Sabine_cenzura

Jeszcze dalej poszli twórcy tego pięknego materiału instruktażowego, pokazującego, jak badać sobie piersi w celu wczesnego wykrycia ewentualnego nowotworu. Film stworzono specjalnie po to, żeby można go było bezpiecznie i legalnie rozpowszechniać w mediach społecznościowych.

I tym uroczym akcentem mógłbym właściwie zakończyć, ale żona mówi, że za mało piszę o sobie. A zatem: lubię cycki. Ale tyłki to po prostu uwielbiam.

Potęga niesmaku

U Pratchetta jest taki kawałek o hydrofobach, który znakomicie się nadaje na początek tego posta, ale ponieważ żona ciągle mi mówi, żebym więcej pisał o sobie, to najpierw o sobie. Anegdotka taka bardziej. A żeby się tematycznie kupy trzymało, to też o Pratchetcie.

Jest rok 1995 i jadę do księgarni sprawdzić, czy Blask fantastyczny już się może ukazał. No bo przecież wtedy takie rzeczy się dało sprawdzić tylko w księgarni. Kupić zresztą też. I dlatego małe księgarenki jeszcze istniały i dobrze się miały. Na przykład ta mieszcząca się w pawilonie na jednym z ursynowskich bazarków, który regularnie odwiedzałem, żeby kupić takie niezbędne młodemu człowiekowi towary, jak modele do sklejania, kasety z muzyką i książki. A za ladą rzeczonej księgarni od niedawna stała moja tzw. facetka od historii, która, tak jak wielu nauczających mnie nauczycieli, w sposób jawny nie przepadała za swoją pracą, była wiecznie zirytowana, że jesteśmy głupi, dziecinni i niezainteresowani Bourbonami oraz miewała na lekcjach poważne napady frustracji w temacie, co ja tutaj robię / cóżem ze swoim życiem uczyniła.

Na plus należy jej jednak niewątpliwie policzyć, że na marudzeniu nie poprzestała i spróbowała swoich sił również na innej ścieżce kariery, mianowicie stanęła za rzeczoną ladą księgarnianą. W tym układzie współpracowało mi się z nią o wiele lepiej, sprzedałem jej nawet kiedyś po promocyjnej cenie jeden z dwóch identycznych słowników języka polskiego, którymi szkoła nagrodziła moje tzw. osiągnięcia.

Ale tym razem nie jechałem niczego sprzedać, tylko tego Pratchetta kupić.

Zajeżdżam na bazarek, parkuję rower, wchodzę, dzieńdobram i pytam, czy jest Blask fantastyczny Pratchetta. Facetka od historii jeszcze wtedy w asortymencie słabo  zorientowana, więc potrzebuje dodatkowej specyfikacji artykułu. To jest drugi tom Świata Dysku, mówię zatem. Gmera, gmera i powiada, że nie ma. Ale, dodaje, z takich komputerowych to jest magazyn “Enter”.

I to była pointa, ale po poincie jeszcze epilog: koniec końców facetka od historii wcale nie została księgarzem, tylko dyrektorką naszej szkoły.

*         *         *

No, tośmy się pośmiali, a teraz do rzeczy. U Pratchetta, w “Kolorze magii”, bodajże, jest taki kawałek o hydrofobach, czyli o gościach, którzy tak strasznie brzydzą się wody, że ich od niej odpycha fizycznie. A odpycha tak mocno, że umieszczeni nad powierzchnią jakiegoś akwenu, zawisają w powietrzu, unosząc się na poduszce własnej odrazy. Dzięki temu mogą służyć za rodzaj poduszkowców do rejsów po morzu, czy może raczej: nad morzem.

Dowiadując się o tych dziwach, przybysz z dalekich stron (Rincewind, chyba), dopytuje się:
– A dlaczego oni aż tak nienawidzą wody?
– Nie nienawidzą – odpowiada jego przewodnik. – Nienawiść to siła przyciągająca, tak samo jak miłość. Oni się jej brzydzą.

A piszę o tym dlatego, że w mediach (i w tych społecznościowych, i nie) takiego zdrowego obrzydzenia najwyraźniej brakuje, a zamiast niego jest jakaś wspomniana przed chwilą magnetyczna nienawiść. Jakieś wyciąganie spod kamienia ludzi i wypowiedzi, których najwyraźniej kochacie nienawidzić. A zdrowe obrzydzenie doradzałoby jednak pozostawienie ich pod tym kamieniem.

I ja nie mówię tu o politykach czy innych osobach, które mają jakiś tam wpływ na moje życie, więc mniej więcej powinienem uważać na to, co oni sobie uważają. Mi chodzi o akcje typu: jakiś burak z drukarni pisze maila obrażającego niepełnosprawne dzieci, a jego syn dodaje gratis na FB posta obrażającego rozum i gramatykę. Albo: jakiś pan aktor robi w wywiadzie telewizyjnym akrobacje pt. “To nie ja donosiłem bezpiece na kolegów, tylko on, czyli młody ja, czyli nie ja, ja nie mam z nim nic wspólnego”. Albo jakiś jebnięty proboszcz z maleńkiej pipidóweczki na Podkarpaciu gada na kazaniu jakieś brednie o in vitro czy innym tupolewie. I tym podobne.

No bo co mnie w sumie obchodzi, co ci ludzie sobie myślą i mówią? Nie rządzą moim krajem, nie uczą moich dzieci, nie pierdzą w mojej windzie. Nie mieliby najmniejszego wpływu na moje życie, gdybyście nie odgrzebali ich w jakimś mentalnym rynsztoku i nie wrzucili ich bredni w wielką maszynkę do robienia niusów, która następnie wypluwa mi całe to obrzydlistwo na ekran. I muszę go potem czyścić mentalną ściereczką w postaci słodkich kotków i ładnych pań.

Czy wy tak strasznie tych ludzi nienawidzicie, że aż musicie mi ich ciągle pokazywać? Po co, pytam się ja uprzejmie. Przecież gdyby nie wy, to oni w ogóle by dla mnie nie istnieli. Utonęliby między tysiącami wiejskich parafii, gdzie księża na kazaniu mówią o pannach roztropnych i robotnikach w winnicy, pośród setek drukarzy skupiających się na drukowaniu, a nie gadaniu głupot i między tymi wszystkimi wywiadami, w których aktorzy mówią, jak trudnym doświadczeniem było się wcielić w, ale za to jak się świetnie pracowało z.

I nie mówcie mi, proszę, że tymi ludźmi powinienem się przejmować, bo swoimi wypowiedziami wpływają na opinię publiczną. Jakbyście ich nie nagłaśniali, to by nie wpływali.

Przeto dla dobra mojego, a być może również własnego i ogólnopolskiego – weźcie się brzydźcie.

He, he, he, chemia

Przez większą cześć dzisiejszego dnia męczyło mnie wspomnienie, że wczoraj w łóżku, tuż przed zaśnięciem wymyśliłem żart składający się ze zdjęcia psa palącego marihuanę oraz dowcipnego podpisu. I za diabła nie mogłem sobie przypomnieć, co to żart i co to za podpis. Mgliście kojarzyłem, że w jakimś sensie chodziło tam o słowo “palić” i że musiałem zdecydować, czy lepiej “palił”, czy “spalił”, czy jeszcze jakoś inaczej. Ale na czym stanęło i co w tym miało być śmiesznego – nie miałem pojęcia.

I kiedy już zacząłem podejrzewać, że to wszystko mi się przyśniło, bum! – przypomniałem sobie. A jak sobie przypomniałem, to się szczerze ubawiłem, bo okazało się, że to był suchar chemiczny. A ja bardzo lubię ten gatunek żartów, ponieważ ich ewidentna suchość jest przyjemnie zrównoważona faktem, że są chemiczne.

No więc rzeczony suchar prezentuje się następująco:

wodor.jpg

To wszystko, co miałem dziś Państwu do przekazania.

Dobranoc.

Telefony w mojej głowie

Skończyła mi się umowa z operatorem, więc zamówiłem nowy telefon. I tym razem mam mocne postanowienie zacząć używać go do internetów. Nie to, żeby mi to było jakoś specjalnie do życia potrzebne, ale nie chcę za bardzo zostawać w tyle za technologią. Bo za parę lat może się okazać, że już zupełnie nie umiem się w tym elektronicznym świecie poruszać i we wszystkim muszę prosić o pomoc dzieci. A dzieci przykładowo w domu nie będzie, bo będą gdzieś daleko za granicą oraz za chlebem. Posyłałeś je, człowieku, na angielski, to teraz masz – przeniosły się do jakiegoś kraju z perspektywami i bez ruskich czołgów. I co prawda świat jest mały i wystarczy jeden kilk, żeby otworzyć przez ocean wideoczata z synem, ale niestety, najpierw syn musiałby podpowiedzieć, co kliknąć.

No dobra, heheszki heheszkami, ale to naprawdę będzie przepaść międzypokoleniowa. Uświadomiłem sobie na przykład niedawno, że moja córka (lat trzy) telefon stacjonarny miała okazję zobaczyć chyba tylko u dziadków. Podobnie ja w jej wieku u swojej babci oglądałem gotowanie na kuchni węglowej, a moja mama u swojej – lampy naftowe, bo prądu jeszcze do wsi nie dociągnęli. Więc dla moich dzieci wszystkie te pipające i mrygające zdobycze technologii będą tak oczywiste, że do głowy im nie przyjdzie, że kiedyś mogło być inaczej.

Ale spokojnie. Już ja im wszystko opowiem.

Dzieci, odłóżcie na chwilę tableciki, tata ma dla was historię. Tak, znowu. Nie marudź.

Dawno, dawno temu, jak byłem mały, to w ogóle nie mieliśmy w domu telefonu, tylko czekaliśmy i czekaliśmy na przydział. No, przydział. Nieważne. Ale w końcu uśmiechnęło się do nas szczęście, bo sąsiedzi zza ściany wyjechali za granicę i pozwolili nam przeciągnąć przez okno kabel, żebyśmy mogli korzystać z ich linii. No, kabel. Jak to “jaki”? Telefoniczny! Nie, nie od ładowarki… Dobra, narysuje wam. O, tu jest słuchawka, tu kabelek, tutaj tarcza… No taka do wykręcania numerów. Do dzisiaj pamiętam, jak śmiesznie masowała koniec palca i nadal dźwięczy mi w uszach to ty-ty-ty-ty-ty, kiedy się ją puściło i wracała na miejsce. A myśleliście, że skąd pochodzi określenie “wykręcić komuś numer”? Nie znacie? No to jak się teraz mówi? Odjebać co? Aha. Też ładnie.

Nie, córeczko, nie było żadnego ekranu. Menu też nie. Numery telefonów się po prostu pamiętało. No, wyobraźcie sobie, że jakoś ludzie wtedy dawali radę. Może w tych oranżadach w proszku były jakieś korzystne dla mózgu mikroelementy, których wam dzisiaj brakuje. Zresztą, nawet jak się nie pamiętało, to się miało zapisane w notesie albo szukało w “Panoramie Firm”. Bo Internetu przecież nie było. Nigdzie. Nawet u sąsiadów.

Filmy? W kinie się oglądało. Tak, tam, gdzie teraz jest Biedronka. Muzyki się słuchało na walkmanie. No wiem, że nie wiesz, co to. Nie, nie będę znowu rysował. Skąd się ściągało muzykę? Najczęściej z łóżka polowego na bazarku. I była ona na takim śmiesznym nośniku, kasetą zwanym. Zresztą, jak chodziłem do podstawówki, to piractwo w Polsce było legalne. No, naprawdę! To był dziki, dziki kraj – Karaiby, Jack Sparrow i mydełko Fa.

Gry? W gry się grało NA POD-WÓR-KU, opowiadałem wam przecież. No, analogowo się grało. Piłką, na przykład. Nie, córeczko, telefonu nie dało się zabrać na podwórko. Zasięg traciło się dwa metry od gniazdka, bo się kabel kończył. Jak się było poza domem, to można było najwyżej zadzwonić z automatu. I dlatego zawsze nosiłem w portfelu żeton “A” na intencję telefonicznego poinformowania rodziców, że będę w domu później niż miałem być, bo wydarzyły się rzeczy interesujące i nieprzewidywalne. Ale oczywiście nie zawsze dało się zadzwonić, bo nie wszędzie automat był, a jak był, to na przykład ktoś mu urwał słuchawkę. Nie wiem, synku. Też się zawsze zastanawiałem, po kiego, ale nie używaj, proszę, takich słów. W sumie to chyba urywali te słuchawki dla zabawy. Czyli właściwie można powiedzieć, że jedna gra na telefon już wtedy była.


zeton_telefoniczny

Niezapomniany żeton “A” z wizerunkiem trąbki Poczty Polskiej (Fot. wirtualne Bydgoskie Muzeum Medalierskie).


Kolejna gra pojawiła się wraz z wprowadzeniem automatów na karty magnetyczne. W pierwszych modelach trzeba było pokręcić takim durnym pokrętełkiem, żeby po zakończonej rozmowie karta wynurzyła się z powrotem. I oczywiście nie każdy z początku ogarniał, że tak trzeba, więc we wnętrznościach wielu telefonów tkwiła uwięziona karta, niczym księżniczka w wieży zamczyska. Wystarczyło przyjść, pokręcić, uwolnić ją i pojąć za darmo. Jeden kolega miał upatrzoną miejscówkę i nazbierał ich chyba z siedem. Większość rozdał ziomom, sobie zostawił ze dwie. No bo po co mu było więcej? Przez telefon się wtedy specjalnie dużo nie gadało. Przynajmniej ja nie gadałem. Zacząłem dopiero w liceum, z dziewczyną. Wcześniej, przez całą podstawówkę telefon służył tylko do krótkiego “co było z polaka?” albo “wychodzisz na dwór”?

Słucham? Po co wam to wszystko opowiadam? Eee… No, więc… Nie, nie dlatego, żeby sobie “znowu głośno powspominać”! Nie bądź bezczelna, młoda damo. Mówię o tym, bo… Eee… Po to, żeby… Yyy… Żeby was czegoś nauczyć! O, właśnie, nauczyć. To był tylko wstęp do tego, żeby… Eee… Pokazać wam, jak bardzo świat się zmienił i porozmawiać z wami o zagrożeniach związanych z tymi wszystkimi dzisiejszymi technologiami.

Tak, wiem, że macie o tym pogadanki w szkole i że w mediach są co chwila poważne kampanie społeczne, które pouczają was, żeby nie posyłać nikomu zdjęć swoich cycków, nie pisać o sobie za dużo na forach i pamiętać, że ten ktoś z czatu może nie być tym, za kogo się podaje. I że wszystko, co umieścicie w Internecie może być użyte przeciwko wam. Innymi słowy, uczulają was, żebyście nie stali się ofiarami tak zwanej cyberprzemocy. Ale jakoś nikt wam, kokoszka wodna, nie mówi o tym, żebyście nie byli jej sprawcami. Jest najwyraźniej jakieś przedziwne przekonanie, że w tym Internecie wszelkie zło wyrządzają jacyś tajemniczy przybysze znikąd, którzy nigdy nie chodzili do szkoły, nie mieli rodziców ani wychowawców i całe życie byli poza zasięgiem pouczających spotów różnych fundacji, w związku z czym nie dało się na nich w żaden sposób wpłynąć. I cała walka z cyberprzemocą ogranicza się do edukowania potencjalnych ofiar, przy totalnym pominięciu potencjalnych sprawców.

A mi zależy, żebyście nie byli ani jednym, ani drugim.

I dla tego mówię: córeczko, jeśli ktoś, nawet słabo ci znany, pisze do ciebie na prive, to jest to tylko do ciebie. Bądź osobą, której można bezpiecznie się zwierzać. Nawet w Internecie. Synku, jeśli pewnego dnia jakieś dziewczę, czego ci z całego serca życzę, prześle ci swoje zdjęcie w odzieniu skąpym, to, zaklinam cię, nie chwal się tym kolegom. Bądź facetem, któremu można  takie zdjęcie pokazać. Naprawdę warto. A jak ktoś będzie wrzucał na fejsa albo innego kwejka zabawną fotkę grubej pani, która się wywaliła prosto na tort z kremem albo młodej pary, która straszy ze zdjęcia ślubnego złotymi zębami i kiepskim makijażem albo pryszczatego nastolatka tulącego się do pada swojej konsoli, to nie lajkujcie i nie szerujcie. To, że ktoś jest gruby, brzydki albo znerdziały to nie powód, żeby cały świat wytykał go palcami. To, że jakieś zdjęcia znalazły się w necie, nie znaczy, że osoby na nich też nagle stały się czysto wirtualne.

O, i to wam właśnie chciałem wam powiedzieć. Słucham? Nie, no masz rację, oprócz tego rzeczywiście chciałem też powspominać. W sumie to następnym razem opowiem wam o tym, jak się dawniej robiło zdjęcia. Wiecie, że nie można ich było zobaczyć od razu, tylko najpierw trzeba było wywołać? Naprawdę! I kupowało się taki… Hej, dokąd idziecie? Mówię do was!

Wszyscy mówią “Lubię to!”

Czytałem ostatnio o tym, jak to żyjemy dla lajków. Że pojawiło się pokolenie “Lubię to!”, dla którego głównym celem funkcjonowania na społecznościówkach (a może i w życiu) jest zdobycie uznania i akceptacji znajomych, mierzonej oczywiście liczbą niebieskich kciuków. I że na Fejsa zaglądamy głównie po to, żeby sprawdzić, czy świat nas nadal lubi i czy pojawiają się te upragnione lajki, które mówią “fajny jesteś”.

Pomyślałem, że w sumie nawet coś w tym może być.

A potem zacząłem sobie dumać (bo akurat miałem chwilę) nad tym, co to właściwie znaczy, jak ktoś komuś daje lajka.  I doszedłem do odkrywczego wniosku, że – zależnie od okoliczności – wiele różnych rzeczy. A potem, ponieważ nadal miałem chwilę, zrobiłem taką oto systematykę. Oceńcie sami, czy opisane przypadki wyglądają znajomo.

A potem, no wiecie, dajcie lajka.


Przypadek 1. “Naprawdę to lubię”

Banalna sytuacja, kiedy “Lubię to!” znaczy po prostu “Lubię to!”. Rzadko, bo rzadko, ale się zdarza. Przykładowo, koleżanka wrzuciła urocze zdjęcie kotka. A ty przecież kochasz małe kotki. I kaczuszki.

Lajkujesz szczerze, bo prawdziwy mężczyzna nie wstydzi się swoich uczuć.

wszyscy_mowia_lubie_to_1


Przypadek 2. “Eeee… Lubię to?”

Ktoś ci coś wrzucił na oś. Pewnie chciał dobrze, ale nie wyszło. Trudno. To jak z nietrafionym prezentem – musisz udawać, że się cieszysz. Nawet jeśli dostałeś już wcześniej to badziewie od dwunastu innych znajomych. Bo przecież wszyscy wiedzą, jak bardzo lubisz jelonki.

Zaciskasz zęby i lajkujesz.

wszyscy_mowia_lubie_to_2


Przypadek 3. “A ja wiem, o co chodzi!”

Koleżanka walnęła status sugerujący, że coś ważnego wydarzyło się w jej życiu, ale nie napisała, co. Bo to, proszę ja was, tajemnica. Już samo w sobie jest to ekscytujące bardzo. A jakby tego było mało, to Ty i Kasia jako jedyne wiecie (w sekrecie), o co chodzi.

Czy może być lepsza okazja, żeby celebrować waszą zażyłość? Niech cały świat usłyszy wasze gromkie “wiem, ale nie powiem”.

Lajkujesz, bo tylko ty możesz. No i jeszcze Kasia.

wszyscy_mowia_lubie_to_4


Przypadek 4. “Masz lajka i nie płacz”

Twój mąż napisał zabawnego (jego zdaniem) posta. W związku z czym od 40 minut siedzi i gapi się w monitor, czekając aż ktoś doceni jego polot i da wreszcie lajka. A przecież trzeba wynieść śmieci i przynieść zakupy z samochodu.

Lajkujesz dyskretnie, bo inaczej się nie ruszy.

wszyscy_mowia_lubie_to_3


 

Przypadek 5. “Właśnie to miałem napisać”

Znajomy wstawił zdjęcie albo sklecił posta i od razu masz pomysł, jak to trafnie skomentować. Tak, żeby pokazać, że jesteś dowcipny bardzo albo żeś erudyta i człowiek w świecie bywały. Ale, niestety, przewijasz w dół i widzisz, że ktoś już ten twój komentarz upatrzony, wymarzony zdążył wpisać. Bywa. Facebook to dżungla.

Lajkujesz zatem ten jego komentarz, żeby pokazać przynajmniej, że ty też kumasz czaczę. I że gdybyś tylko częściej sprawdzał Fejsa, to właśnie pławiłbyś się teraz w zasłużonej chwale.

wszyscy_mowia_lubie_to_5


Przypadek 6. “Dobra, starczy tego”

Wymiana komentarzy pod postem ciągnie się i ciągnie, a w dodatku jest całkiem bez sensu. A ty właściwie to masz parę innych rzeczy do roboty (np. życie poza internetami), więc rad byś już skończyć tę gadkę. Ale jeśli tak nagle po prostu przestaniesz odpowiadać, wyjdzie cokolwiek niegrzecznie.

Na szczęście jest rozwiązanie.

Lajkujesz ostatniego posta rozmówcy i kończysz rozmowę.

Jesteś wirtuozem netykiety.

wszyscy_mowia_lubie_to_6


Przypadek 7. “Jak wszyscy, to wszyscy…”

Znajoma wzięła ślub, urodziła dziecko, dostała Paszport Polityki. Albo po prostu wstawiła na profilowe swoje zdjęcie z profesjonalnej sesji i wygląda na nim lepiej niż wygląda. Wszyscy lajkują i przychylnie komentują, więc Facebook trzyma ci to drugi dzień na samej górze Aktualności.

No to co? Będziesz tym jedynym dupkiem, który nie kliknie?

No, dobraaaa… Lajkujesz, skoro trzeba. To w końcu nic nie kosztuje.

wszyscy_mowia_lubie_to_7


Przypadek 8. “Kibicuję temu gladiatorowi”

Osobiście nie angażujesz się w głupie pyskówki w internetach. Ale jeśli ktoś to zrobi za ciebie, nie omieszkasz udzielić mu publicznie swojego poparcia.

Innymi słowy – lajkujesz jego komentarze.

wszyscy_mowia_lubie_to_8


Przypadek 9. “Dzięki, stary!”

Znajomy napisał o tobie pochlebnego posta albo udostępnił u siebie twój wpis. No co za przemiły człowiek!

Komu lajka, jak nie jemu?

Tylko potem śmiesznie to wygląda, jak się okazujesz jedynym lajkującym.

wszyscy_mowia_lubie_to_9

(A przy okazji, jeśli udostępniacie Kompostownię prosto ze strony bloga i nie oznaczycie mnie w poście, to ja tego nie widzę. I tylko dlatego nie lajkuję. Nie to, że jestem niewychowany).

I to tyle na dzisiaj. Umieszczone w powyższych statusach zdjęcia zrabowałem z netu. Oczywiście z jednym znaczącym wyjątkiem, bo każdy pretekst jest dobry, żeby pokazać swoją pleszkę.

Podczas pisania tego postu nie ucierpiał żaden paśnik.

Kompostownia poleca

Początek roku to taki okres, kiedy łatwo nabieram przeświadczenia, że wszyscy dookoła nurzają się w kulturze, tylko nie ja. Gdzie się człowiek nie obejrzy, podsumowania najlepszych ubiegłorocznych książek, filmów, płyt i innych takich tam. Ludzie  układają te swoje top teny, jarają się, porównują, dyskutują. A ja stoję sobie z boku ze spuszczoną głową i wiercę nóżką w piasku, bo nie wiem, nie widziałem, nie czytałem. Nie sądziłem, że autor jeszcze żyje. Brałem nazwę zespołu za tytuł płyty, a tytuł płyty za nazwę gatunku. Nie miałem pojęcia, czego to sequel i nawet nie wiedziałem, że w ogóle czegoś. (Bo dwójka na końcu tytułu przecież o niczym nie świadczy, prawda? Paragraf dwadzieścia dwa to nie był sequel Paragrafu dwadzieścia). A o teatrze to najlepiej w ogóle ze mną nie rozmawiać, bo się nie odnajduję. Bajka, Ochota, Capitol i Polonia to są w mojej głowie kina. Zrozumiałbym, jakby biedronki tam pootwierali. Ale teatry?

A poza tym, to ja mam dzieci, pracę, bakterie, wirusy, Wikipedię do przeczytania, kredens do potrzymania, stres, niedoczas oraz syndrom ogólnego nieogarnięcia, więc gdzie tam ja i kultura.

A z tymi waszymi modnymi obecnie wyzwaniami czytelniczymi, to mnie możecie w czwartą stronę okładki pocałować. Mój czelendż na 2015 rok to 52 razy się wyspać. Dodatkowe acziwmenty za przespanie się bez:
– kota na twarzy,
– okruszków na pościeli,
– okrzyku “tato, siusiu!”,
– zatkanego nosa,
– porannego tratowania przez potomstwo,
– budzika.

Podsumowując: jestem w dorobku kulturowym ostatniego roku zupełnie niezorientowany. Ale ponieważ w internetach im mniej ktoś się zna, tym bardziej się wypowiada, to i tak wam coś polecę. I będę w tym szalenie wintydż, bo chodzi o dziedzinę twórczości, zdawałoby się, wymierającą. Moje odkrycie minionego roku nazywa się bowiem John Finnemore i robi komediowe słuchowiska radiowe w BBC. W sensie pisze je i w nich gra.

Na twórczość pana Finnemore’a natknąłem się oczywiście przypadkiem. Dzień jak co dzień: szukałem sobie w necie jakiejś fajnej grafiki przedstawiającej wydrę w czapce kapitana. Nawet nie pytajcie. Wspólnych znajomych zapewnię tylko, że zbieżność z “Wydrą” kapitana Henia jest zupełnie przypadkowa.

A ponieważ, jak wiadomo, w internetach jest absolutnie wszystko, to owszem, znalazłem rzeczoną wydrę dość szybko i to bardzo ładną:

captain_otter_by_tillieke-d4yeujaŹródło: http://tillieke.deviantart.com/art/Captain-Otter-299664406

Mam ją teraz na tapecie w służbowym laptopie i jest fajnie, jak się na zebraniu podłączam przed prezentacją do rzutnika.

Oczywiście zaintrygowało mnie, kto i po co to dzieło stworzył. No bo jakim trzeba być człowiekiem, żeby rysować wydry z kapitanatu i wrzucać je do netu? Okazało się że trzeba być Tillieke, a rysunek to fanart do najbardziej znanego słuchowiska Finnemore’a Cabin Pressure. I kiedy piszę “słuchowisko” mam na myśli serial złożony z 27 półgodzinnych odcinków, powstających łącznie przez 5 lat.

Pomyślałem sobie, że to musi być jakiś dobry stuff, skoro ludzie po tym wydry rysują. Znalazłem pierwszy odcinek na YouTube’ie (nie szukajcie, już zdjęli), odsłuchałem jakąś minutę, stwierdziłem, że słabe i wyłączyłem. I w sumie się sobie nie dziwię, bo ta pierwsza minuta jest chyba najsłabszą w całym serialu. Kiepskie rozwiązanie PR-owe, Mr. Finnemore.

Na szczęście wkrótce potem okazało się, że koleżanka z biurka na przeciwko słucha, więc dla towarzystwa (w sensie: żeby było o czym rozmawiać w przerwie obiadowej) spróbowałem jeszcze raz i wsiąkłem już całkiem. Zwłaszcza, że akurat robiłem mały remoncik w kuchni i ze słuchawkami na uszach dobrze mi było wieczorami rechotać cichutko do gładzi szpachlowej.

O czym jest Cabin Pressure, pisać nie będę, bo nie w tym rzecz. Dość powiedzieć, że napisane jest inteligentnie i dowcipnie, postacie są stworzone po mistrzowsku i jeszcze jest w tym jakieś, nie bójmy się tego słowa, ciepło. Co oczywiście nie udałoby się bez znakomitych aktorów. Najbardziej znany to Benedict Cumberbatch i zdaje się, że sporo ludzi (zwłaszcza w Polsce) zainteresowało się Cabin Pressure głównie ze względu na niego.

Ale to, co mnie rozwala najbardziej, to świadomość, jak małej grupki ludzi potrzeba było, żeby to się zdarzyło. John Finnemore sam pisał wszystkie scenariusze, a David Tyler reżyserował i produkował. Głównych aktorów jest czworo, wliczając samego Finnemore’a, do tego dochodzą jeszcze drugoplanowi, zwykle nie więcej niż troje w jednym odcinku. No i ktoś to wszystko musiał nagrać, zmiksować i zmontować. Ale tak czy inaczej, w porównaniu z najdrobniejszą produkcją telewizyjną jest to projekcik kameralny i niedrogi.

A taki efekt.

Aż żal, że się skończyło. Bo właśnie w Boże Narodzenie BBC puściło podwójny odcinek finałowy i pozamiatane.

Oprócz tego Finnemore robi też John Finnemore Souvenir Programme, będący zbiorem luźnych skeczy. I jego również chciałbym zarekomendować. Szczególnie, że tam już nie gra Cumberbatch, więc jeśli ja wam tego nie polecę, to już chyba nikt nie poleci. A warto.

Przykładowo skecz o ewolucji. Tego jeszcze z YouTube’a nie zdjęli, więc można posłuchać tutaj, rzeczony skecz zaczyna się od 6:02. Dlaczego o nim wspominam? Bo temat jest modny (wiara kontra nauka), ale podejście nieco inne niż u takiego, dajmy na to Oatmeala czy Tima Minchina (który był zresztą moim odkryciem kulturalnym 2013). Oni ostatnio coraz częściej używają humoru do opowiedzenia się po jednej ze stron i obśmiewania tej drugiej. Czym coraz bardziej mnie nudzą i irytują. Być może dlatego, że w konflikcie wiary z nauką jestem z nimi po tej samej stronie. To znaczy o tyle, o ile ktoś się postara i taki konflikt stworzy. Bo tak samego z siebie, to go chyba nie ma.

No to teraz sprawdźcie, jak o ewolucji i Bogu mówi Finnemore. A potem odsłuchajcie resztę odcinka, bo są tam też inne perełki, jak na przykład nieznana historia wykorzystania kotów w Bitwie o Anglię. A jeśli okaże się, że podchodzi wam ten klimat, to nie przegapcie też Lucy’s Complex Dilemma.

I na koniec prośba. Powoli na nowo polubiam radio, więc jeśli ktoś by wiedział o jakimś dobrym współczesnym polskim słuchowisku, to niech da znać. No bo ile można tego BBC słuchać. Się potem na snoba wychodzi.

Słowa i wykresy – fundament pożywnego posta

Ostatnio prawie w ogóle nie czytam książek. Jakiś czas temu zdarzało mi się to jeszcze w autobusie, ale potem zacząłem drukować sobie na drogę różne materiały z pracy. Teraz nimi głównie się zaprzątam w środkach komunikacji, a współpasażerowie, o ile umieją czytać z ruchu warg, widzą, jak bardzo mnie to niekiedy porusza. Literatury jako takiej czytam natomiast mało. Dużo mniej niż przystoi szanującemu się wykształciuchowi.

I pewnie po części dlatego właśnie zainteresowałem się Ngram Viewerem czyli guglowym narzędziem do grzebania w milionach książek, których się nie czytało. A po drugiej, sporo większej, części z pewnością dlatego, że to narzędzie robi wykresy. A ja kocham wykresy.

I w związku z tym dzisiaj będzie dużo wykresów. Kto się brzydzi, niech ucieka.

Link do Ngram Viewera jest tutaj: https://books.google.com/ngrams/, a do TEDtalku, w którym objaśnione jest o co cho – tutaj: http://www.ted.com/talks/what_we_learned_from_5_million_books.

W skrócie: Google wziął i zdigitalizował 5 mln książek z lat 1800-2000. I teraz bierzesz Pan jakieś słowo, wpisujesz i dostajesz wykres częstości jego występowania w książkach na przestrzeni dwóch wieków. Chodzi tylko o książki wydane po angielsku, ale cześć z nich to przekłady z innych języków i nawet można sobie zaznaczyć, że chce się szukać tylko w literaturze rosyjskiej albo niemieckiej. Ale nie polecam. Wykresy robią się wtedy dziwne jakieś, chyba mieli za mało danych. Dziwne robią się też, kiedy rozszerzy się kryteria wyszukiwania poza rok 2000.

No dobra, ale do czego to się może przydać? W sumie nie wiem. Mi się przydało do napisania posta na Kompostownię.

Zabawka przypomina trochę statystyki z wyszukiwarek internetowych, a one zawsze mi się podobały. Na przykład kiedyś przeczytałem, że najczęściej wyszukiwanym przez Polaków mężczyzną był Jan Paweł II, a najczęściej wyszukiwaną kobietą – Doda. Było to już bardzo dawno temu, w czasach kiedy on nie był jeszcze świętym, a ona ciągle dookreślała się przydomkiem “Elektroda” i była, jeśli nie sensacją, to przynajmniej nowością. No i patrząc na takie wyniki można sobie podyskutować o wzorcach kobiecych i męskich albo można spróbować odkryć receptę na popularność w internetach. Z zamieszczonych przykładów wynikałoby, że trzeba mieć wysokie IQ i robić występy przed wielotysięczną publicznością, podczas których zwykle się śpiewa, choć w sumie nie dla śpiewu publiczność przychodzi.

Ale, jako się rzekło, Ngram Viewer nie skupia się na mediach, tylko na książkach. A to różnica zasadnicza. Przeczesując, na przykład, stare gazety, sprawdzamy, o czym w danym momencie się mówiło, jakie tematy były gorące. Zaglądając do książek, dowiadujemy się, co dla ludzi było w danym okresie naprawdę ważne. Tak sobie przynajmniej założyłem. I zacząłem sprawdzać, jak to się te priorytety zmieniały przez wieki.

Wnioskiem pierwszym Was nie zaskoczę: praktycznie nic nie pisano o rzeczach jeszcze niewynalezionych czy nieodkrytych. Mimo że dzisiaj sporo można przeczytać chociażby o teleportacji, podróżach w czasie czy drugiej linii warszawskiego metra, to dawniej najwyraźniej zachowywano większą dyscyplinę. Na przykład o telefonie nikt nie wspominał przed jego wynalezieniem w 1876 r. Potem słowo to pojawiało się coraz częściej i częściej, aż do momentu, kiedy telefon zaczął ustępować miejsca kolejnemu wynalazkowi, który po polsku należałoby chyba nazwać “fonem”.

ngrams_telefon

Postęp i marsz ku lepszemu jutru (bez ironii to piszę) możemy zaobserwować, sprawdzając takie słowa, jak “transplantacja” czy “antybiotyk”.

ngrams_antibio

Ale żeby nie było zbyt optymistycznie, warto dla równowagi zdać sobie sprawę, że astrologia ma się nieustająco świetnie, a homeopatia przeżywa wręcz drugą młodość.

ngrams_homeo

Są też oczywiście rzeczy, które istniały od zawsze, ale jakoś się o nich nie pisało. Taka czynność jak “fuck”, chociażby. Choć praktykowana z pokolenia na pokolenie, do mainstreamu przebiła się dopiero na fali rewolucji seksualnej lat 60.

ngrams_fuck

Co bystrzejsi zauważą na wykresie, że w literaturze sporo fuckami rzucano też przed 1820 r. i spytają zapewne: jakże to? Nie umiałbym odpowiedzieć, gdyby nie dodatkowa opcja w Ngram Viewerze, a mianowicie możliwość zajrzenia do wybranych publikacji z określonego okresu, zawierających szukane słowo. Okazuje się, że za fucki z czasów Napoleona odpowiada dziewiętnastowieczne “s” przypominające w druku dzisiejsze “f”, co skutecznie myliło współczesne skanery tekstu (o czym zresztą jest mowa w podlinkowanym wyżej TEDtalku). Nie chodzi zatem wcale o “fuck” tylko o “suck”. Tym, którym nadal się kojarzy, powiem: a fe, chodzi przecież o ssanie (ffanie) mleka. I dlatego w dziewiętnastowiecznym podręczniku hodowcy owiec możemy znaleźć wzmiankę o tym, że “older lambf will ftill fuck unleff they have good pafturef” (“ftarfze jagnięta nadal ffą, chyba że mają dobre paftwifka”). A w książce poświęconej opiece nad niemowlętami kobieta, która nie przystawia dziecka do piersi określona jest jako taka, która “doef not give a fuck”.

Przyznam, że ta niezamierzona gra słów mnie zainspirowała i chciałbym niniejszym zaproponować hasło wyrażające sprzeciw wobec terroru laktacyjnego:

I DON’T GIVE A SUCK WHAT YOU THINK!

Nie wiem, czy się przyjmie, ale jaką ma ładną podbudowę literacko-historyczną.

Słowom jednak z biegiem lat zmieniają się nie tylko literki, ale i znaczenia. W latach 30. problemem była ogarniająca wszystkich Great Depression czyli Wielki Kryzys. Dzisiaj swoją walkę z depresją każdy toczy indywidualnie. Chwila oddechu między jednym a drugim była tylko na przełomie lat 60. i 70. Ale to nie jest przecież blog o narkotykach, więc przemilczmy tę kwestię.

ngrams_depression

Ubawił mnie też kolejny przykład mojego ulubionego zjawiska językowego, czyli zaklinania rzeczywistości. Niebezpieczeństwo kontra ryzyko. Pierwsze grozi, czyha, czai się. Drugie można natomiast oszacować, zminimalizować, a podobno nawet nim zarządzać. Nie należy się zatem dziwić trendowi. Ale świat się od tego bezpieczniejszy nie zrobi.

ngrams_risk

Są jednak słowa, które od zawsze znaczą to samo. Niektóre znaczą coś bardzo ważnego, chociażby: wiara, nadzieja, miłość, żeby tak z grubej rury przywalić. Spodziewałem się, że będą nieustannie na topie. A tu takie coś.

ngrams_love

Co przyszło w to miejsce? Pieniądze? Przyjemność? Rozrywka? Okazuje się, że niespecjalnie. Już nie będę wklejał kolejnych wykresów, uwierzcie na słowo albo sprawdźcie sami, jak macie ochotę. A ja jakoś tak się zafiksowałem, żeby przyłapać nas, współczesnych, na konsumpcjonizmie, że wpisywałem po kolei różne dobra doczesne, aż trafiłem na najbardziej oczywiste: jedzenie. I proszę, wyszło tak:

ngrams_food

Okazuje się, że o jedzeniu nie pisze się najwięcej w czasach dobrobytu. Jedzenie jest na topie w czasie wojny. A już najbardziej wymowny wydaje mi się poniższy wykres, na którym jedzenie okazuje się być lustrzanym odbiciem śmierci.

ngrams_death

Znowu zwróćcie uwagę na obie wojny światowe. Wygląda na to, że im więcej śmierci wokoło, tym mniej chcemy o niej pisać i czytać, a tym bardziej interesuje nas jedzenie. W sumie logiczne. A nawet symboliczne.

I to byłoby właściwie ładne zakończenie, ale trzeba przecież jeszcze sprawdzić siebie.

ngrams_polska

No cóż, nie jest chyba specjalnym zaskoczeniem, że nasz kraj był najbardziej interesujący dla anglojęzycznego świata jako taki fajny płaski teren, po którym wojska różnych mocarstw mogły się ganiać wte i we wte. Aczkolwiek po cichutku miałem nadzieję na jakiś skok w latach 80.

Dobre wieści są natomiast takie, że kompost najwyraźniej przeżywa renesans.

ngrams_compost

I utrzymania tego trendu sobie i Wam życzę.

Heidi und Ben

Już nie pamiętam, jak do tego doszło i jakie kręte ścieżki skojarzeń mnie tam zaprowadziły. Zresztą późną porą w zmęczonym mózgu dziwne myśli pojawiają się zwyczajnie znikąd. W każdym razie, jakieś trzy tygodnie temu, koło północy pomyślałem sobie “Ciekawe, o czym właściwie jest piosenka >Ajli, ajlo<?”. Gimby nie znajo, więc gimbom wyjaśniam, że był to utwór szczególnie ukochany przez żołnierzy Wermachtu i regularnie śpiewany podczas udeptywania podkutymi butami dróg Generalnej Guberni w latach 1939-45. Przynajmniej według filmu “Zakazane piosenki”.

No i OK, 15 lat temu tak bym sobie pomyślał, wzruszył ramionami i przełączył się z Polsatu na TV4. Bo 15 lat temu, o czym gimby nie pamiętajo, więc gimbom przypomnę, nie było internetu w każdym domu i na każdym rogu ulicy. A trzy tygodnie temu już był, więc wklepałem w YouTube’a “ajli ajlo”. YouTube bardzo wyrozumiały jest i wie, że Polacy z językami obcymi to tak nie do końca, więc już w trakcie wpisywania podpowiadał mi, że może chodzi o “ajlawiu”. A kiedy skończyłem, zasugerował, że właściwie to pewnie szukałem “Heidi, Heido”. OK, sprawdźmy. Zapuszczam klipa i rzeczywiście – melodia się zgadza. Mądry YouTube, już go, widać, niejeden rodak wytresował. Czyli w refrenie tam nie żadne “ajli”, tylko “Heidi”. Imię takie. Żeńskie. Noszone na przykład przez panią Klum i rozkosznego zezowatego oposa z zoo w Lipsku, który w 2011 r. typował zdobywców Oskarów.

A cała piosenka jest w zasadzie wyłącznie o tym, że podmiot liryczny zamierza iść do gospody i wydać ostatnie pieniądze na wino. Przyznam, że bardzo mi się to spodobało. Bo ja zawsze lubiłem sobie pomyśleć, że prości żołnierze wszystkich armii świata, kiedy sobie maszerują i maszerują, to tak naprawdę mało są zainteresowani szerzeniem tej całej demokracji, rewolucji czy wiary. Bo w głębi duszy marzą tylko o tym, żeby iść do knajpy, schlać się i obłapić jakąś Heidi. A w smutnych pustynnych krajach, gdzie alkohol jest zakazany, a kobiety siedzą po domach, prości żołnierze marzą pewnie o tym, żeby polec w walce z niewiernymi i trafić do raju, gdzie już można pić i obłapiać hurysy.

No dobra, fajnie, posłuchałem, wyłączyłem kompa, poszedłem spać. Ale następnego wieczora odpalam YouTube’a i jakby mnie kto w mordę dał. Reklama eBay’a w języku najeźdźcy: “Das ist Ben. Ben braucht echt mal eine neue Wohnung. Kein Problem Ben!”. Nosz, cholera by was wzięła! Raz człowiek sobie posłucha pijackiej przyśpiewki po niemiecku i już go klasyfikują jako folksdojcza?!

Następnego dnia to samo: “Das ist Ben”.

I następnego.

Po tygodniu skończyła mi się cierpliwość. Ja niby nic do Niemców nie mam. Właściwie to nawet czasami, jak kolejny raz wdeptuję w psie gówno na środku chodnika, to sobie myślę, że mógłby ktoś nas wreszcie chociaż troszeczkę podbić i zaprowadzić jaki-taki ordnung. No ale to już przegięcie. Polski mam paszport na sercu, polskie IP w sieci i nie będzie mi tu głupi YouTube amerykańskiego serwisu niemieckim tekstem reklamował!

Przedsięwziąłem tedy odpowiednie kroki.

Najpierw kazałem YouTube’owi odnaleźć i puścić utwór Andrzeja Boguckiego “Nie damy Wilna, nie damy Lwowa” wydany przez Syrena Record w serii, uwaga, “Białe kruki czarnego krążka”. Jeżeli słowa “Nie damy morza ani Pomorza, gdy nam je ręka wróciła Boża” nie przekonają YouTube’a, że to z Polakiem ma do czynienia, to nie wiem co przekona. Na wszelki wypadek dorzuciłem jednak piosenkę “Wilno odbijemy”. Tutaj refren brzmiał z kolei “Moskwę zdobędziemy, Kijów odbijemy, odpoczniemy na Kamczatce przy chińskiej herbatce”. Grubo. Niemiec, co chciał tylko pić wino z Heidi w lokalnej gospodzie wypada blado, przyznacie. A dalej to już jechałem na filmach, które były linkowane do poprzednich, mianowicie “Cejrowski o Komorowskim i Tusku” oraz “Czy to człowiek wychodzi z wraku Tupolewa?”. A masz, YouTube’ie, a masz.

OK, idzie następna reklama: “NESCAFE – zły sen o braku kawy”. Bez sensu, ale po polsku. Jest, znaczy się, postęp. W kolejnej reklamie próbowano mnie już tylko namówić, żebym zrobił zdjęcie paczce makaronu i wygrał Multicooker, aż wreszcie – bingo! “Biało-czerwone Tik-taki – kibicuj paczką i wygrywaj nagrody”. Tak jest! Tik-taki w barwach narodowych! Mission accomplished.

Od tego czasu “Das ist Ben” się nie pojawił.

A teraz, kiedy już to wszystko napisałem, naszły mnie wątpliwości. No bo może rzeczony Ben przez ten tydzień ogólnie wszystkim na YouTube’ie wyskakiwał? I nie miało to żadnego związku z rzeczami, które ja oglądałem? Czyli ten wpis byłby wtedy całkiem bez sensu. Trudno. Już za późno, żeby się wycofać. Zbyt długo czekałem na pretekst, żeby wkleić zdjęcie zezowatego oposa Heidi i teraz nic mnie już nie powstrzyma.

Voyager

Czytałem sobie ostatnio w Wikipedii o sondzie Voyager.

No dobra, jak się tak zaczyna posta, to już trudno znaleźć cokolwiek na swoją obronę. Zatem przyznaję się – jestem nerdem, nocami nie śpię, bo trzymam kredens i czytam Wikipedię. Deal with it.

No, i te Voyagery (bo ich dwie sztuki są) lecą sobie aktualnie w siną dal kosmiczną, żeby w niej prawdopodobnie w końcu zgubić się na amen. Choć nie można wykluczyć i takiej możliwości, że trafią jednak na jakąś obcą cywilizację. I na tę okoliczność do obu sond dołączona jest informacja specjalnie dla ufoków. Jest tam instrukcja jak do nas trafić, jest trochę zdjęć pokazujących, jak ta nasza Ziemia wygląda, jak wyglądamy my i co tutaj porabiamy. Są też ponagrywane różne ziemskie dźwięki, a nawet nieco muzyczki. Czyli taki trochę list w butelce, a trochę folder turystyczny.

Innymi słowy, ktoś tu, kurwa, nie odrobił lekcji z historii.

No bo wyobraźmy sobie, że gdzieś tam pod koniec XV wieku jakiś Maj albo inny Aztek mówi do drugiego: “Ej, słuchaj, szwagier, zrobimy tak. Jebniemy sobie pergaminowe selfie na tle tego całego złota w skarbcu i jeszcze taką słitfocię, jak go pilnujemy z naszymi high tech łukami i włóczniami. Potem narysujemy dokładną mapę, jak do nas trafić, wsadzimy to wszystko do butelki i wrzucimy do oceanu. No bo tak sobie pomyślałem, może tam po drugiej stronie żyje jakaś zaawansowana cywilizacja? Może oni już potrafią budować statki, które przepływają Wielką Wodę? Może mają, nie wiem, jakieś kije miotające ogień? I religię zupełnie inną niż nasza? I choroby dotychczas u nas nieznane? I kurczę, może chcieliby nas odwiedzić? Fajnie byłoby, nie?”.

I to właśnie jest pierwszy powód, dla którego mam nadzieję, że nikt nigdy tych naszych Voyagerów nie znajdzie. Drugi powód jest natomiast taki, że nie chcę, żebyśmy my, Polacy, narobili sobie trzody na cały Wszechświat.

No bo na tej niesionej przez obie sondy pocztówce z Ziemi są też nagrane pozdrowienia w 55 językach. Tak na wszelki wypadek, bo co prawda wiadomo, że Darth Vader i inni tacy tam to mówią zasadniczo po angielsku, ale może nie we wszystkich galaktykach tak jest. Większość pozdrowień jest dość sztampowa, ot, Francuzka woła “Bonjour tout le monde”, a Niemka dodaje swoje “Herzliche Grüße an alle”. Inni lektorzy idą bardziej w klimaty Miss World i mówią o tym, jak to miłujemy pokój i jak bardzo go życzymy kochanym kosmitom. Chinka nawet dopytuje się w dialekcie amoy, czy ufoki już coś dzisiaj jadły. Jeśli się nie mylę, to jest akurat taka tradycyjna formułka grzecznościowa, ale ja bym się z nią raczej nie wychylał, dopóki nie ustalimy, czy te ufoki czasem nie jadają nas.

Na tym tle trochę wyróżnia się Szwed, który uznał, że będzie mówił tylko za siebie i wysłał w kosmos “pozdrowienia od programisty z małego miasteczka uniwersyteckiego Ithaca na planecie Ziemi”.

Turek natomiast, jako jedyny chyba, wyczuł absurd całej sytuacji, znalazł przestrzeń na żart i przesłał pozdrowienia “drogim przyjaciołom mówiącym po turecku”.

Ale, jako się rzekło, wszystkich przebiła Polka. W imieniu naszego narodu bowiem, dwie sondy niosą w kosmos hasło “Witajcie, istoty z zaświatów”.

No i teraz za milion lat jakiś ufok weźmie takiego Voyagera do ręki (względnie macki, nibynóżki, czy co mu tam innego będzie wystawać) i pomyśli sobie z politowaniem o kraju nad Wisłą. Kraju, w którym nawet w erze podboju kosmosu ludziom nie mieściło się w głowach, że gdzieś za Neptunem i Plutonem może rozciągać się jakiś tam kosmos. No bo przecież ta sonda wcześniej czy później musi przelecieć nad jakimś Styksem albo głową Świętego Piotra i trafić w zaświaty. Wiadoma sprawa.

Post Navigation

%d bloggers like this: