(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “mieszkam w tym kraju”

Na kładce

Siedzimy sobie we trzech: ja, Henrique, czyli mój wymyślony przyjaciel z Mozambiku, oraz Eduardo, wymyślony przyjaciel ministra Waszczykowskiego (wiadomo, skąd). Jest sobota wieczór, posadowiliśmy się wygodnie na kładce dla pieszych nad ul. Górnośląską, dyndamy nogami i pijemy rum. Alkohol pity w miejscu publicznym może sprowadzić na nas kłopoty, ale Eduardo poza rumem nie przyjmuje żadnych innych płynów. Widać minister Waszczykowski pojmuje świat nieco stereotypowo.

Na szczęście policja ma co innego do roboty, bo pod nami, wymachując transparentami i wykrzykując hasła, suweren idzie pod Sejm.
– Kto to? – pyta Henrique.
Rzucam w dół fachowym okiem mieszkańca stolicy. Głównie kobiety, brak szpitalnych fartuchów, brak parasolek, stroje może nie tam zaraz różnokolorowe, ale na pewno nie czarne.
– Nauczyciele – ustalam drogą eliminacji.
– Szego one kcieć? – pyta Eduardo, obdarzony przez pana ministra typową dla egzotycznych sojuszników Polski składnią Kalego z Pustyni i w puszczy.
– One nie chcieć reforma edukacji – mówię głośno i powoli.
– Czyli chcą, żeby było jak dawniej? – upewnia się Henrique.
Tu już odpowiedź nie przychodzi mi tak łatwo. W sumie kto tam wie, czego chcą nauczyciele. Z czasów szkolnych pamiętam, jak mówili, że chcieliby stawiać nam same piątki, ale ich czyny świadczyły zgoła o czym innym.
– No… Chyba tak… – mówię niepewnie.
– A ci, co robić reforma, kcieć nowocieśna, lepsia śkoła, tak? – pyta Eduardo. Widać minister Waszczykowski obdarzył go nie tylko oszałamiającym afro i  wytatuowanym torsem widocznym spod rozchełstanej koszuli, ale też niezachwianą wiarę w Dobrą Zmianę.
– No, nie – sprostowuję. – Oni też chcieć, żeby być jak dawniej. Tylko że jeszcze dawniej. Wizjonerstwa u nas niet. PiS chcieć, żeby być tak, jak przed rządami opozycji, a opozycja chcieć, żeby być tak, jak przed rządami PiS.
– Chcą po staremu? – dziwi się Henrique. – Nawet ci, co się nazywają .Nowoczesna?

Następne 5 minut spędzamy, śmiejąc się serdecznie z nazw polskich partii politycznych.
– “Nowoczesna”! Hahahaha!
– “Obiwatelszka”! Hohohoho!
– “Prawo”! O, ja cię, nie wytrzymam!
Na koniec z pewnym zażenowaniem stwierdzam, że jedyną adekwatną nazwę (a właściwie skrót) ma partia KORWiN.
– A ty, Wojtek? – pyta Henrique. – Nie chcesz, żeby wróciła Polska sprzed PiS? Przecież ich nie cierpisz.
– Nie cierpię – potwierdzam. Eduardo momentalnie zmienia się w pachnącą Karaibami mgiełkę i rozpływa w powietrzu. W głowie ministra Waszczykowskiego nie ma miejsca na krytykę partii rządzącej. – Ale ta Polska sprzed PiS nie była lepsza.
– Nie była? Dlaczego? – dziwi się Henrique.
– Bo to była Polska, w której wybory wygrywa PiS.

Tragizm sytuacji zostaje złagodzony przez fakt, że choć Eduardo zniknął, to jego rum pozostał.

SOR

Z synem coś było nie halo, więc zabrałem go do pani doktor. Bywamy u niej często i w sumie to muszę kiedyś zagadać, czy nie pozwoliłaby nam zamieszkać u siebie w jakiejś komórce pod schodami czy coś, bo co ja tak będę ciągle jak głupi jeździł wte i nazad. Pani doktor potwierdziła moją wstępną diagnozę, że z synem jest coś nie halo, a ponieważ ta niehalość miała charakter nawracający, to posłała nas do szpitala na SOR, żeby nam tam zrobili niehalografię, a w razie potrzebny położyli na oddział i leczyli. No to dzwonię do żony, że halo, z dzieckiem nie halo, niehalość nawracająca, zbieraj się, grażynko, kierunek szpital. A potem drugi telefon do taty, że z dzieckiem młodszym nie halo, szpitalu halo witaj nam i czy mógłby ode mnie zabrać to starsze, bo mi w tej chwili niepotrzebne, a nawet zawadzać będzie, to lepiej może niech sobie posiedzi z dziadkami, pokoloruje jednorożce, wyżre wszystkie żelki ze spiżarki i scementuje więź międzypokoleniową.

No i czy wy widzicie, jakie to jest niesamowite?! Dwa prztyknięcia tym takim śmiesznym telefonem, co się w kieszeni mieści i już na dwóch końcach miasta odpalają dwa silniki i nadjeżdża odsiecz! Kurwa, jakbym o tym opowiedział Napoleonowi, to by mi nie uwierzył, że takie rzeczy możliwe oraz dodałby coś po francusku, a ja bym nie zrozumiał. W czasach Napoleona to ja bym z tym dzieckiem zapierdalał saniami po śniegu (bo efekt cieplarniany jeszcze niewynaleziony byłby) i to nie do szpitala, tylko do jakiegoś lekarza powiatowego od puszczania krwi. I to sam, bo żona by była nieżywa od dawna na jakąś zarazę, a tata na niezoperowane serce. A nie, w sumie to nie jechałbym, bo przecież bez antybiotyków to bym dzieci już nie miał. No więc, powtarzam, to wszystko jest totalnie niesamowite, ale już przywykliśmy. Więc żona tylko pakuje kanapki, a ja wygodne japonki na zmianę, bo wiemy, ile się na SORze czeka, i jedziemy.

Szpital nowiutki, pachnący, wykładzina lśni aseptycznie, kanapy w poczekalni spoglądają zapraszająco, tylko pacjenci jacyś nie w sosie. To znaczy rodzice pacjentów, bo same dzieci to w większości mają wyjebane i ganiają się radośnie po pokojach. Tak jest, po POKOJACH. Liczba mnoga. Mamy ich do dyspozycji cztery: poczekalnia z kanapami, bawialnia z książkami, przewijalnia z przewijakami i polegiwalnia z pufami. W rejestracji mówią, że na wejście do gabinetu trzeba będzie poczekać ze cztery godziny, no ale chuj, przecież jak ktoś codziennie dwie godziny stoi w korku, to chyba może raz do roku poczekać cztery? Zwłaszcza że, jak wynika z moich obliczeń, każdą godzinę można spędzić w osobnym pokoju.

Do gabinetu wchodzimy w końcu po jakichś pięciu i pół, bo ciągle przepuszczali przed nas kogoś, kto połknął igłę albo co. No ale to zrozumiałe chyba. A w gabinecie siedzi lekarka, która skończyła te trudne i długie studia właśnie dla takich chwil jak ta, kiedy przed północą ogląda nasze dziecko, z którym coś nie halo. I uśmiecha się do niego. I posyła na wypasionego rentgena najnowszej generacji, który okazuje się być w chuja wielką i skomplikowaną maszyną, która pokazuje niezbicie, że wcale nie jest z naszym synem tak nie halo, jak się wszystkim wydawało i kocham ją za to. Więc jedźcie, państwo, do domu, łykajcie, wziewajcie, skontrolujcie się za parę dni.

No i co prawda w tej poczekalni jak zwykle dostaliśmy gratis jakiegoś rotawirusa, i żona z synem spędzili dzisiejszą noc puszczając tzw. wielorybki, no ale hej, niech to nie przysłoni pozytywnego wydźwięku przytoczonej historii pełnej niezawodnych dziadków, dyżurujących lekarzy i sprzętów typu future-is-now.

Bystrzy jesteście, więc pewnie już się domyślacie, do czego zdążam. Ten wpis mógłby przecież brzmieć: “Ale chujowy Sylwester 😦   Najpierw 7 godzin na SORze, a potem rotawirus. 2016 roku, idź już sobie!”

I zdradzę wam sekret. Marne szanse, żeby nadchodzący rok był jakoś wyraźnie lepszy od mijającego. Ale życzę wam, żeby sprawił wam dużo radości.


PS. To czysty przypadek, że ten kompost wychodzi niemal równocześnie z inną opowieścią o SORze. Sprzeczności nie widzę. Nasza służba zdrowia jest, rzekłbym, korpuskularno-falowa. I na trytki, i cudowna.

Ratownik

– Co tam dzisiaj było w przedszkolu, córeczko?
Pokój wygląda jak chlew po tornadzie, syn jeździ samochodzikiem po talerzu, całe żarcie już dawno wystygło, a kot próbuje mi podpierdzielić mięso z widelca. Ale chuj z tym, jest biesiada, jest small talk.
– Przyszedł pan ratownik!
– Taki co jeździ karetką?
No bo przecież nie wodny. Raczej aż tyle nie płacimy na tę Radę Rodziców, żeby przedszkole mogło basen w piwnicy pierdolnąć. Chyba, że oni uczęszczają chyłkiem na jakąś pływalnię, a ja znowu przegapiłem ogłoszenie w szatni i nie wyposażyłem dziecka w czepek, kostium z Elsą i klapki… Cholera.
– Nieee… Taki inny… Taki… Eeee…
Okej, czyli basenu nie ma. Alarm odwołany. No dobra, to niech ona teraz poszuka odpowiedniego słowa, a ja spróbuję nafutrować to drugie.
– Jedz synku mięsko. Nie sam makaron.
– Nie e am-am! Nie e am-am!
To nie jedz! W ogóle, jak ci tak wszystko nie pasuje, to się wyprowadź, zaciągnij na jakiś okręt i żryj śledzie z beczki.
– To może ogórka?
– Tata, ten pan miał, zobacz, miał tutaj…
Na piersi.
– …taką odznakę z orzełkiem…
Urzędnik stanu cywilnego?
– …i syrenki tu na rękawach.
Czyli albo wydziarany recydywista, albo…
– To może to był strażnik miejski?
– Tak! I uczył nas o bezpieczeństwie.
– Świetnie! O tym, jak przechodzić przez ulicę?
– Nie.
No to o czym, kurwa? Jak ochronić się przed zagładą jądrową, zakładając żółte blokady na koła?
– No, mówił… No, na przykład jest taka sytuacja: rodzice wyszli po zakupy i zostawili nas w domu…
Aha, czyli o tym, żeby nie wpuszczać obcych. Słusznie. Ale tu na razie nie ma stresu, bo młoda nie sięga jeszcze do zasuwki. Może sobie najwyżej z jehowymi przez domofon pogadać. Swoją drogą może warto zorganizować taką ustawkę? #słuchałbym #żarłbympopcorn.
– …samych w domu. Z wujkiem.
Uuuuu, to widzę z grubej rury! Będzie o złym dotyku, jak nic! Dobra, ostrożnie.
– No i co ten wujek?
– No i patrzymy, a ten wujek leży i się nie rusza.
Co, kurwa?!?!
– Eee, leży?
– Tak! Leży nieprzytomny i trzeba sprawdzić, czy oddycha…
O kraju mój wódką i winem płynący! Co twa pięcioletnia córa wiedzieć winna o bezpieczeństwie? Proste: jak zbierać nieprzytomnego wujka z podłogi. Dziękuję, kurtyna.
– …i sprawdza się tak, że tak robisz głowę i tu patrzysz. A potem, tak składasz ręce i mocno naciskasz na serce. I trzeba wezwać pomoc.
A może to i dobrze, że się tego uczą? Cholera wie, kiedy przy nich dostanę zawału. Taka wiedza będzie wtedy jak znalazł.
– Synku, nie wylewaj picia na kota!
Nie no, serio, jak ja byłem w jej wieku, to strażnicy miejscy do przedszkola nie przychodzili, tylko malowaliśmy obrazki na Dzień Milicjanta. A teraz okazuje się, że pan strażnik przyniósł nawet fantoma, na którym dzieci mogły poćwiczyć reanimację wujka. Fantom był elektroniczny i gadał, więc normalnie prawie R2D2.
– I na koniec pan powiedział, że się niedługo znowu zobaczymy.
– O, to ciekawe, o czym będzie następnym razem.
– Ja wiem, co będzie następnym razem! Powiedział, że podzieli nas na grupy i będziemy coś robić. Jakieś rzeczy.
OK, to jesteśmy umówieni.

Dzidzia

– Mam prawo nienawidzić, kogo chcę. – oświadczył z dumą koleś w nocnym, kiedy młody człowiek z dredami przepasanymi niebieską chustką grzecznie zwrócił mu uwagę, że piosenka “Jebać brudasa / jebać rastafarianina / w niebieskiej chusteczce / chodzi dziewczyna” jest dla niego jednak trochę obraźliwa. I wcale nie był, ten nienawidzący, taki znów młody, tak bardzo pijany ani taki łysy, jak można by przypuszczać na podstawie samego opisu zdarzenia. Suchy opis nie odda też tonu, którym to powiedział. Brzmiało to jak “mój dziadek zginął w powstaniu, żeby dzisiaj każdy mógł nienawidzić, kogo chce!”.

Dla równowagi: rozkosz językowa na naszym placu zabaw dzięki rodzicielstwu multi-kulti. Śródziemnomorski ojciec łamaną polszczyzną udziela córce informacji zwrotnej, że psieciesz mogla zrobicz dzidzi ksziwde! A wobec jej oporów poznawczych, daje się nieco ponieść emocjom i przechodzi na język ojczysty, uświadamiając dziecku, że kabahatakrampateha dzidzia! Gehdekrhabohekhera dzidzia karakhoutroke! Dzidzia mukurukatakaturokhumuserkh!
I fantazjuję, że może on kiedyś zabierze córkę na wakacje do środziemnomorskich dziadków i przywiezie śródziemnomorskiemu krajowi polskie słowo, którego najwyraźniej tam brakuje. Bo odpowiednik słowa “jebać” to na pewno mają.

Potęga miłości i groza Kosmosu

Przychodzi chłop (w sensie: ja) do lekarza, a lekarz mówi:
– Panie chłopie, ja tu już nie będę pracować, idę na swoje, chodź pan ze mną.
– Dobra, panie lekarzu. – mówię na to ochoczo. – Idziemy.
– Tylko niech pan stąd weźmie, panie chłopie, swoją historię choroby, bo mi jej nie wolno zabierać.

O, fajnie, cieszę się w myślach. Wreszcie się dowiem, co on tam o mnie pisze przy każdej wizycie. Bo może na przykład nic, tylko krzyżówkę rozwiązuje chyłkiem. Ale przy odbiorze papierów okazuje się, że kij tam z krzyżówką, bo w charakterze nieoczekiwanego bonusa dostaję również dokumenty sprzed 17 (!) lat. Wtedy to do tej samej przychodni wysłała mnie komisja wojskowa, żeby fachowcy stwierdzili, czy rzeczywiście nie nadaję się do służby Ojczyźnie tak bardzo, jak twierdzę.

A było to tak.

Wezwanie do Wojskowej Komisji Uzupełnień dostałem jako pierwszy w klasie. Duma bardzo, zabrałem je do szkoły i wszystkim pokazywałem na korytarzu. No bo wiecie, niby ciągle mieszkam z rodzicami i babcia mi gotuje obiadki, a mama pierze skarpety, ale jakby co, to już jestem na tyle dorosły, żeby przelewać krew za Ojczyznę, naftę i bawełnę.

Do wojska jednakowoż jakoś mi się nie spieszyło, więc na komisję wybierałem się z plikiem diagnoz, wyników i zaświadczeń przekonujących o mojej trwałej niezdolności do obrony granic. I nie zrozumcie mnie źle – nic lewego tam nie było. Po prostu, jak mówi stare przysłowie, nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. No i ja właśnie w porę zadbałem o to, żeby mieć wszystkie swoje diagnozy na piśmie. Tak uzbrojony, czekałem.

I oto nachodzi wreszcie dzień, kiedy osłonięty jedynie bokserkami i teczką pełną zaświadczeń lekarskich, wchodzę na komisję.

A tam na dzień dobry – fortepian.

O, kurwa.

Niby dla niepoznaki przykryty jakimś materiałem, no ale umiem odróżnić fortepian od czołgu nawet w kamuflażu bojowym. Trzy nogi są, gąsienic nie ma. What the fuck? – zapytałbym siebie w myślach, gdyby młodzież wtedy tak mówiła. (Jeszcze nie mówiła, więc zdumiałem się w myślach po polsku). To będą mnie do orkiestry wojskowej przesłuchiwać?
Ale nie. Fortepian jest na sali tylko dlatego, że pomieszczenia, w których stacjonuje komisja, w cywilu należą do domu kultury.

Komisja przystępuje do oględzin. Z przekazów kulturowych znam legendarne “Przodem! Tyłem! Kaszlnąć! Zdrowy!” i jestem ciekaw, czy medycyna wojskowa poczyniła pod tym względem jakieś postępy. Poczyniła. Jest tylko “Przodem! Tyłem! Zdrowy!”, bo wobec przyniesionych przez nas prześwietleń klatki piersiowej “Kaszlnąć!” okazuje się już zbyteczne. Wszystko zatem idzie naprawdę szybko i już mi chcą dawać kategorię “A”, kiedy gwałtownie oponuję, machając swoją teczką pełną papierów.

– No dobra, pokaż, co tam masz. – wzdycha Pan Komisja. Pewnie oficer. W sumie nie wiem.
– Choroba Scheuermanna! – melduję posłusznie i prezentuję zaświadczenie, które wypisał mi mój ortopeda, co to teraz magnez o doskonałej bioretencji w telewizji reklamuje. Dla niewtajemniczonych: Scheuermann to jałowa martwica kości, czyli kifoza młodzieńcza, czyli po prostu garb. Jak ostatnio przeczytałem w Wikipedii, “powoduje zeszpecenie i trwałe ograniczenie sprawności życiowej”. Story of my life.
– Eeeee, tam. – lekceważy jednak moje cierpienie, zeszpecenie i ograniczenie pewnie-oficer. Widać w nowoczesnej armii garb nie przeszkadza. W sumie łatwiej się człowiek mieści w czołgu.
– Skolioza? – próbuję nieco mniej pewnie, podając kolejną kartkę wypisaną przez ortopedę od magnezu.
– Eeee…
No to wyciągam broń ostateczną: nerwica lękowa. Tu już komisja okazuje pewne zainteresowanie. Widać żołnierz polski może być garbaty, ale nerwowy czy, nie daj Bóg, lękliwy – w żadnym razie. Dostaję skierowanie do przychodni, w której sprawdzą, co tam mam pod hełmem.

Do przychodni udaję się na rowerze. Przypominam, że rzecz dzieje się w najtisach, kiedy to rowery kradną na potęgę. Mój jest całkiem, jak na tamte czasy, przyzwoity, więc zabezpieczam go, nie tylko przypinając do nieruchomego elementu krajobrazu, ale też odkręcając koło i biorąc je pod pachę. Stylówy dopełniają krótkie bojówki (mówiłem, że najtisy), w których podczas jazdy na rowerze ciągle rozpina mi się rozporek.

W poczekalni, ku mojemu rozczarowaniu, sami z wyglądu normalni ludzie, poza jedną dziwną panią. Dziwna pani wkrótce okazuje się Panią Psychiatrą i zabiera mnie na badanie, czyli – ku mojemu ponownemu rozczarowaniu – zwykłą rozmowę bez żadnego pokazywania plam atramentowych czy coś. Potem przejmuje mnie młody Pan Psycholog i dopytuje o historię mojego życia.

Pamiętam to koło od roweru, pamiętam, że w trakcie rozmowy dostrzegłem rozpięty rozporek i z wdziękiem go sobie zasunąłem, pamiętam, że w końcu dali mi kategorię “D”, ale nie do końca pamiętam, o czym rozmawialiśmy. A wygląda na to, że mówiliśmy o sprawach absolutnie fundamentalnych. Eros, Tanatos, miejsce człowieka we Wszechświecie, te klimaty. I że mój rozmówca miał niezwykły talent do efektownego protokołowania wypowiedzi pacjentów. W otrzymanej przeze mnie dokumentacji medycznej czytam bowiem:

“Diagnoza: nerwica lękowa. W ’96 zakochał się i twierdzi, że objawy minęły. Obecnie: lęki, np. kiedy rozmyśla nad strukturą Kosmosu”.

Odzież z orzełkiem

Tak się zastanawiam – dlaczego ta twoja koszulka ma biało-czerwoną opaskę nadrukowaną na ramieniu?

Nie no, jasne, widzę, że jesteś patriotą. Wielkimi literami masz to na piersi napisane. Ale ja pytam, dlaczego na ramieniu.

Powstańcy? Że niby warszawscy? Ale im te opaski były potrzebne, bo nosili mundury zabrane Niemcom. Jakoś musieli się od nich odróżniać. A ty od kogo chcesz się odróżnić? Mi się takie znakowanie ludzi opaskami kojarzy bardzo niedobrze. Pewnie się interesujesz historią, to sam wiesz, z czym.

szwadrony_polskie

Ja się historią nigdy specjalnie nie interesowałem, licząc na wzajemność. I rzeczywiście, dotychczas się jakoś o mnie nie upominała. Ale widać każde pokolenie ma swój czas i boję się, że nasz właśnie nadchodzi.

Historią się nigdy specjalnie nie interesowałem, ale parę rzeczy ze szkoły udało mi się zapamiętać. Na przykład to, że ona, ta historia, lubi się powtarzać. I obawiam się, że znowu zamierza to zrobić. Nie sama, oczywiście. Wy jej w tym pomożecie.

Jak to, kto? No wy, chłopaki z husarią i żołnierzami wyklętymi na piersi.

Nie złość się. Ja też jestem Polakiem. Ten orzeł, co go masz tam wyhaftowanego, to też mój orzeł. W dowodzie go mam i na pieniądzach go mam. Lubię kupować dzieciom banany za pieniądze z orłem białym. Bo kiedy sam byłem dzieckiem, płaciło się za nie dolarami. Albo bonami.

Pewnie, że nie wiesz, co to takiego. Za młody jesteś. Parę lat temu myślałem, że nigdy się nie dowiesz, że będziesz w euro płacił. Teraz nie jestem już taki pewien.

filcowy-rycerz

No więc obaj mamy tego samego orła, ale ja myślę, że nie gramy w tej samej drużynie. Nad twoim orłem jest napisane “Śmierć zdrajcom ojczyzny”. I ja nie bardzo wiem, kto jest dla ciebie takim zdrajcą, ale mniej więcej wiem, co to jest śmierć. I nie jest to chyba najgorsza rzecz, która może nam się przydarzyć, jeśli się weźmiecie za tych zdrajców.

Ty pewnie o tym nie wiesz, ale myślę, że grasz w jednej drużynie nie ze mną, ale ze wszystkimi innymi chłopakami od orłów i lwów, z chłopakami z całej Europy. Ja wiem, że przynajmniej część z nich to twoi śmiertelni wrogowie. Bo wam się pewnie wydaje, że popychacie świat w zupełnie przeciwnych kierunkach. Ale przypuszczam, że wcześniej czy później, dzięki waszym wspólnym wysiłkom, spotkamy się wszyscy w jednym miejscu. I będzie to cholernie nieprzyjemne miejsce.

Może wtedy twoje dzieci będą mogły już na poważnie nosić te biało-czerwone opaski. Może nie będą już musiały bawić się w paintballa i grupy rekonstrukcyjne. Może dla nich namalowanie na murze kotwicy Polski Walczącej będzie rzeczywiście wymagało odwagi. Kto wie? Może zostaną bohaterami i same kiedyś trafią na jakąś koszulkę?

Może tobie właśnie taka przyszłość się marzy? Bo ja to bym jednak wolał Unię Europejską, święty spokój i wodę w kranie. Może nawet być zimna.

Nie wiem, jak będzie, ale czarno to wszystko widzę. Bo, co prawda, historią nigdy się specjalnie nie interesowałem, ale coś mi tam ze szkoły w głowie zostało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zapomniani uczeni rosyjscy: Ilja Siergiejewicz Ofsajdow

Ilja Siergiejewicz Ofsajdow – wybitny radziecki trener i teoretyk futbolu, ze względu na swoją przebiegłość i zamiłowanie do forteli nazywany Liskiem Chytruskiem Zielonej Murawy. Do historii przeszedł jego najsłynniejszy manewr, tzw. pułapka Ofsajdowa, której celem było uniemożliwienie wrogiemu napastnikowi napaści. Pierwszy raz selekcjoner drużyny Kraju Rad zastosował ją w 1968 r. w meczu przeciwko Holendrom. Na dany w odpowiednim momencie znak sowieccy obrońcy ruszyli w pole, pozostawiając strzelca z Krainy Tulipanów sam na sam z dużą ilością trawy. Zdezorientowany Niderlandczyk wyciągnął z pomarańczowych majtasów bibułkę i zanim piłka do niego doleciała, był już kompletnie spalony. Z Anglikami w 1972 r. Ofsajdow pograł sobie jeszcze podlej. “Wody z czajnika odlej” rzekł cichcem do asystenta, kiedy zbliżał się, tak uroczyście celebrowany przez synów Albionu, five o’clock. Imbryk wyspiarzy pozostawiony jedynie z cienką warstewką życiodajnego płynu na dnie, nie miał szans. Rozległ się cichy gwizd i był spalony. Wraz ze zwęglony saganem, potomkowie króla Artura utracili też ducha bojowego.

A dlaczego w ogóle o tym piszę? Otóż, z powodu, że Garfield. Gruby, pomarańczowy sierściuch stworzony przez Jima Davisa.
Garfielda znam od dziecka i bardzo go wtedy lubiłem. Jako dorosły też czasem do niego zaglądałem, szczególnie w okolicach jego urodzin, które wypadają tuż obok moich. Lubiłem sobie poczytać pojawiające się wtedy na Garfieldowej stronie www paski o starości.
Ale znacznie bardziej od kota lubię jego właściciela, Jona Arbuckle’a. Jako totalna pierdoła na każdej płaszczyźnie, ze szczególnym uwzględnieniem damsko-męskiej, miał on okazję rozmawiać z żywą kobietą niemal wyłącznie podczas wizyt u pani weterynarz, Liz Wilson. Podkochiwał się w niej oczywiście i na wszelkie sposoby starał się z nią umówić. Pierwsze próby podejmował już w 1979, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było. Próbował nadal, kiedy szedłem pierwszy raz do szkoły. A także później, kiedy sam pierwszy raz usiłowałem zwrócić na siebie uwagę atrakcyjnej przedstawicielki płci przeciwnej. I wiele lat później, kiedy pierwszy raz mi się to udało. A kiedy w końcu poznałem swoją przyszłą żonę, on nadal próbował. Jego beznadziejne starania zdobycia serca Liz były dla mnie stałym elementem krajobrazu.
Aż w końcu pewnego dnia, po 27 latach, Jim Davis ulitował się nad swoim bohaterem i sprawił, że Liz odwzajemniła jego uczucia. Od 10 lat są parą*. I powiem Wam, że sam się zdziwiłem, jak bardzo mnie ten fakt ucieszył.

I w zasadzie identycznie mam ze znakomitym występem naszej reprezentacji na ME.Bo nawet jeśli ktoś, tak jak ja, piłką zupełnie się nie interesuje, to mieszkając w tym kraju, musiał być świadkiem trwającego od dziesięcioleci opłakiwania naszej utraconej świetności. A tu nagle, pierwszy raz za mojej pamięci, znowu jesteśmy świetni.

garfield
PS. Nie zmienia to faktu, że wszystko to, co dzieje się wokół piłki (kluby, działacze, sponsorzy, łapówki, teatrzyki faulowe, o kibicach nie wspominając) postrzegam jako straszny syf. I dlatego, na wypadek, gdyby kiedyś moje dzieci miały zainteresować się piłką, rozważam ufundowanie im drużyny, która przynajmniej częścią tych wad ma nie być obciążona. O, tej:
https://polakpotrafi.pl/projekt/klub-sportowy-aks-zly

________________
*I oczywiście mają ciągle tyle samo lat, co w ’79, bo to komiks jest.

Rowerem, z selerem

Poniższa historia brzmi nieprawdopodobnie. W dużej mierze dlatego, że jest zmyślona. Ale – jak to mówią – w każdej bajce jest ziarno amarantusa.

Zielony rowerek zaczął migać i zgasł, a w jego miejsce zapalił się czerwony. Pieszczotliwie nacisnąłem klamkę hamulca i przystanąłem tuż za beżową i bardzo stylową damką typu miejskiego, dosiadaną przez niewiastę. Ponieważ zarówno rower, jak i niewiasta byli zupełnie nieinteresujący wizualnie, skupiłem się na wiszącym u kierownicy damki koszyku pełnym różnych niskokalorycznych naci.
– Zdrowo się odżywiam – powiedziała niewiasta. Albo tylko mi się wydawało, że powiedziała. Od gapienia się w seler różne rzeczy mogą się człowiekowi przywidzieć i przysłyszeć.
– Gratuluję. – pogratulowałem, na wszelki wypadek tylko w myślach. – A dlaczego mi Pani o tym mówi?
– No bo może sam by się Pan nie domyślił.
Rzeczywiście, nie wyglądała jakoś zauważalnie zdrowiej niż ludzie dookoła, więc w sumie takie dopowiedzenie wydawało się na miejscu. Nie wiedząc, jak to skomentować, milczałem.
– Bieganie znakomicie poprawia mi samopoczucie i piorę w orzechach. – spróbowała wypełnić krępującą ciszę moja rozmówczyni. Najwyraźniej oczekiwała ode mnie włączenia się w rozmowę. Poszukałem w głowie jakiegoś wspólnego dla nas obojga mianownika.
– Od chodzenia boso mam zawsze czarne stopy, a mydła używam tylko w pięciu strefach na ciele. – wyznałem. A widząc lekkie obrzydzenie w oczach niewiasty dodałem szybko. – Stopy są jedną z nich.
Obrzydzenie nie ustępowało.
– Moim wzorcem męskiego szyku jest Leonadro DiCaprio. – rozpaczliwie próbowałem się tłumaczyć. – W “Zjawie”.
– Nie mam telewizora. – odparła nie bez dumy.
– To i tak jeszcze nie leciało w telewizji. – zauważyłem.
– Wiem. Ale to była dobra okazja, żeby powiedzieć, że nie mam telewizora.
W tym momencie z odsieczą przyszła mi sygnalizacja świetlna, przywracając radosny zielony rowerek. Niewiasta przede mną nadal jednak stała w miejscu, mocując się ze swoim Endomondo na smartfonie.
– Zielone. – ponagliłem ją grzecznie.
– Jarmuż. – odparła bez namysłu.
– Słucham? – zdziwiłem się.
– A, przepraszam, myślałem, że gramy w skojarzenia! – roześmiała się nieszczerze i odjechała, machając mi na pożegnanie przypiętym do torby znaczkiem “Nie jem moich przyjaciół”.

A ja pomyślałem, że to jednak trochę brzmi jak groźba pod adresem nieprzyjaciół.

 

NIE_JEM_PRZYJACIOL

S(m)utek

W naszym przedszkolu najwyraźniej odbywa się edukacja patriotyczna i to nie tylko na poziomie ogólnonarodowym, ale również na lokalnym, warszawskim. Zdarza się więc, że po odebraniu z placówki córka opowiada mi o rybaku, co to założył Warszawę, albo śpiewa “W Saskim Ogrodzie koło fontanny jakiś się frajer przysiadł do panny” albo – jak ostatnio – mówi, że kolorowała warszawską syrenkę, no i ogonek pomalowała na niebiesko, stanik na fioletowo, a włosy…

Stanik?! Syrenka miała stanik?! – zdumiewam się. Tak, okazuje się, że miała. Na potrzeby kolorowanki przedszkolnej syrenkę naszą herbową, pięknocycą przyodziano niczym Disneyowską Arielkę na morza dnie. Pobieżny przegląd internetów wskazał, że nie był to przypadek odosobniony, bo także inne warszawskie syrenki z poziomu przedszkolnego, nawet jeśli nie zakładają stanika, to zasłaniają swoje nierybie wdzięki tarczą.

Co mi przypomniało, jak mnie strasznie wkurza hipokryzja obecnej cenzury obyczajowej. W sensie, że w telewizji i w internetach można pokazywać, jak jeden koleś wyjmuje drugiemu oko stłuczoną żarówką, byleby żaden nie zaklął, oraz scenę gwałtu, byleby cycków nie było widać. Więc pytam ja się ciebie, droga normo społeczna, drogi cenzorze anonimowy: czym ci cyc zawinił? Czemu przeganiasz z ekranu pierś, która cię wykarmiła? Dlaczego ja w młodości mogłem oglądać biusty w kinie moralnego niepokoju, “Seksmisji” czy w niezapomnianej reklamie dezodorantu Fa, a dzisiaj nagie piersi zepchnięto do jakiegoś softpornograficznego podziemia?

miś

Takie rzeczy tylko w starych filmach: naga pierś, papierosy i włosy Stanisława Tyma.

I błagam, nie mówcie mi, że ma to cokolwiek wspólnego z walką z uprzedmiotowieniem kobiety. Bo kobieta w reklamie opon może wypinać się niczym kotka w rui, sugestywnie ssać lizak i tak dalej, byleby tylko nie pokazała sutka. Nawet nie o samą pierś tu chodzi, tylko o sutek. Jak długo sutek jest zakryty, godność kobiety jest nienaruszona. Nawet na zatkniętej za wycieraczkę ulotce agencji towarzyskiej na “autentycznych zdjęciach dziewczyn” kluczowe obszary zasłonięte są jakimiś tam gwiazdkami albo czym. Ponieważ leżąca na ulicy reklama seksu za pieniądze nie gorszy. Gorszy anatomia.

I w ogóle dlaczego pierś – tak, a sutek – nie? Ten idiotyzm to chyba od Amerykanów przejęliśmy. W tej ich porytej purytańsko-hipokryzyjnej kulturze pokazywanie piersi w taki sposób, żeby przypadkiem sutek nie wychynął, jest podniesione do rangi sztuki i ma własną, zaskakująco rozbudowaną terminologię.

Prosze moje uroszą asistant o prezentejszyn postawowich pojęcz:

krupa.jpg

Od lewej: cleveage, sideboob, underboob.

Sutki można również wypikselowywać, zaklejać czarną taśmą izolacyjną, albo – jak na poniższym zdjęciu reklamującym bieliznę erotyczną – udawać, że zatrudniło się modelkę bez sutków.

asutkia

Jakkolwiek absurdalnie by to nie wyglądało, Facebook i Instagram używają “reguły sutka” do określania, które zdjęcia są nieobyczajne i należy je usunąć. Chyba już domyślacie się, którą z dwóch poniższych fotografii można bezpiecznie umieszczać w serwisach społecznościowych?

A co w tym wszystkim jest najlepsze? Że męskie sutki można pokazywać do woli!!!

Dlatego mądrzy ludzie wpadli na genialny pomysł: zasłaniać nieakceptowalne kobiece sutki w pełni akceptowalnymi męskimi! Sprawa jest banalnie prosta. Z grafiki poniżej wycinasz zdjęcie certyfikowanego męskiego sutka i troskliwie osłaniasz nim panią topless. Prawda, że od razu lepiej?

male_nipple     Sabine_cenzura

Jeszcze dalej poszli twórcy tego pięknego materiału instruktażowego, pokazującego, jak badać sobie piersi w celu wczesnego wykrycia ewentualnego nowotworu. Film stworzono specjalnie po to, żeby można go było bezpiecznie i legalnie rozpowszechniać w mediach społecznościowych.

I tym uroczym akcentem mógłbym właściwie zakończyć, ale żona mówi, że za mało piszę o sobie. A zatem: lubię cycki. Ale tyłki to po prostu uwielbiam.

Biała kiełbasa, czerwone węgle

Henrique to mój wymyślony przyjaciel z Mozambiku. Jak sam mówi, uwielbia podróżować, bo pasjonują go odległe, egzotyczne kraje.
– Przecież ty już mieszkasz w odległym i egzotycznym kraju – dziwię się. – To po co masz jeszcze gdziekolwiek jeździć?
Henrique nie daje się sprowokować.
– Zaproś mnie lepiej do Polski – mówi. – Dużo czytałem o waszej kuchni. Podobno w każdej knajpie można dostać bigos, kaszankę i wpierdol. Nie wiem, co to, ale brzmi smakowicie.
– No dobra – przystaję ochoczo. – To pakuj się i przyjeżdżaj na majówkę. Żadnego wpierdolu nie będzie, za to mnóstwo kaszanki z grilla. Zobaczysz, spodoba ci się.

2 maja

Zbieg ul. 1 Maja i ul. 3 Maja w Elblągu.

W sobotę odbieram Henrique’a z lotniska.
– Piździ – zauważa lakonicznie. Henrique bardzo szybko przyswaja polskie słowa.
Rzeczywiście, jest dość chłodno. Maszerujemy ulicami egzotycznego miasta Warszawa po kaszankę, karkówkę i piwo. Do Lidla, bo mój gość stanowczo odmawia odwiedzania Biedronki.
– My, Mozambikańczycy jesteśmy szczególnie wrażliwi na wyzysk ludu pracującego przez portugalskich najeźdźców – wyjaśnia.
Na ulicach pusto. Mimo że pogoda umiarkowanie grillowa, kto mógł, uciekł już z miasta. Tylko biało-czerwone flagi łopoczą.
– Przecież pierwszy maja dopiero jutro? – dziwi się Henrique. Lud pracujący Mozambiku obchodzi święto pracy w tym samym terminie, co my.
Tłumaczę, że flagi powiewają zasadniczo przez cały długi weekend. W tym roku ludzie wywiesili je przed wyjazdem, w piątek lub w sobotę. I flagi połopoczą sobie teraz przez Święto Pracy, Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej i Święto Narodowe Trzeciego Maja. Tak hurtem.
– Dzień Flagi? – zaciekawia się mozambikański miłośnik egzotyki.
– No tak, skoro nikomu się nie chce zdejmować flag na drugiego maja, tylko po to, żeby je znowu powiesić na trzeciego, to rozsądnie było zagospodarować jakoś ten dodatkowy oflagowany dzień.
Henrique jest pod wrażeniem wysokiego poziomu optymalizacji wyrażania uczuć patriotycznych w Polsce.
– No dobra, ale co poza tym robicie w ten Dzień Flagi? – pyta.
Grilla, mam ochotę odpowiedzieć, ale gryzę się w język.

kaszanka

W Polsce patriotyzm i wyroby garmażeryjne od wieków są ze sobą nierozerwalnie związane.

Pytanie powraca, kiedy w poniedziałek, czyli w rzeczony Dzień Flagi, siedzimy na plastikowych krzesełkach obok skwierczącego mięsiwa. Henrique ewidentnie poświętowałby polskie święto. Tylko jak? Chyłkiem wyciągam telefon i szukam pomocy u Gugla. Gugiel podpowiada, że polska flaga pionowo, polska flaga allegro, flaga Polski sklep, flaga Polski w kupie, flaga Polski kolorowanka. Z zestawu wybieram kolorowankę.
– Zobacz, Heniu – mówię. – Tu masz taką edukacyjną kolorowankę. Można ją z okazji Dnia Flagi dać dzieciom.
I pokazuję mu pierwszą z brzegu, czyli tę. Henrique ze śmiechu wypuszcza łomżę nosem.
– To jest najmniej efektowna kolorowanka świata! – wykrzykuje. – Błagam, wydrukuj mi to, zabiorę do domu!
Mądrala. Flaga Mozambiku, ze swoją gwiazdą, książką, motyką i kałasznikowem, na pewno jest ciekawsza do kolorowania. Ale rzeczywiście: naszą twórcy kolorowanki mogliby chociaż narysować powiewającą na maszcie. Albo w wersji z orłem białym.

Dla zatarcia nieprzyjemnego wrażenia estetycznego puszczam Henrique’owi spot nakręcony przez TVP z okazji Dnia Flagi RP.
– Ładne – komentuje, pogryzając kaszankę. – Tylko dlaczego z okazji święta flagi puszczacie film, na którym ktoś tę flagę drze i depcze?
Próbuję mu wyjaśnić, że to nie żaden “ktoś”, tylko Niemiec, co go Wanda nie chciała,  Krzyżak przebrzydły i Bruner, ty świnio, ale narracja trochę mi się rozjeżdża, kiedy dochodzę do dnia dzisiejszego, naszego sojuszu w ramach NATO i dobrych stosunków, które chcielibyśmy pielęgnować. Zgrabnie zmieniam więc temat i raczę mojego gościa zabawną historią o Marku Raczkowskim, polskich flagach i psich kupach.
– To wyjaśnij mi jedno – Henrique sięga po kiszonego ogóreczka. – Jak to jest, że wszyscy tak się pilnujecie, żeby nie znieważać polskiej flagi, a ze znieważania Polaków uczyniliście niemal sport narodowy?
– Że co? – dziwię się szczerze.
– Cały czas słyszę tylko od was, jacy to Polacy są beznadziejni.
– No, bez przesady – protestuję. – Ode mnie też?
– A przypomnij mi, jak była pointa tego żartu, z który mi opowiadałeś wczoraj? – drąży Henrique. – O tym, jak paralotniarz uderza w Pałac Kultury?
– “Jaki kraj, tacy terroryści” – mówię z uśmiechem, bo to śmieszny żart jest.
– No, właśnie. Co to w ogóle znaczy? Czyli jaki niby jest ten kraj?
– Eee… No…
– Powiem ci coś, chłopie – Henrique unosi w górę kiełbaskę o smaku kebaba. – Trochę już pojeździłem po Europie, ale nigdzie nie słyszałem, żeby o Polakach mówiono tak źle, jak w Polsce. Że złodzieje, pijacy, awanturnicy, hipokryci, ciemnogród, machanie szabelką, zacofanie, lenistwo i kombinowanie.
– No wiesz – próbuję oponować. – To chyba zdrowo jest mieć trochę samokrytycyzmu?
– Jakiego samokrytycyzmu?! – mój rozmówca gniewnie potrząsa ketchupem, próbując wycisnąć smętną resztkę. – Samokrytycyzm jest wtedy, jak krytykujesz siebie. A ty krytykujesz innych. No bo co, jesteś pijakiem?
– Nie…
– Złodziejem? Leniem?
– Chyba nie…
– Ciemnogrodzianinem?
– Nie, ale…
– To nie pierdol. – ucina Henrique i dodaje pod nosem. – Nowoczesny patriotyzm, kurwa…
A widząc, że zaniemówiłem, płynnie zmienia temat.
– Zajebiste te wasze ogóreczki. Spakuj mi na drogę.

Post Navigation

%d bloggers like this: