(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “mieszkam w tym kraju”

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Cz. II. Kieliszki

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Zróbmy imprezę formatu grande de lux, jakieś wesele, chrzciny, bal dziennikarza czy inne rozdanie Oscarów, zaścielmy stoły śnieżnobiałymi obrusami, poczekajmy, aż się zejdą wytworni goście w tych wszystkich megaodpicowanych, odprasowanych, w pralni wypranych, nakrochmalonych, ledwo spłaconych frakach-gorsach koktajlowych, half-canvasach na ramiączkach, no-smokingach lub princeskach z logo mistrza lecz bez pleców, posadźmy ich za stołami i wyciągnijmy duże ilości wina, koniecznie czerwonego, bo plami najskuteczniej, i wlejmy im to nie w w żadne kubki, czarki czy pucharki, szklanki albo filiżanki, tylko w te odjebane sny pijanego dmuchacza szkła, te bańki rozdęte chwiejące się na wysokich nóżkach!

Noszszsz, kurwa, ludzie…! Kto, pytam ja się, kto, do chuja wielorybiego, wymyślił kieliszki do wina!? I po co?!

Nie można pić normalnie ze szklanki albo z kubka? W kubku stoi stabilnie, do zmywarki się mieści wygodnie, tłucze się z trudem. I smakuje tak samo, sprawdzałem.

Nie no, pewnie, że nie jestem kiperem i nie wychwycę subtelnych różnic w smaku, ale – niespodzianka – ty też, kurwa, nie. Przecież w tym kieliszku masz właśnie wino z Lidla za 29,90, starannie utrzymywane w temperaturze pokojowej, które oddychać zaczęło właśnie teraz, więc nie jestem pewien, czy przelanie go do kubka naprawdę coś by tu zepsuło.

No zobacz, a filiżanek to nie używasz. Herbatę pijesz, w czym popadnie, a kawę właściwie wyłącznie w w kubku. Niejednokrotnie, za przeproszeniem, papierowym. Yerbę też ciągniesz jak ostatni cham bez bombizi. A z winem, nie wiedzieć czemu, się wygłupiasz. Wygłupiasz się tak bardzo, że trzymasz nawet osobne kieliszki do białego i czerwonego, jakbyś za dużo miejsca miał w kredensie. I nie opowiadaj mi tu o kształcie, który pomaga wydobyć aromat, bo zaraz ci opowiem, który kieliszek należy trzymać za czaszę, a który za nóżkę i będziesz miał dodatkowy kłopot. A poza tym, popatrz: z whisky jakoś da się aromat wydobyć za pomocą zwykłej szklanki. I jak się dobrze przyjrzeć, to zdumiewająco przypomina ona szklankę po Nutelli.

Że co? Kultura picia? No tak właśnie się spodziewałem, że wcześniej czy później o tym wspomnisz. To może zastanów się przez chwilę, gdzie się picie spotyka, a gdzie mija z kulturą i czy to aby na pewno ma wiele wspólnego z tym, co i z czego pijesz.

I podaj mi tę deskę serów, bo naprawdę dobrze wygląda. Tyle chociaż pożytku z tej twojej enologicznej zajawki.

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Cz. I. Ortografia.

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Piszmy raz h, raz ch, raz u, raz ó, raz ż, raz rz, ale wymawiajmy tak samo! Co za geniusz jebany to wymyślił?! I nie mów mi, proszę, że to tradycja. Nie ma takiego imienia Tradycja. Tradycyjnie to się te głoski różniły w wymowie i wtedy to wszystko jakiś sens miało. A dzisiaj nawet już “h” pozostało dźwięczne jedynie w ustach  najstarszych osobników, pamiętających przedwojenne gimnazjum (takie z greką i łaciną, bez gimbusa). No bo wiecie, generalnie jest taka zasada, że jak coś było kiedyś ważne, fajne i potrzebne, a dzisiaj tylko zawadza, to się to odstawia do szklanej gablotki albo robi z tego ikonkę “save” na komputerze. I ja bym polecał tę procedurę również w omawianym przypadku. Moskale, na przykład, jak sobie zrobili rewolucję, to od razu wywalili z alfabetu cztery znaki i jakoś to przeżyli. To znaczy nie wszyscy, bo łagry, czystki i tak dalej, ale to nie przez ortografię przecież.

No więc my też moglibyśmy się ogarnąć i wypieprzyć w diabły to “rz”, “ó” i “ch”. Ale nie! Siedzą dzieci w szkołach i wkuwają, że korzeń, bo kora, grządka, bo grabie, półka, bo położyć i groch, bo psiont groszy. I niektórym (mnie na przykład) to do głowy wchodzi łatwo, a innym wręcz przeciwnie, bo akurat tak mają, że ortoneuronki nie stykają i niczyja to wina. No ale przecież ko-ko-ko gdak-gdak szkoła nie może wypuścić absolwenta, który ortografii gdak-gdak nie przyswoił! Bo jak by on sobie potem w dorosłym życiu poradził? Jeszcze by został mechanikiem i komuś naprawił samohud albo jako programista napisał órzyteczny program na kompóteże! I co by to było?

Odpowiadam: nic by, kurwa, nie było. Dajcie dzieciakowi spokój z tymi dyktandami, niech się w tym czasie czegoś pożytecznego nauczy. Załatwiania spraw w urzędzie, na przykład. Albo jak ogarnąć zmianę dętki w rowerze, bo teraz, kiedy się ciepło zrobiło, to znowu widzę, że pół miasta jeździ z bieżnikiem tył na przód.

Od przeciwników radykalnego uproszczenia ortografii od lat słyszę te same dwa argumenty. Państwo pozwolą, że je przytoczę i się odniosę.

Argument 1. Przyzwyczajenie. “Nie wyobrażam sobie, żeby pisać koham albo żułty. Jak to w ogóle wygląda! Jak na to patrzę, to robi mi się niedobrze!”.

Szanuję twoje zdanie, ale weź się odpierdol. Dzieci nie po to się uczą pisać, żeby tobie się podobało. Mi się na przykład nie podoba słowo “pieczywo”, mlaskanie w autobusach i twoje namalowane brwi na profilowym, ale nie robię z tego zagadnienia. I daj spokój z tym przyzwyczajaniem się. Ja na przykład od dziecka byłem przyzwyczajony, że wszyscy mi dmuchają dymem w twarz, a psy srają na chodniki. Ale potem nagle okazało się, że jednak ludzi to trochę uwiera i może by tak przestać.

Argument 2. “Ej, ale to by znaczyło, że przez tyle lat zakuwaliśmy nadaremnie!”. No, znaczyłoby. I co, tylko dlatego kolejne pokolenia też mają zakuwać bez sensu? Bardzo mi się podobało, kiedy dawno temu w internetach ktoś zapytał wprost, po co nam właściwie ta cała ortografia. No i była lekka konsternacja, ale jakiś kozak uratował sytuację, odpisując “Po to, żeby się pozytywnie odróżniać od tych, którzy jej nie znają”.

Gościu, urzekła mnie twoja historia. Czyli jak ktoś zapisuje ci adres, że na przykład mieszka na ul. Żymowskiego 11 m. 26, to ty jesteś lepszy, bo wiesz, że powinno być Rzymowskiego? To ja ci, chłopie, serdecznie gratuluję. Aż normalnie specjalnie dla ciebie zatoczę w kompozycji tego posta pełne koło i powtórzę to, co w pierwszym zdaniu, czyli że nie no, kurwa, świetny pomysł! Rozbudujmy go! Zróbmy na przykład taką zasadę, że trzeba podawać imię tego Rzymowskiego. I daty życia. I numer domu w systemie dwójkowym. I jak ten cienias nie napisze bezbłędnie, że mieszka na ul. Wincentego Rzymowskiego (1883-1950) 1011 m. 11010, to już wiemy co o nim myśleć.

Ale nie zrozumcie mnie źle. Ja kocham nasz język i te wszystkie popierdolone przypadki i stopniowania, rodzaje męskie, żeńskie i nijakie, pszenice i pszczoły, skuwki i zasuwki, ja mełłem, ty mełłeś, on/ona/ono też, rzeżucha i gżegżółka, ale to powinna być, kurwa, zabawa dla koneserów! Zwykłemu człowiekowi to do niczego niepotrzebne, tylko mu samoocenę miażdży, kiedy dziecięciem będąc pisze zajebistą rozprawkę o etosie szlacheckim w Panu Tadeuszu, ale wykłada się na pasie słóckimi i rzópanie, przez co otrzymuje dostateczną mniej.

Bo może niech wystarczy, żeby ten absolwent rozumiał, co mówi i pisze? Żeby wiedział na przykład, że nie ma czegoś takiego jak najmniejsza linia oporu. Albo rozumiał, że języczek jest u wagi i z uwagą nie ma to nic wspólnego. Albo że jak masz coś na tapecie, to chodzi o tapet, a nie o tapetę? Bo tak sobie myślę, że dobrze jest wiedzieć, skąd się dane sformułowanie wzięło i co właściwie oznacza. Na przykład jest taka inicjatywa, żeby nie brać w knajpach słomek do napojów, bo one się nie rozkładają w przyrodzie i bardzo szkodzą na środowisko naturalne. I hasło tej inicjatywy brzmi “Don’t SUCK”. I to jest hahaha śmieszny żart językowy, ale zdaje się, że twórcy sloganu nie zastanowili się, skąd się wziął pejoratywny wydźwięk słowa “suck”. No chyba, że to było zamierzone i ich następne hasło będzie brzmieć “Nie bądź pedał, sortuj śmieci”.

Sąsiad, który słyszał

Dzisiaj opowiem pouczającą historię, która przydarzyła się nie mi, tylko koledze, bo sam z siebie to ostatnio nie mam zbyt wielu pouczających historii. Kolega z kolei nie ma bloga, więc rozwiązanie jakby samo się narzucało. Kolega nie ma też na imię Henrique, więc historia jest prawdziwa.

A było to tak. Rzeczony kolega, nazwijmy go Artemon, bo dzisiaj są akurat imieniny Artemona, siedzi sobie na kanapie i pije sok pomarańczowy. Kanapa w sensie przestrzennym znajduje się w jego dużym pokoju, a w sensie czasowym – w okolicach trzeciej nad ranem, co jest, moim zdaniem, dziwną porą na picie soku pomarańczowego, ale w sumie kim ja jestem, żeby Artemona osądzać. Zwłaszcza, że gdyby zamiast pić sok, spał, to nie usłyszałby, jak sąsiedzi za ścianą się kłócą.

– I to nie była taka normalna awantura małżeńska – opowiada mi później Artemon. – Bo jak ja się na przykład kłócę z żoną, to najpierw ona drze ryja, potem ja, potem znowu ona, rozumiesz, kulturalnie, jak w debacie prezydenckiej, każdy ma swoje dwie minuty, tak się ładnie po partnersku kłócimy, bo my jesteśmy zgodnym i szczęśliwym małżeństwem.

Milczę i kiwam głową, bo ja się przecież na kłótniach w ogóle nie znam. My z żoną całe życie tylko się przytulamy i patrzymy sobie czule w oczy i tej wersji będę się trzymał.

– Ale u tych sąsiadów to było słychać prawie tylko jego – kontynuuje Artemon. – Całe perory wykrzykiwał, dramaturgię budował i kolejne punkty oskarżenia wyliczał. A ta druga osoba to coś tam z rzadka tylko cichutko odpowiadała i właściwie to tylko po tym, że ją pieszczotliwie nazywał kurwą, domyśliłem się, że to prawdopodobnie jego partnerka życiowa.

I w tym momencie muszę wam o Artemonie powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, to człowiek bardzo czuły na krzywdę niewieścią i kiedy się ostatnio w mediach znowu ożywiła dyskusja na temat przemocy domowej, to on się strasznie w to wkręcił. I ja go rozumiem, bo mnie też ruszył radny Piasecki ze swoim zapomnianym z niewdzięczności kwiatkiem oraz reżyser Dejczer dręczący swoją żonę, która mówi w Kucykach głosem Rarity, za co jeszcze kiedyś go ze Spike’iem dojedziemy. I dlatego od paru tygodni Artemon mało ze skóry nie wyjdzie, tak bardzo chciałby powstrzymać jakąś przemoc domową, ale – i tu dochodzimy do drugiej rzeczy, którą musicie o nim wiedzieć – na jego osiedlu mieszkają niemal wyłącznie emeryci i grzeczni studenci. Więc jeśli jakaś przemoc tam jest, to dobrze ukryta.

Możecie sobie zatem wyobrazić, że w opisywanej sytuacji Artemon natychmiast odstawił sok pomarańczowy, ubrał się i poszedł pod sąsiednią klatkę. Pierwotny plan zakładał, że (1) zadzwoni domofonem pod mieszkanie przylegające do jego mieszkania, (2) powie, że chce rozmawiać z panią, co w tym mieszkaniu mieszka, (3) zapyta ją, czy wszystko OK. Ale w końcu zamiast tego wszedł na klatkę i bardzo dobrze zrobił, bo to wcale nie było to mieszkanie przylegające, tylko piętro niżej. Tak dobrze się po zbrojonym betonie dźwięk niesie! Czyli ci wszyscy sąsiedzi, co zawsze potem na rozprawie twierdzą, że nic nie słyszeli, to łżą jak bure szczure.

Po namierzeniu właściwych drzwi, Artemon przystanął pod nimi, żeby lepiej się rozeznać w sytuacji, bo z tej odległości to słychać było już każde słowo toczącej się nadal kłótni. No i znowu się okazało, że dobrze, że nie zadzwonił domofonem i nie chciał rozmawiać z panią, co tam mieszka, bo tam żadna pani nie mieszkała. Zapomniałem bowiem wspomnieć, że trzecią – oprócz studentów i emerytów – grupą licznie występującą na Artemonowym osiedlu byli geje.

Artemon zgłupiał totalnie, bo on jednak wychowany był w tradycyjnym modelu patriarchalnym i nie miał pojęcia, jak ustalić, kto jest sprawcą, a kto ofiarą w sytuacji, kiedy wszyscy zainteresowani mają siusiaki. Stał więc nadal i słuchał. Na szczęście dość szybko wyjaśniło się, że sytuacja nie jest na tyle poważna, jak się wcześniej zdawało. Okazało się, że jeden z panów jest taki cichy i małomówny głównie z powodu przebywania w stanie wskazującym, co bardzo miał mu za złe pan głośny i elokwentny. W chwili, kiedy Artemon stawił się pod drzwiami, sugerował właśnie partnerowi, żeby wypierdalał z domu. Jego współgej przytomnie jednak zauważył, że przecież to jego mieszkanie. Kłótnia utkwiła zatem w martwym punkcie, obaj panowie pogrozili sobie jeszcze tylko, że rano to dopiero sobie pokażą i poszli spać.

Artemon wracał do domu z poczuciem ulgi, że nikt tam jednak nikogo w sąsiednim mieszkaniu sznurem od żelazka nie okładał i jeszcze większej ulgi, że obyło się bez wzywania policji. No bo czy dzielni policjanci umieliby się odnaleźć w sytuacji nieheteronormatywnej przemocy domowej? Obaj z Artemonem wątpimy. Z drugiej strony myślimy sobie, że takiemu gejowi jednak łatwiej jest uciec z patologicznego związku niż kobiecie, która z reguły ma niższą pensję, wspólnotę majątkową i wspólne dzieci z oprawcą. Ciekawe, co by w tym względzie zmieniłyby związki partnerskie z prawem do adopcji dzieci.

A tak naprawdę, to sam nie wiem, czy z tej historii w ogóle jest jakiś morał, ale się wydarzyła i już.

Kochajmy płazy!

Trwa właśnie okres rozrodczy płazów. To ważne wydarzenie w życiu naszego ekosystemu i chciałbym was nim zainteresować za pomocą kilku ciekawostek.

1. Dlaczego żaba przebiegła przez drogę? Żeby poruchać. To ważna rzecz w życiu żaby.

Kierowco! Zwolnij. Patrz pod koła. Chroń życie kijanki w fazie prekoncepcyjnej.

2. U żab i ropuch do zapłodnienia dochodzi pozaustrojowo (in bajoro). Jeżeli bajoro jest brudne, kijanki wykluwające się z jajeczek są zwyczajnie głupie. Głupie kijanki to zagrożenie dla zrównoważonego rozwoju miast i wsi.

Turysto! Dbaj o czystość zbiorników wodnych.

3. Kijanki żaby trawnej zapylają ponad 80% kwiatów mięty wodnej (Mentha aquatica), z której pozyskiwany jest mentol, wykorzystywany w przemyśle spożywczym. W raporcie opublikowanym w 2011 r. firma Menthos deklaruje, że obserwowany od ponad dekady spadek liczebności płazów ziemno-wodnych drastycznie ograniczył dostępność tego surowca. Dla giganta spożywczego oznaczało to wielomilionowe straty i konieczność wprowadzenia nowych smaków, np. Menthos Choco.

Konsumencie! Nie kupuj Menthos Choco. Niedobre są.

4. Żaby i ropuchy są objęte w Polsce ochroną gatunkową, nie dotyczy to jednak osobników rozmnażanych w niewoli na specjalnych płazich fermach. Pod koniec marca tego roku minister Szyszko zbulwersował opinię publiczną, urządzając w swojej posiadłości istną rzeź pozyskanych od hodowców żab jeziorowych. Z dwudziestu klatek wypuszczono kilkaset płazów, a minister i jego goście uganiali się za nimi ze słomkami. Pan Szyszko chwalił się później w mediach społecznościowych żabą nadmuchaną przez siebie do rekordowych rozmiarów. Trofeum prawdopodobnie zawiśnie nad jego kominkiem między motylkiem z oberwanymi skrzydełkami, a własnonożnie rozdeptaną dżdżownicą.

Ministrze! Pierdol się.

Internauto! Jeżeli chcesz wyrazić solidarność z płazami bezogonowymi, to umieść żabę na swoim zdjęciu profilowym i udostępnij ten post. I bądź miły dla spotkanych żab i ropuch. Uważaj jednak, aby zbytnio się z nimi nie spoufalać. Pamiętaj! Całując żabę, całujesz wszystkie księżniczki, z którymi ona była.

Na kładce

Siedzimy sobie we trzech: ja, Henrique, czyli mój wymyślony przyjaciel z Mozambiku, oraz Eduardo, wymyślony przyjaciel ministra Waszczykowskiego (wiadomo, skąd). Jest sobota wieczór, posadowiliśmy się wygodnie na kładce dla pieszych nad ul. Górnośląską, dyndamy nogami i pijemy rum. Alkohol pity w miejscu publicznym może sprowadzić na nas kłopoty, ale Eduardo poza rumem nie przyjmuje żadnych innych płynów. Widać minister Waszczykowski pojmuje świat nieco stereotypowo.

Na szczęście policja ma co innego do roboty, bo pod nami, wymachując transparentami i wykrzykując hasła, suweren idzie pod Sejm.
– Kto to? – pyta Henrique.
Rzucam w dół fachowym okiem mieszkańca stolicy. Głównie kobiety, brak szpitalnych fartuchów, brak parasolek, stroje może nie tam zaraz różnokolorowe, ale na pewno nie czarne.
– Nauczyciele – ustalam drogą eliminacji.
– Szego one kcieć? – pyta Eduardo, obdarzony przez pana ministra typową dla egzotycznych sojuszników Polski składnią Kalego z Pustyni i w puszczy.
– One nie chcieć reforma edukacji – mówię głośno i powoli.
– Czyli chcą, żeby było jak dawniej? – upewnia się Henrique.
Tu już odpowiedź nie przychodzi mi tak łatwo. W sumie kto tam wie, czego chcą nauczyciele. Z czasów szkolnych pamiętam, jak mówili, że chcieliby stawiać nam same piątki, ale ich czyny świadczyły zgoła o czym innym.
– No… Chyba tak… – mówię niepewnie.
– A ci, co robić reforma, kcieć nowocieśna, lepsia śkoła, tak? – pyta Eduardo. Widać minister Waszczykowski obdarzył go nie tylko oszałamiającym afro i  wytatuowanym torsem widocznym spod rozchełstanej koszuli, ale też niezachwianą wiarę w Dobrą Zmianę.
– No, nie – sprostowuję. – Oni też chcieć, żeby być jak dawniej. Tylko że jeszcze dawniej. Wizjonerstwa u nas niet. PiS chcieć, żeby być tak, jak przed rządami opozycji, a opozycja chcieć, żeby być tak, jak przed rządami PiS.
– Chcą po staremu? – dziwi się Henrique. – Nawet ci, co się nazywają .Nowoczesna?

Następne 5 minut spędzamy, śmiejąc się serdecznie z nazw polskich partii politycznych.
– “Nowoczesna”! Hahahaha!
– “Obiwatelszka”! Hohohoho!
– “Prawo”! O, ja cię, nie wytrzymam!
Na koniec z pewnym zażenowaniem stwierdzam, że jedyną adekwatną nazwę (a właściwie skrót) ma partia KORWiN.
– A ty, Wojtek? – pyta Henrique. – Nie chcesz, żeby wróciła Polska sprzed PiS? Przecież ich nie cierpisz.
– Nie cierpię – potwierdzam. Eduardo momentalnie zmienia się w pachnącą Karaibami mgiełkę i rozpływa w powietrzu. W głowie ministra Waszczykowskiego nie ma miejsca na krytykę partii rządzącej. – Ale ta Polska sprzed PiS nie była lepsza.
– Nie była? Dlaczego? – dziwi się Henrique.
– Bo to była Polska, w której wybory wygrywa PiS.

Tragizm sytuacji zostaje złagodzony przez fakt, że choć Eduardo zniknął, to jego rum pozostał.

SOR

Z synem coś było nie halo, więc zabrałem go do pani doktor. Bywamy u niej często i w sumie to muszę kiedyś zagadać, czy nie pozwoliłaby nam zamieszkać u siebie w jakiejś komórce pod schodami czy coś, bo co ja tak będę ciągle jak głupi jeździł wte i nazad. Pani doktor potwierdziła moją wstępną diagnozę, że z synem jest coś nie halo, a ponieważ ta niehalość miała charakter nawracający, to posłała nas do szpitala na SOR, żeby nam tam zrobili niehalografię, a w razie potrzebny położyli na oddział i leczyli. No to dzwonię do żony, że halo, z dzieckiem nie halo, niehalość nawracająca, zbieraj się, grażynko, kierunek szpital. A potem drugi telefon do taty, że z dzieckiem młodszym nie halo, szpitalu halo witaj nam i czy mógłby ode mnie zabrać to starsze, bo mi w tej chwili niepotrzebne, a nawet zawadzać będzie, to lepiej może niech sobie posiedzi z dziadkami, pokoloruje jednorożce, wyżre wszystkie żelki ze spiżarki i scementuje więź międzypokoleniową.

No i czy wy widzicie, jakie to jest niesamowite?! Dwa prztyknięcia tym takim śmiesznym telefonem, co się w kieszeni mieści i już na dwóch końcach miasta odpalają dwa silniki i nadjeżdża odsiecz! Kurwa, jakbym o tym opowiedział Napoleonowi, to by mi nie uwierzył, że takie rzeczy możliwe oraz dodałby coś po francusku, a ja bym nie zrozumiał. W czasach Napoleona to ja bym z tym dzieckiem zapierdalał saniami po śniegu (bo efekt cieplarniany jeszcze niewynaleziony byłby) i to nie do szpitala, tylko do jakiegoś lekarza powiatowego od puszczania krwi. I to sam, bo żona by była nieżywa od dawna na jakąś zarazę, a tata na niezoperowane serce. A nie, w sumie to nie jechałbym, bo przecież bez antybiotyków to bym dzieci już nie miał. No więc, powtarzam, to wszystko jest totalnie niesamowite, ale już przywykliśmy. Więc żona tylko pakuje kanapki, a ja wygodne japonki na zmianę, bo wiemy, ile się na SORze czeka, i jedziemy.

Szpital nowiutki, pachnący, wykładzina lśni aseptycznie, kanapy w poczekalni spoglądają zapraszająco, tylko pacjenci jacyś nie w sosie. To znaczy rodzice pacjentów, bo same dzieci to w większości mają wyjebane i ganiają się radośnie po pokojach. Tak jest, po POKOJACH. Liczba mnoga. Mamy ich do dyspozycji cztery: poczekalnia z kanapami, bawialnia z książkami, przewijalnia z przewijakami i polegiwalnia z pufami. W rejestracji mówią, że na wejście do gabinetu trzeba będzie poczekać ze cztery godziny, no ale chuj, przecież jak ktoś codziennie dwie godziny stoi w korku, to chyba może raz do roku poczekać cztery? Zwłaszcza że, jak wynika z moich obliczeń, każdą godzinę można spędzić w osobnym pokoju.

Do gabinetu wchodzimy w końcu po jakichś pięciu i pół, bo ciągle przepuszczali przed nas kogoś, kto połknął igłę albo co. No ale to zrozumiałe chyba. A w gabinecie siedzi lekarka, która skończyła te trudne i długie studia właśnie dla takich chwil jak ta, kiedy przed północą ogląda nasze dziecko, z którym coś nie halo. I uśmiecha się do niego. I posyła na wypasionego rentgena najnowszej generacji, który okazuje się być w chuja wielką i skomplikowaną maszyną, która pokazuje niezbicie, że wcale nie jest z naszym synem tak nie halo, jak się wszystkim wydawało i kocham ją za to. Więc jedźcie, państwo, do domu, łykajcie, wziewajcie, skontrolujcie się za parę dni.

No i co prawda w tej poczekalni jak zwykle dostaliśmy gratis jakiegoś rotawirusa, i żona z synem spędzili dzisiejszą noc puszczając tzw. wielorybki, no ale hej, niech to nie przysłoni pozytywnego wydźwięku przytoczonej historii pełnej niezawodnych dziadków, dyżurujących lekarzy i sprzętów typu future-is-now.

Bystrzy jesteście, więc pewnie już się domyślacie, do czego zdążam. Ten wpis mógłby przecież brzmieć: “Ale chujowy Sylwester 😦   Najpierw 7 godzin na SORze, a potem rotawirus. 2016 roku, idź już sobie!”

I zdradzę wam sekret. Marne szanse, żeby nadchodzący rok był jakoś wyraźnie lepszy od mijającego. Ale życzę wam, żeby sprawił wam dużo radości.


PS. To czysty przypadek, że ten kompost wychodzi niemal równocześnie z inną opowieścią o SORze. Sprzeczności nie widzę. Nasza służba zdrowia jest, rzekłbym, korpuskularno-falowa. I na trytki, i cudowna.

Ratownik

– Co tam dzisiaj było w przedszkolu, córeczko?
Pokój wygląda jak chlew po tornadzie, syn jeździ samochodzikiem po talerzu, całe żarcie już dawno wystygło, a kot próbuje mi podpierdzielić mięso z widelca. Ale chuj z tym, jest biesiada, jest small talk.
– Przyszedł pan ratownik!
– Taki co jeździ karetką?
No bo przecież nie wodny. Raczej aż tyle nie płacimy na tę Radę Rodziców, żeby przedszkole mogło basen w piwnicy pierdolnąć. Chyba, że oni uczęszczają chyłkiem na jakąś pływalnię, a ja znowu przegapiłem ogłoszenie w szatni i nie wyposażyłem dziecka w czepek, kostium z Elsą i klapki… Cholera.
– Nieee… Taki inny… Taki… Eeee…
Okej, czyli basenu nie ma. Alarm odwołany. No dobra, to niech ona teraz poszuka odpowiedniego słowa, a ja spróbuję nafutrować to drugie.
– Jedz synku mięsko. Nie sam makaron.
– Nie e am-am! Nie e am-am!
To nie jedz! W ogóle, jak ci tak wszystko nie pasuje, to się wyprowadź, zaciągnij na jakiś okręt i żryj śledzie z beczki.
– To może ogórka?
– Tata, ten pan miał, zobacz, miał tutaj…
Na piersi.
– …taką odznakę z orzełkiem…
Urzędnik stanu cywilnego?
– …i syrenki tu na rękawach.
Czyli albo wydziarany recydywista, albo…
– To może to był strażnik miejski?
– Tak! I uczył nas o bezpieczeństwie.
– Świetnie! O tym, jak przechodzić przez ulicę?
– Nie.
No to o czym, kurwa? Jak ochronić się przed zagładą jądrową, zakładając żółte blokady na koła?
– No, mówił… No, na przykład jest taka sytuacja: rodzice wyszli po zakupy i zostawili nas w domu…
Aha, czyli o tym, żeby nie wpuszczać obcych. Słusznie. Ale tu na razie nie ma stresu, bo młoda nie sięga jeszcze do zasuwki. Może sobie najwyżej z jehowymi przez domofon pogadać. Swoją drogą może warto zorganizować taką ustawkę? #słuchałbym #żarłbympopcorn.
– …samych w domu. Z wujkiem.
Uuuuu, to widzę z grubej rury! Będzie o złym dotyku, jak nic! Dobra, ostrożnie.
– No i co ten wujek?
– No i patrzymy, a ten wujek leży i się nie rusza.
Co, kurwa?!?!
– Eee, leży?
– Tak! Leży nieprzytomny i trzeba sprawdzić, czy oddycha…
O kraju mój wódką i winem płynący! Co twa pięcioletnia córa wiedzieć winna o bezpieczeństwie? Proste: jak zbierać nieprzytomnego wujka z podłogi. Dziękuję, kurtyna.
– …i sprawdza się tak, że tak robisz głowę i tu patrzysz. A potem, tak składasz ręce i mocno naciskasz na serce. I trzeba wezwać pomoc.
A może to i dobrze, że się tego uczą? Cholera wie, kiedy przy nich dostanę zawału. Taka wiedza będzie wtedy jak znalazł.
– Synku, nie wylewaj picia na kota!
Nie no, serio, jak ja byłem w jej wieku, to strażnicy miejscy do przedszkola nie przychodzili, tylko malowaliśmy obrazki na Dzień Milicjanta. A teraz okazuje się, że pan strażnik przyniósł nawet fantoma, na którym dzieci mogły poćwiczyć reanimację wujka. Fantom był elektroniczny i gadał, więc normalnie prawie R2D2.
– I na koniec pan powiedział, że się niedługo znowu zobaczymy.
– O, to ciekawe, o czym będzie następnym razem.
– Ja wiem, co będzie następnym razem! Powiedział, że podzieli nas na grupy i będziemy coś robić. Jakieś rzeczy.
OK, to jesteśmy umówieni.

Dzidzia

– Mam prawo nienawidzić, kogo chcę. – oświadczył z dumą koleś w nocnym, kiedy młody człowiek z dredami przepasanymi niebieską chustką grzecznie zwrócił mu uwagę, że piosenka “Jebać brudasa / jebać rastafarianina / w niebieskiej chusteczce / chodzi dziewczyna” jest dla niego jednak trochę obraźliwa. I wcale nie był, ten nienawidzący, taki znów młody, tak bardzo pijany ani taki łysy, jak można by przypuszczać na podstawie samego opisu zdarzenia. Suchy opis nie odda też tonu, którym to powiedział. Brzmiało to jak “mój dziadek zginął w powstaniu, żeby dzisiaj każdy mógł nienawidzić, kogo chce!”.

Dla równowagi: rozkosz językowa na naszym placu zabaw dzięki rodzicielstwu multi-kulti. Śródziemnomorski ojciec łamaną polszczyzną udziela córce informacji zwrotnej, że psieciesz mogla zrobicz dzidzi ksziwde! A wobec jej oporów poznawczych, daje się nieco ponieść emocjom i przechodzi na język ojczysty, uświadamiając dziecku, że kabahatakrampateha dzidzia! Gehdekrhabohekhera dzidzia karakhoutroke! Dzidzia mukurukatakaturokhumuserkh!
I fantazjuję, że może on kiedyś zabierze córkę na wakacje do środziemnomorskich dziadków i przywiezie śródziemnomorskiemu krajowi polskie słowo, którego najwyraźniej tam brakuje. Bo odpowiednik słowa “jebać” to na pewno mają.

Potęga miłości i groza Kosmosu

Przychodzi chłop (w sensie: ja) do lekarza, a lekarz mówi:
– Panie chłopie, ja tu już nie będę pracować, idę na swoje, chodź pan ze mną.
– Dobra, panie lekarzu. – mówię na to ochoczo. – Idziemy.
– Tylko niech pan stąd weźmie, panie chłopie, swoją historię choroby, bo mi jej nie wolno zabierać.

O, fajnie, cieszę się w myślach. Wreszcie się dowiem, co on tam o mnie pisze przy każdej wizycie. Bo może na przykład nic, tylko krzyżówkę rozwiązuje chyłkiem. Ale przy odbiorze papierów okazuje się, że kij tam z krzyżówką, bo w charakterze nieoczekiwanego bonusa dostaję również dokumenty sprzed 17 (!) lat. Wtedy to do tej samej przychodni wysłała mnie komisja wojskowa, żeby fachowcy stwierdzili, czy rzeczywiście nie nadaję się do służby Ojczyźnie tak bardzo, jak twierdzę.

A było to tak.

Wezwanie do Wojskowej Komisji Uzupełnień dostałem jako pierwszy w klasie. Duma bardzo, zabrałem je do szkoły i wszystkim pokazywałem na korytarzu. No bo wiecie, niby ciągle mieszkam z rodzicami i babcia mi gotuje obiadki, a mama pierze skarpety, ale jakby co, to już jestem na tyle dorosły, żeby przelewać krew za Ojczyznę, naftę i bawełnę.

Do wojska jednakowoż jakoś mi się nie spieszyło, więc na komisję wybierałem się z plikiem diagnoz, wyników i zaświadczeń przekonujących o mojej trwałej niezdolności do obrony granic. I nie zrozumcie mnie źle – nic lewego tam nie było. Po prostu, jak mówi stare przysłowie, nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. No i ja właśnie w porę zadbałem o to, żeby mieć wszystkie swoje diagnozy na piśmie. Tak uzbrojony, czekałem.

I oto nachodzi wreszcie dzień, kiedy osłonięty jedynie bokserkami i teczką pełną zaświadczeń lekarskich, wchodzę na komisję.

A tam na dzień dobry – fortepian.

O, kurwa.

Niby dla niepoznaki przykryty jakimś materiałem, no ale umiem odróżnić fortepian od czołgu nawet w kamuflażu bojowym. Trzy nogi są, gąsienic nie ma. What the fuck? – zapytałbym siebie w myślach, gdyby młodzież wtedy tak mówiła. (Jeszcze nie mówiła, więc zdumiałem się w myślach po polsku). To będą mnie do orkiestry wojskowej przesłuchiwać?
Ale nie. Fortepian jest na sali tylko dlatego, że pomieszczenia, w których stacjonuje komisja, w cywilu należą do domu kultury.

Komisja przystępuje do oględzin. Z przekazów kulturowych znam legendarne “Przodem! Tyłem! Kaszlnąć! Zdrowy!” i jestem ciekaw, czy medycyna wojskowa poczyniła pod tym względem jakieś postępy. Poczyniła. Jest tylko “Przodem! Tyłem! Zdrowy!”, bo wobec przyniesionych przez nas prześwietleń klatki piersiowej “Kaszlnąć!” okazuje się już zbyteczne. Wszystko zatem idzie naprawdę szybko i już mi chcą dawać kategorię “A”, kiedy gwałtownie oponuję, machając swoją teczką pełną papierów.

– No dobra, pokaż, co tam masz. – wzdycha Pan Komisja. Pewnie oficer. W sumie nie wiem.
– Choroba Scheuermanna! – melduję posłusznie i prezentuję zaświadczenie, które wypisał mi mój ortopeda, co to teraz magnez o doskonałej bioretencji w telewizji reklamuje. Dla niewtajemniczonych: Scheuermann to jałowa martwica kości, czyli kifoza młodzieńcza, czyli po prostu garb. Jak ostatnio przeczytałem w Wikipedii, “powoduje zeszpecenie i trwałe ograniczenie sprawności życiowej”. Story of my life.
– Eeeee, tam. – lekceważy jednak moje cierpienie, zeszpecenie i ograniczenie pewnie-oficer. Widać w nowoczesnej armii garb nie przeszkadza. W sumie łatwiej się człowiek mieści w czołgu.
– Skolioza? – próbuję nieco mniej pewnie, podając kolejną kartkę wypisaną przez ortopedę od magnezu.
– Eeee…
No to wyciągam broń ostateczną: nerwica lękowa. Tu już komisja okazuje pewne zainteresowanie. Widać żołnierz polski może być garbaty, ale nerwowy czy, nie daj Bóg, lękliwy – w żadnym razie. Dostaję skierowanie do przychodni, w której sprawdzą, co tam mam pod hełmem.

Do przychodni udaję się na rowerze. Przypominam, że rzecz dzieje się w najtisach, kiedy to rowery kradną na potęgę. Mój jest całkiem, jak na tamte czasy, przyzwoity, więc zabezpieczam go, nie tylko przypinając do nieruchomego elementu krajobrazu, ale też odkręcając koło i biorąc je pod pachę. Stylówy dopełniają krótkie bojówki (mówiłem, że najtisy), w których podczas jazdy na rowerze ciągle rozpina mi się rozporek.

W poczekalni, ku mojemu rozczarowaniu, sami z wyglądu normalni ludzie, poza jedną dziwną panią. Dziwna pani wkrótce okazuje się Panią Psychiatrą i zabiera mnie na badanie, czyli – ku mojemu ponownemu rozczarowaniu – zwykłą rozmowę bez żadnego pokazywania plam atramentowych czy coś. Potem przejmuje mnie młody Pan Psycholog i dopytuje o historię mojego życia.

Pamiętam to koło od roweru, pamiętam, że w trakcie rozmowy dostrzegłem rozpięty rozporek i z wdziękiem go sobie zasunąłem, pamiętam, że w końcu dali mi kategorię “D”, ale nie do końca pamiętam, o czym rozmawialiśmy. A wygląda na to, że mówiliśmy o sprawach absolutnie fundamentalnych. Eros, Tanatos, miejsce człowieka we Wszechświecie, te klimaty. I że mój rozmówca miał niezwykły talent do efektownego protokołowania wypowiedzi pacjentów. W otrzymanej przeze mnie dokumentacji medycznej czytam bowiem:

“Diagnoza: nerwica lękowa. W ’96 zakochał się i twierdzi, że objawy minęły. Obecnie: lęki, np. kiedy rozmyśla nad strukturą Kosmosu”.

Odzież z orzełkiem

Tak się zastanawiam – dlaczego ta twoja koszulka ma biało-czerwoną opaskę nadrukowaną na ramieniu?

Nie no, jasne, widzę, że jesteś patriotą. Wielkimi literami masz to na piersi napisane. Ale ja pytam, dlaczego na ramieniu.

Powstańcy? Że niby warszawscy? Ale im te opaski były potrzebne, bo nosili mundury zabrane Niemcom. Jakoś musieli się od nich odróżniać. A ty od kogo chcesz się odróżnić? Mi się takie znakowanie ludzi opaskami kojarzy bardzo niedobrze. Pewnie się interesujesz historią, to sam wiesz, z czym.

szwadrony_polskie

Ja się historią nigdy specjalnie nie interesowałem, licząc na wzajemność. I rzeczywiście, dotychczas się jakoś o mnie nie upominała. Ale widać każde pokolenie ma swój czas i boję się, że nasz właśnie nadchodzi.

Historią się nigdy specjalnie nie interesowałem, ale parę rzeczy ze szkoły udało mi się zapamiętać. Na przykład to, że ona, ta historia, lubi się powtarzać. I obawiam się, że znowu zamierza to zrobić. Nie sama, oczywiście. Wy jej w tym pomożecie.

Jak to, kto? No wy, chłopaki z husarią i żołnierzami wyklętymi na piersi.

Nie złość się. Ja też jestem Polakiem. Ten orzeł, co go masz tam wyhaftowanego, to też mój orzeł. W dowodzie go mam i na pieniądzach go mam. Lubię kupować dzieciom banany za pieniądze z orłem białym. Bo kiedy sam byłem dzieckiem, płaciło się za nie dolarami. Albo bonami.

Pewnie, że nie wiesz, co to takiego. Za młody jesteś. Parę lat temu myślałem, że nigdy się nie dowiesz, że będziesz w euro płacił. Teraz nie jestem już taki pewien.

filcowy-rycerz

No więc obaj mamy tego samego orła, ale ja myślę, że nie gramy w tej samej drużynie. Nad twoim orłem jest napisane “Śmierć zdrajcom ojczyzny”. I ja nie bardzo wiem, kto jest dla ciebie takim zdrajcą, ale mniej więcej wiem, co to jest śmierć. I nie jest to chyba najgorsza rzecz, która może nam się przydarzyć, jeśli się weźmiecie za tych zdrajców.

Ty pewnie o tym nie wiesz, ale myślę, że grasz w jednej drużynie nie ze mną, ale ze wszystkimi innymi chłopakami od orłów i lwów, z chłopakami z całej Europy. Ja wiem, że przynajmniej część z nich to twoi śmiertelni wrogowie. Bo wam się pewnie wydaje, że popychacie świat w zupełnie przeciwnych kierunkach. Ale przypuszczam, że wcześniej czy później, dzięki waszym wspólnym wysiłkom, spotkamy się wszyscy w jednym miejscu. I będzie to cholernie nieprzyjemne miejsce.

Może wtedy twoje dzieci będą mogły już na poważnie nosić te biało-czerwone opaski. Może nie będą już musiały bawić się w paintballa i grupy rekonstrukcyjne. Może dla nich namalowanie na murze kotwicy Polski Walczącej będzie rzeczywiście wymagało odwagi. Kto wie? Może zostaną bohaterami i same kiedyś trafią na jakąś koszulkę?

Może tobie właśnie taka przyszłość się marzy? Bo ja to bym jednak wolał Unię Europejską, święty spokój i wodę w kranie. Może nawet być zimna.

Nie wiem, jak będzie, ale czarno to wszystko widzę. Bo, co prawda, historią nigdy się specjalnie nie interesowałem, ale coś mi tam ze szkoły w głowie zostało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Post Navigation

%d bloggers like this: