(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “moje małe patologie”

Po świątyni Kalliopy drepcą me w sandałach stopy

Działo się to wiosną zeszłego roku. Większość poniższego tekstu napisałem właśnie wtedy, na świeżo, ale nie dokończyłem, bo coś, i nie opublikowałem aż do teraz. I wielka szkoda, bo gdybyście historię poznali wtedy, a epilog dopiero dzisiaj, to byłoby pierdolnięcie, a tak to jest jedynie tani lans. Trudno.

A było to tak. Pięknego wiosennego dnia wstałem-zjadłem, ubrałem-się-umyłem, po czym popedałowałem jedną nogą (bo druga aktualnie była zepsuta) na PGE Stadion Narodowy. Rower zostawiłem pod bramą, wkuśtykałem po tych wielkich schodach, co je tam na moją zgubę pobudowali i poszedłem do toalety, żeby się przebrać w elegancką odzież (#jaksuperman). Czyli konkretnie zdjąłem wytarte i pomięte ciuchy, w których jeżdżę na rowerze i włożyłem wytarte i pomięte ciuchy, które wyglądają, jakby celowo były wytarte i pomięte, bo taki nosiciel ma styl. A przynajmniej mam nadzieję, że tak wyglądają.

Oraz przygładziłem włosy.

Podobając się sobie po tych zabiegach bardzo, podszedłem do rejestracji Warszawskich Targów Książki i powiedziałem, że jestę poczytnym autorę i poproszę identyfikator. Protip na przyszłość: nie legitymują, do razu dają (#lifehack). Wszedłem, usiadłem przy stoliku i wyciągnąłem długopis, bo w planie było podpisywanie książki, która jakoś tam też jest trochę moja.

Podpisywanie trwało dwie godziny i było przesympatycznie. No bo, wiecie, ludzie przychodzą z książką i mówią, że fajna, dzieci patrzą na ciebie z zachwytem, dziewczęta ukradkiem wsuwają ci w dłoń klucze do swoich pokoi hotelowych, młodzieńcy mówią, że jak dorosną, to chcą być tobą, nobliwe matrony zachwalają cnoty swoich córek na wydaniu, szejkowie kuszą petrodolarami za prawa do ekranizacji i tak dalej.

Naprawdę i na serio, było bardzo miło. Na dowód przedstawiam zdjęcie, na którym w doborowym towarzystwie uśmiecham się błogo:

targi-ksiazki

Pierwszy raz wstawiam na Kompostowni zdjęcie twarzy, więc chyba mogę się już całkiem zdemaskować. Nazywam się Wojtek. Skończyłem XVII LO A. Frycza-Modrzewskiego w Warszawie, o czym wszystkim przypominam przy każdej okazji. Kiedy tylko mogę, chodzę boso, a kiedy nie mogę, bo muszę być elegancki, to zakładam koszulę z krótkim rękawem. Noszę okulary. W dzieciństwie chciałem być Indianinem.
Źródło zdjęcia: http://biblioteki-szkolne.blogspot.com/2016/05/bso-na-warszawskich-targach-ksiazki.html

Nie mam natomiast zdjęcia dowodzącego, że rzeczywiście byłem na Stadionie Narodowym, choć już wiem, jak takie się robi. Podsłuchałem bowiem młodego człowieka tłumaczącego drugiej młodej człowiekowi, że należy skierować obiektyw na płytę boiska (żeby było wiadomo, że to TEN stadion), jednocześnie wsadzając w kadr kawałek swojej ręki, na dowód, że to zdjęcie własne, a nie z netu. Tak też młoda człowiek zrobiła, składając przy tym palce w znak “V”, co wywołało u młodego człowieka pomruk dodatkowego uznania.

Ale kiedy podpisywanie się skończyło i zrobiłem sobie rundkę po stoiskach, to poczułem się cokolwiek nie na miejscu. No bo, heloł, co ci wszyscy ludzie mają z tymi książkami? Tłoczą się, przepychają i ekscytują ponad miarę, a oczy im się przy tym błyszczą jak fikuśnie piercingowanemu psu jaja. I kupują te książki siatami całymi, tachają do domu, nie wiem, po co, na przetwory może? A do jednego pana autora to była wielka kolejka przez 5 stoisk, dwa razy dłuższa niż do Grocholi nawet, a mi ten pan autor nic nie mówił. Ani jego twórczość, ani twarz, ani nazwisko. Z grupą kolarską Supradyn Witaminy się tylko kojarzył.

No bo szczerze, to ja z książkami od paru lat tak raczej nie bardzo (dlaczego tak jest, to temat na osobny wpis). W ubiegłym roku może z 8 przeczytałem, z czego większość córce. I powiem, że naprawdę trochę głupio przychodzić do tej PGE Świątyni Literatury jako pan autor, czyli jakiś w sumie taki trochę kapłan tej świątyni, albo ministrant przynajmniej, kiedy samemu się nie czyta.

Więc żeby jakoś ratować twarz, podreptałem nerwowo w kółko i kupiłem co następuje:

  • książkę kolegi, no bo skoro wziął i napisał, to trzeba,
  • jedną książkę dla mamy i drugą dla teściów, bo oni wszyscy chyba czytają (no, w każdym razie wiem, że umieją),
  • Konstytucję RP dla siebie, bo to przynajmniej krótkie jest i nie ma opisów przyrody, a poza tym słyszałem, że ma być niedługo sequel, więc chciałem sobie przypomnieć, co tam było wcześniej.
  • książkę dla dzieci, bo podobno jak im nie będę czytał 20 minut dziennie, to się wyda, że jestem chujowym ojcem.

A ponieważ dłużej już naprawdę nie mogłem wytrzymać między tymi wszystkimi stoiskami ze strawą duchową, to uciekłem na płytę boiska, gdzie stali ludzie z planszówkami. Tam było lepiej, bo chłodniej i ludzi jakoś mniej, ale w sumie to ja z planszówkami mam podobnie jak z książkami. W sensie nie gram, ewentualnie od czasu do czasu w coś tam z córką. Ale przypomniało mi się, że w dzieciństwie strasznie jarało mnie rysowanie plansz, wycinanie kart i układanie zasad. No i na fali tej nostalgii pomyślałem sobie, że chuj, skoro da się książek nie czytać, tylko pisać, to może i da się w gry nie grać, tylko je układać.

Kupiłem jedną grę (dla córki) i poszedłem do domu.

EPILOG:
Noga się zasadniczo zaleczyła.
Konstytucji ciągle nie doczytałem do końca.
W zeszłym tygodniu Pewne Poważne Wydawnictwo zgodziło się wydać moją grę.

Ogłoszenie

Artykuły z “Internetowego Merkuriusza Stegien-Północ”, które zacząłem udostępniać na swoim prywatnym profilu na Facebooku, podobają mi się tak bardzo, że postanowiłem podzielić się nimi z szerszym gronem odbiorców. Od dzisiaj “Merkuriusza” będzie można czytać również na facebookowym profilu Kompostowni. Kto jeszcze nie polajkował, ten trąba.

Czemu nie śpię

Miałem kiedyś jako zdjęcie w tle na FB ustawioną grafikę z napisem “Droga trzecio nad ranem, musimy przestać widywać się w ten sposób. Zdecydowanie wolałbym z tobą sypiać”. Ale oczywiście na deklaracjach się skończyło i nadal zbyt często widujemy się przy biurku. Na przykład w ciągu ostatnich paru lat tylko raz się zdarzyło, żeby komputer przestawił się z czasu zimowego na letni (albo z powrotem) pod moją nieobecność.
Lubię myśleć, że to dlatego, że w dzień jestem ojcem, a w nocy freelancerem. Ale to w najlepszym wypadku tylko część prawdy. Pozostałą część dobrze ilustruje poniższa historia.
Noc ciemna, noc głucha, ewidentnie pora spać. Niechętnie wstaję od komputera i zaczynam dreptać w stronę łazienki. Wpół dreptu kątem oka dostrzegam dziwne błyski w oddali za oknem. Dziwne, bo nieregularne. Raz dłuższe, raz krótsze, z większymi lub mniejszymi przerwami pomiędzy. Zupełnie jakby ktoś nadawał morsem. Błyska się w jednym z okien bloku oddalonego o jakieś 300 m, więc szczegółów nie widać. (Nasze osiedle zbudowano w latach 70., kiedy królowała inna filozofia zagospodarowania przestrzennego, dzięki czemu z okna można sięgnąć wzrokiem dalej niż o rzut słoikiem). Wyciągam tedy lornetkę, którą przezornie zawsze trzymam w szufladzie biurka i, z braku atrakcyjnych sąsiadek przebierających się przy zapalonym świetle, używam do oglądania wron. Ogniskuję soczewki na migającym punkcie i ustalam niezbicie, że to zepsuta świetlówka.
No i OK. Świetlówka się zepsuła i nadaje morsem. Przypuszczam, że większość w miarę normalnych osób idzie w tym momencie umyć zęby i spać. Bo te całkiem normalne to śpią już od 3 godzin.
Ale, kurwa, nie ja. Ja wyciągam tabelę kodu i sprawdzam, co ta świetlówka nadaje. Powtórzmy to sobie jeszcze raz: wiem, że to świetlówka, wiem, że nie nadaje nic, ale i tak, zamiast iść spać, sprawdzam. Jeśli kogoś interesuje wynik, to komunikuję, że wiadomość nie miała żadnego sensu i była w niej nadużywana litera “T”.
Przed snem nagrywam jeszcze telefonem film dokumentalny, który zamieszczam poniżej. Nie zarejestrowały się na nim krótsze rozbłyski świetlówki (w centrum kadru), ale za to pojawiają się inne ładne efekty wizualne w postaci zapalających się i gasnących rzędów świateł po bokach (to okna klatek schodowych zasłaniane i odsłaniane przez poruszane wiatrem gałęzie).
I sumie film ten byłby swego rodzaju pomnikiem mojej żenującej walki z własnym cyklem okołodobowym, gdyby nie to, że podłożyłem pod niego muzykę. Z dobrą muzyką wszystko wydaje się wspaniałą przygodą i wzbogacającym duchowo nocnym przeżyciem.



PS. Na potrzeby tego posta zostałem jutuberem i dumam, jak to w przyszłości wykorzystać ku Waszej i mojej uciesze.

Post Navigation

%d bloggers like this: