(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “siedzę i myślę”

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Cz. II. Kieliszki

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Zróbmy imprezę formatu grande de lux, jakieś wesele, chrzciny, bal dziennikarza czy inne rozdanie Oscarów, zaścielmy stoły śnieżnobiałymi obrusami, poczekajmy, aż się zejdą wytworni goście w tych wszystkich megaodpicowanych, odprasowanych, w pralni wypranych, nakrochmalonych, ledwo spłaconych frakach-gorsach koktajlowych, half-canvasach na ramiączkach, no-smokingach lub princeskach z logo mistrza lecz bez pleców, posadźmy ich za stołami i wyciągnijmy duże ilości wina, koniecznie czerwonego, bo plami najskuteczniej, i wlejmy im to nie w w żadne kubki, czarki czy pucharki, szklanki albo filiżanki, tylko w te odjebane sny pijanego dmuchacza szkła, te bańki rozdęte chwiejące się na wysokich nóżkach!

Noszszsz, kurwa, ludzie…! Kto, pytam ja się, kto, do chuja wielorybiego, wymyślił kieliszki do wina!? I po co?!

Nie można pić normalnie ze szklanki albo z kubka? W kubku stoi stabilnie, do zmywarki się mieści wygodnie, tłucze się z trudem. I smakuje tak samo, sprawdzałem.

Nie no, pewnie, że nie jestem kiperem i nie wychwycę subtelnych różnic w smaku, ale – niespodzianka – ty też, kurwa, nie. Przecież w tym kieliszku masz właśnie wino z Lidla za 29,90, starannie utrzymywane w temperaturze pokojowej, które oddychać zaczęło właśnie teraz, więc nie jestem pewien, czy przelanie go do kubka naprawdę coś by tu zepsuło.

No zobacz, a filiżanek to nie używasz. Herbatę pijesz, w czym popadnie, a kawę właściwie wyłącznie w w kubku. Niejednokrotnie, za przeproszeniem, papierowym. Yerbę też ciągniesz jak ostatni cham bez bombizi. A z winem, nie wiedzieć czemu, się wygłupiasz. Wygłupiasz się tak bardzo, że trzymasz nawet osobne kieliszki do białego i czerwonego, jakbyś za dużo miejsca miał w kredensie. I nie opowiadaj mi tu o kształcie, który pomaga wydobyć aromat, bo zaraz ci opowiem, który kieliszek należy trzymać za czaszę, a który za nóżkę i będziesz miał dodatkowy kłopot. A poza tym, popatrz: z whisky jakoś da się aromat wydobyć za pomocą zwykłej szklanki. I jak się dobrze przyjrzeć, to zdumiewająco przypomina ona szklankę po Nutelli.

Że co? Kultura picia? No tak właśnie się spodziewałem, że wcześniej czy później o tym wspomnisz. To może zastanów się przez chwilę, gdzie się picie spotyka, a gdzie mija z kulturą i czy to aby na pewno ma wiele wspólnego z tym, co i z czego pijesz.

I podaj mi tę deskę serów, bo naprawdę dobrze wygląda. Tyle chociaż pożytku z tej twojej enologicznej zajawki.

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Cz. I. Ortografia.

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Piszmy raz h, raz ch, raz u, raz ó, raz ż, raz rz, ale wymawiajmy tak samo! Co za geniusz jebany to wymyślił?! I nie mów mi, proszę, że to tradycja. Nie ma takiego imienia Tradycja. Tradycyjnie to się te głoski różniły w wymowie i wtedy to wszystko jakiś sens miało. A dzisiaj nawet już “h” pozostało dźwięczne jedynie w ustach  najstarszych osobników, pamiętających przedwojenne gimnazjum (takie z greką i łaciną, bez gimbusa). No bo wiecie, generalnie jest taka zasada, że jak coś było kiedyś ważne, fajne i potrzebne, a dzisiaj tylko zawadza, to się to odstawia do szklanej gablotki albo robi z tego ikonkę “save” na komputerze. I ja bym polecał tę procedurę również w omawianym przypadku. Moskale, na przykład, jak sobie zrobili rewolucję, to od razu wywalili z alfabetu cztery znaki i jakoś to przeżyli. To znaczy nie wszyscy, bo łagry, czystki i tak dalej, ale to nie przez ortografię przecież.

No więc my też moglibyśmy się ogarnąć i wypieprzyć w diabły to “rz”, “ó” i “ch”. Ale nie! Siedzą dzieci w szkołach i wkuwają, że korzeń, bo kora, grządka, bo grabie, półka, bo położyć i groch, bo psiont groszy. I niektórym (mnie na przykład) to do głowy wchodzi łatwo, a innym wręcz przeciwnie, bo akurat tak mają, że ortoneuronki nie stykają i niczyja to wina. No ale przecież ko-ko-ko gdak-gdak szkoła nie może wypuścić absolwenta, który ortografii gdak-gdak nie przyswoił! Bo jak by on sobie potem w dorosłym życiu poradził? Jeszcze by został mechanikiem i komuś naprawił samohud albo jako programista napisał órzyteczny program na kompóteże! I co by to było?

Odpowiadam: nic by, kurwa, nie było. Dajcie dzieciakowi spokój z tymi dyktandami, niech się w tym czasie czegoś pożytecznego nauczy. Załatwiania spraw w urzędzie, na przykład. Albo jak ogarnąć zmianę dętki w rowerze, bo teraz, kiedy się ciepło zrobiło, to znowu widzę, że pół miasta jeździ z bieżnikiem tył na przód.

Od przeciwników radykalnego uproszczenia ortografii od lat słyszę te same dwa argumenty. Państwo pozwolą, że je przytoczę i się odniosę.

Argument 1. Przyzwyczajenie. “Nie wyobrażam sobie, żeby pisać koham albo żułty. Jak to w ogóle wygląda! Jak na to patrzę, to robi mi się niedobrze!”.

Szanuję twoje zdanie, ale weź się odpierdol. Dzieci nie po to się uczą pisać, żeby tobie się podobało. Mi się na przykład nie podoba słowo “pieczywo”, mlaskanie w autobusach i twoje namalowane brwi na profilowym, ale nie robię z tego zagadnienia. I daj spokój z tym przyzwyczajaniem się. Ja na przykład od dziecka byłem przyzwyczajony, że wszyscy mi dmuchają dymem w twarz, a psy srają na chodniki. Ale potem nagle okazało się, że jednak ludzi to trochę uwiera i może by tak przestać.

Argument 2. “Ej, ale to by znaczyło, że przez tyle lat zakuwaliśmy nadaremnie!”. No, znaczyłoby. I co, tylko dlatego kolejne pokolenia też mają zakuwać bez sensu? Bardzo mi się podobało, kiedy dawno temu w internetach ktoś zapytał wprost, po co nam właściwie ta cała ortografia. No i była lekka konsternacja, ale jakiś kozak uratował sytuację, odpisując “Po to, żeby się pozytywnie odróżniać od tych, którzy jej nie znają”.

Gościu, urzekła mnie twoja historia. Czyli jak ktoś zapisuje ci adres, że na przykład mieszka na ul. Żymowskiego 11 m. 26, to ty jesteś lepszy, bo wiesz, że powinno być Rzymowskiego? To ja ci, chłopie, serdecznie gratuluję. Aż normalnie specjalnie dla ciebie zatoczę w kompozycji tego posta pełne koło i powtórzę to, co w pierwszym zdaniu, czyli że nie no, kurwa, świetny pomysł! Rozbudujmy go! Zróbmy na przykład taką zasadę, że trzeba podawać imię tego Rzymowskiego. I daty życia. I numer domu w systemie dwójkowym. I jak ten cienias nie napisze bezbłędnie, że mieszka na ul. Wincentego Rzymowskiego (1883-1950) 1011 m. 11010, to już wiemy co o nim myśleć.

Ale nie zrozumcie mnie źle. Ja kocham nasz język i te wszystkie popierdolone przypadki i stopniowania, rodzaje męskie, żeńskie i nijakie, pszenice i pszczoły, skuwki i zasuwki, ja mełłem, ty mełłeś, on/ona/ono też, rzeżucha i gżegżółka, ale to powinna być, kurwa, zabawa dla koneserów! Zwykłemu człowiekowi to do niczego niepotrzebne, tylko mu samoocenę miażdży, kiedy dziecięciem będąc pisze zajebistą rozprawkę o etosie szlacheckim w Panu Tadeuszu, ale wykłada się na pasie słóckimi i rzópanie, przez co otrzymuje dostateczną mniej.

Bo może niech wystarczy, żeby ten absolwent rozumiał, co mówi i pisze? Żeby wiedział na przykład, że nie ma czegoś takiego jak najmniejsza linia oporu. Albo rozumiał, że języczek jest u wagi i z uwagą nie ma to nic wspólnego. Albo że jak masz coś na tapecie, to chodzi o tapet, a nie o tapetę? Bo tak sobie myślę, że dobrze jest wiedzieć, skąd się dane sformułowanie wzięło i co właściwie oznacza. Na przykład jest taka inicjatywa, żeby nie brać w knajpach słomek do napojów, bo one się nie rozkładają w przyrodzie i bardzo szkodzą na środowisko naturalne. I hasło tej inicjatywy brzmi “Don’t SUCK”. I to jest hahaha śmieszny żart językowy, ale zdaje się, że twórcy sloganu nie zastanowili się, skąd się wziął pejoratywny wydźwięk słowa “suck”. No chyba, że to było zamierzone i ich następne hasło będzie brzmieć “Nie bądź pedał, sortuj śmieci”.

Nigdy nie lekceważ potęgi ekranu

Wojna, oczywiście, wcześniej czy później nadejdzie. I nawet nie dlatego, że Putin już ocalił swoich Niemców Sudeckich na Krymie, a teraz pewnie marzy mu się korytarz eksterytorialny do Kaliningradu. Nie dlatego, że Unia Europejska traci wiarę w siebie, a Brytyjczycy rozważają okopanie się na Wyspach. Nie dlatego, że polityka ciągłego wkładania kija w bliskowschodnie mrowisko przynosi oczywiste skutki i że uchodźcy i inni migranci wlewają się do Europy w charakterze wody na młyn odradzającego się nacjonalizmu. To znaczy, dlatego wszystkiego po trochu też, ale przede wszystkim dlatego, że wojny w Europie już strasznie długo nie było. I że ci, którzy pamiętają, jak chujowo jest pewnego ranka przejść się do sąsiada i skonstatować, że sąsiada już nie ma, a przez pszenicę zapierdalają czołgi, w zdecydowanej większości już nie żyją.

Ale nie zrozumcie mnie źle. Ja nie straszę wojną za rok czy za pięć lat. Ja tylko myślę sobie, że jeśli będziemy się dobrze odżywiać i regularnie uprawiać sport, to mamy sporą szansę kolejnej wojny dożyć. A nasze dzieci mają tę szansę jeszcze większą.

Żona mówi, żebym więcej pisał o sobie.

No to ze mną było tak. Wojny żadnej oczywiście nie pamiętam, ale już jako kilkuletnie pacholę oglądałem kultowy wojenno-propagandowo-kynologiczny serial Czterej pancerni i pies. Jak cała męska część mojego pokolenia chciałem być wtedy dzielnym dowódcą w hełmofonie, mieć psa Szarika i napierdalać czołgiem na Berlin pełen złych Niemców. Zresztą kolejne lata podstawówki również upływały nam w blasku bohaterów, którzy bili Krzyżaków, nie sypali kolegów na Szucha, ginęli w powstaniach i ogólnie pokazywali dorastającym chłopakom, że wojna to przede wszystkim znakomita okazja, żeby udowodnić, co człowiek jest wart.

Później przyszedł czas na amerykańskie filmy wojenne, które w tamtym czasie były głównie rozliczaniem się z Wietnamem, więc pokazywały wszystko trochę inaczej niż widział  poczciwy Szarik. Dzisiaj dostrzegam na przykład, jak duży wpływ miał na mnie, komediowy skądinąd, serial M*A*S*H. Dla tych, co nie oglądali: pośrodku wojny w Korei stoi sobie szpital polowy, przywożą do niego rannych z frontu, lekarze składają ich do kupy i odsyłają z powrotem do wroga, żeby ich znowu podziurawił i tak to się wszystko ładnie kręci, tylko właściwie chuj wie, po co. To chyba dzięki MASHowi ostatecznie nabrałem przekonania, że wojna z definicji jest bez sensu, oraz uznałem, że jedyna rola w tzw. teatrze działań wojennych, w której bym się widział, to lekarz. A że na medycynę nie poszedłem (do wojska, zresztą, też nie), to w razie draki jestem chłopem bez roli. Książki czytane w liceum, takie jak Rzeźnia numer 5, Na zachodzie bez zmian czy Paragraf 22, już tylko wbijały ostatnie gwoździe do trumny bohaterskiego mitu Rudego 102.

Wspomnienia te wróciły do mnie ostatnio, kiedy z moją czteroletnią córką oglądałem jej pierwszy film o wojnie. Właściwie to sześć filmów. I właściwie o wojnach. Gwiezdnych.

Osobiście fanem sagi nigdy nie byłem, więc w dużej mierze odkrywałem odległą galaktykę razem z córką. No i fanem dalej nie jestem. Starą trylogię ktoś pięknie streścił tak:
gwiezdne-wojny-star-wars-podsumowanie-fabuly-gadajaca-zaba-przekonuje-nastolatka-by-zabil-swojego-ojca
Choć akurat tę żabę to lubię najbardziej. Pierwsze dwie części nowej trylogii też raczej przesypiałem. Unosiła mi się niekiedy powieka, kiedy w kadrze pojawiała się Natalie Portman, ale jak tylko otwierała buzię i słyszałem ten koszmarny polski dubbing, to powieka mi na powrót opadała. I dopiero na Zemście Sithów obudziłem się z oczyma jak spodki.

Jak bardzo ten film różni się od pozostałych! To znaczy w warstwie wizualnej dalej są tam kolesie machający bzyczącymi świetlówkami i cyborg z kokluszem, ale głębiej jest pełnowymiarowa grecka tragedia, Makbet i najbardziej wiarygodny obraz genezy wojny, jaki można podsunąć kilkuletniemu dziecku.

Całej złożoności tego obrazu moja czterolatka oczywiście jeszcze nie ogarnia, bo bywa, że po dialogu “Czemu mnie o to prosisz?”, “Rada cię o to prosi” pyta mnie, który to ten Rada. Ale najważniejsze rzeczy już kuma. Myślę też, że przez kolejne lata będzie oglądać ten film jeszcze wiele razy i w końcu zrozumie, dlaczego nie mogłem jej udzielać satysfakcjonującej odpowiedzi na powtarzające się pytanie “Tata, a on jest dobry, czy zły?”. Bo podły dziadunio Palpatine jest demokratycznie wybranym przywódcą, a mimo to dobrzy dżedaje zakładają przeciw niemu Komitet Obrony Jasnej Strony Mocy. Bo mistrz Windu tak strasznie wkręcił się w Walkę ze Złem®, że próbuje rozpłatać rzeczonego dziadunia swoją świetlówką, łamiąc przy tym prawo, przysięgę wierności i Konwencję Genewską o jeńcach. Bo co prawda Anakin urządza tak jakby rzeź swoich współbraci dżedajów, ale prostaczkowie z całej galaktyki generalnie są szczęśliwi, bo przywraca w ten sposób tak wyczekiwany pokój i już żadne X-wingi nie tratują pszenicy. (Czy co oni tam uprawiają. Przyprawę? A nie, to nie ta galaktyka). Bo ci żołnierze, córeczko, nie są ani dobrzy, ani źli. Oni po prostu wykonują rozkazy. Teraz właśnie dostali rozkaz 66 i strzelają w plecy tym, za których przed chwilą gotowi byli zginąć.

Córka ma jeszcze czas, żeby to wszystko próbować zrozumieć, ale już dziś ćwiczy się w dostrzeganiu i nazywaniu zła. Nie abstrakcyjnego Zła® jako strony konfliktu, tylko zła w konkretnym zachowaniu konkretnego człowieka.

Przyjmijmy, że tak właśnie przygotowuję ją na wojnę.


PS. Nie chciałem, żeby wyszło tak patetycznie. Jako depatetyzator polecam film Zwierzogród. Warto obejrzeć z dzieckiem między innymi dlatego, że może trochę tzw. przesłania się młodemu człowiekowi na dnie mózgu osadzi, co zaprocentuje w dorosłym życiu, kiedy podrośnięty mózg będzie umiał podstawić właściwe słowo w miejsce “drapieżnika”.

Potęga niesmaku

U Pratchetta jest taki kawałek o hydrofobach, który znakomicie się nadaje na początek tego posta, ale ponieważ żona ciągle mi mówi, żebym więcej pisał o sobie, to najpierw o sobie. Anegdotka taka bardziej. A żeby się tematycznie kupy trzymało, to też o Pratchetcie.

Jest rok 1995 i jadę do księgarni sprawdzić, czy Blask fantastyczny już się może ukazał. No bo przecież wtedy takie rzeczy się dało sprawdzić tylko w księgarni. Kupić zresztą też. I dlatego małe księgarenki jeszcze istniały i dobrze się miały. Na przykład ta mieszcząca się w pawilonie na jednym z ursynowskich bazarków, który regularnie odwiedzałem, żeby kupić takie niezbędne młodemu człowiekowi towary, jak modele do sklejania, kasety z muzyką i książki. A za ladą rzeczonej księgarni od niedawna stała moja tzw. facetka od historii, która, tak jak wielu nauczających mnie nauczycieli, w sposób jawny nie przepadała za swoją pracą, była wiecznie zirytowana, że jesteśmy głupi, dziecinni i niezainteresowani Bourbonami oraz miewała na lekcjach poważne napady frustracji w temacie, co ja tutaj robię / cóżem ze swoim życiem uczyniła.

Na plus należy jej jednak niewątpliwie policzyć, że na marudzeniu nie poprzestała i spróbowała swoich sił również na innej ścieżce kariery, mianowicie stanęła za rzeczoną ladą księgarnianą. W tym układzie współpracowało mi się z nią o wiele lepiej, sprzedałem jej nawet kiedyś po promocyjnej cenie jeden z dwóch identycznych słowników języka polskiego, którymi szkoła nagrodziła moje tzw. osiągnięcia.

Ale tym razem nie jechałem niczego sprzedać, tylko tego Pratchetta kupić.

Zajeżdżam na bazarek, parkuję rower, wchodzę, dzieńdobram i pytam, czy jest Blask fantastyczny Pratchetta. Facetka od historii jeszcze wtedy w asortymencie słabo  zorientowana, więc potrzebuje dodatkowej specyfikacji artykułu. To jest drugi tom Świata Dysku, mówię zatem. Gmera, gmera i powiada, że nie ma. Ale, dodaje, z takich komputerowych to jest magazyn “Enter”.

I to była pointa, ale po poincie jeszcze epilog: koniec końców facetka od historii wcale nie została księgarzem, tylko dyrektorką naszej szkoły.

*         *         *

No, tośmy się pośmiali, a teraz do rzeczy. U Pratchetta, w “Kolorze magii”, bodajże, jest taki kawałek o hydrofobach, czyli o gościach, którzy tak strasznie brzydzą się wody, że ich od niej odpycha fizycznie. A odpycha tak mocno, że umieszczeni nad powierzchnią jakiegoś akwenu, zawisają w powietrzu, unosząc się na poduszce własnej odrazy. Dzięki temu mogą służyć za rodzaj poduszkowców do rejsów po morzu, czy może raczej: nad morzem.

Dowiadując się o tych dziwach, przybysz z dalekich stron (Rincewind, chyba), dopytuje się:
– A dlaczego oni aż tak nienawidzą wody?
– Nie nienawidzą – odpowiada jego przewodnik. – Nienawiść to siła przyciągająca, tak samo jak miłość. Oni się jej brzydzą.

A piszę o tym dlatego, że w mediach (i w tych społecznościowych, i nie) takiego zdrowego obrzydzenia najwyraźniej brakuje, a zamiast niego jest jakaś wspomniana przed chwilą magnetyczna nienawiść. Jakieś wyciąganie spod kamienia ludzi i wypowiedzi, których najwyraźniej kochacie nienawidzić. A zdrowe obrzydzenie doradzałoby jednak pozostawienie ich pod tym kamieniem.

I ja nie mówię tu o politykach czy innych osobach, które mają jakiś tam wpływ na moje życie, więc mniej więcej powinienem uważać na to, co oni sobie uważają. Mi chodzi o akcje typu: jakiś burak z drukarni pisze maila obrażającego niepełnosprawne dzieci, a jego syn dodaje gratis na FB posta obrażającego rozum i gramatykę. Albo: jakiś pan aktor robi w wywiadzie telewizyjnym akrobacje pt. “To nie ja donosiłem bezpiece na kolegów, tylko on, czyli młody ja, czyli nie ja, ja nie mam z nim nic wspólnego”. Albo jakiś jebnięty proboszcz z maleńkiej pipidóweczki na Podkarpaciu gada na kazaniu jakieś brednie o in vitro czy innym tupolewie. I tym podobne.

No bo co mnie w sumie obchodzi, co ci ludzie sobie myślą i mówią? Nie rządzą moim krajem, nie uczą moich dzieci, nie pierdzą w mojej windzie. Nie mieliby najmniejszego wpływu na moje życie, gdybyście nie odgrzebali ich w jakimś mentalnym rynsztoku i nie wrzucili ich bredni w wielką maszynkę do robienia niusów, która następnie wypluwa mi całe to obrzydlistwo na ekran. I muszę go potem czyścić mentalną ściereczką w postaci słodkich kotków i ładnych pań.

Czy wy tak strasznie tych ludzi nienawidzicie, że aż musicie mi ich ciągle pokazywać? Po co, pytam się ja uprzejmie. Przecież gdyby nie wy, to oni w ogóle by dla mnie nie istnieli. Utonęliby między tysiącami wiejskich parafii, gdzie księża na kazaniu mówią o pannach roztropnych i robotnikach w winnicy, pośród setek drukarzy skupiających się na drukowaniu, a nie gadaniu głupot i między tymi wszystkimi wywiadami, w których aktorzy mówią, jak trudnym doświadczeniem było się wcielić w, ale za to jak się świetnie pracowało z.

I nie mówcie mi, proszę, że tymi ludźmi powinienem się przejmować, bo swoimi wypowiedziami wpływają na opinię publiczną. Jakbyście ich nie nagłaśniali, to by nie wpływali.

Przeto dla dobra mojego, a być może również własnego i ogólnopolskiego – weźcie się brzydźcie.

Kompucerz

Jennifer_LawrenceDo odwracania uwagi podobno najlepiej nadają się ładnie panie w ładnej odzieży, najlepiej czerwonej. Taka odwracaczka uwagi jest mi dziś bardzo potrzebna, bo próbuję właśnie zastosować tzw. technikę kanapki. Chodzi w niej o to, że między dwiema treściami przyjemnymi staramy się ukryć treść mniej przyjemną. Kolega Marcin tłumaczył mi to na przykładzie następującej wypowiedzi: “To niezwykle sympatyczny człowiek i choć straszliwie cuchnie mu z ust, to jest bardzo punktualny”.

W dzisiejszym wpisie będzie podobnie: zaczęliśmy od zdjęcia Jennifer Lawrence (apetyczny rumiany chlebek górny), dzięki czemu nawet nie zauważycie kolejnej odsłony moich rozważań językowych (będących, według niektórych, metaforyczną nadpsutą wędliną, zwiędłą sałatą i serem już w sumie pleśniowym), a na koniec pokażę fotki Brada Pitta i marszałka Józefa Piłsudskiego (w roli sycącego chleba spodniego). Słowem: zapowiada się wesoła i pożywna przygoda.

Ruszmy zatem, jak to mówi młodzież, tę wędlinę.

Otóż. Wielu ludzi marudzi, że za bardzo nam się w polszczyźnie panoszy angielszczyzna. Na przykład wtedy, kiedy robi się epicki fuckup w związku z deadline’em na case report, a ty akurat musisz ASAP do kibla i szukasz smartfona, bo tylko scrollowanie zapewnia ci płynne wypróżnianie.

Marudzić na angielskie wtręty oczywiście można, ale fakty są takie, że żywy język ciągle potrzebuje nowych słów, a ich naturalnym źródłem są inne języki. I tyle. Reszta to kwestia estetyki. Ja na przykład uwielbiam te wszystkie odniemieckie fukszwance, laubzegi i heble, choć oczywiście płatnica, piła kabłąkowa i strug to też piękne słowa. Kabłąkowa. Powtórzcie kilka razy, a usłyszycie, że nawet samo słowo się wygina.

Można też oczywiście iść w zaparte i wymyślać polskie odpowiedniki wszystkich nowych słów. Tyle, że potem często okazuje się, że nikt ich nie używa. No bo szczerze: w sklepie prosicie o smaczliwkę wdzięczną czy o awokado? Sadzicie w ogrodzie żywotniki czy tuje? Podłączacie sobie trasownik czy router? I tak dalej.

Dużo bardziej podoba mi się spolszczanie obcych słów. Kiedyś to była reguła. Z niemieckiego ‘ritter’ zrobiliśmy sobie polsko brzmiącego rycerza, turecki ‘kontos’ przerobiliśmy na kontusz, a łaciński ‘pater (noster)’ uczyniliśmy pacierzem. Bardzo by mi się podobało, gdybyśmy dzisiaj postępowali podobnie i gdybyście czytali właśnie moją pość napisaną na kompucerzu.

Dodać należy, że wielu naszych sąsiadów stosuje tę metodę całkiem na poważnie. Nie powstrzymują się nawet przed nadawaniem swojsko brzmiącej formy obcym nazwiskom czy nazwom geograficznym. Dla Łotysza pani ze zdjęcia powyżej to Dženifere Lorensa, Litwin doda, że urodziła się ona w Luisvilyje, Kentukyje, a Słowak powie, że “Oscara a Zlatý glóbus za najlepší ženský výkon získala Jennifer Lawrenceová”. Swoją drogą film, za który dostała te nagrody, nosi na Słowacji niezwykle intrygujący dla polskiego widza tytuł “Terapia láskou”.

I właściwie to tyle w dzisiejszym kąciku językowym. Na koniec, zgodnie z obietnicą, Juzefas Pilsudskis (Litwini nie mają “ó”) oraz Brad Pitt, znany czeskiej publiczności chociażby z kultowego filmu “Klub bitkárov”.

Pilsudski_Pitt

Nieśmieszny, moralizatorski wpis

Mimo że ma na sumieniu więcej Polaków niż Hitler i Stalin razem wzięci, mimo że wszyscy znamy kogoś, kto stał się jego ofiarą, to każdą z tych tragedii traktuje się jako przypadek jednostkowy. Jako prywatną sprawę konkretnej osoby i jej rodziny. Temat w ogóle nie pojawia się w debacie publicznej i wszyscy zachowują się, jakby nic się nie dało zrobić. Bo może rzeczywiście się nie da, ale trudno to stwierdzić, skoro nikt nie próbuje.
Ja w każdym razie zagłosuję na pierwszą partię, która będzie miała odwagę i sensowny pomysł. Czy sztaby mnie słyszą?

Jestem Bogiem zazdrosnym. Niechaj nie staje między tobą a Mną ani rodzina twoja, ani rozsądek, ani wzgląd na złoto czy zdrowie twoje.

Nie wymawiaj imienia Mego daremnie. Niech mowa twoja będzie: coś na rozgrzewkę, kieliszek do obiadu, gości trzeba ugościć.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Za młodą parę, oby wam się zdrowy chował, jak imieniny, to imieniny, chlup!

Czcij ojca swego, matkę swoją, jako i całą rodzinę swą. Czyż godzi się człowiekowi prawemu z wujem jego się nie napić? Czyż nie jest obrzydliwością pić zdrowia babki wodą źródlaną?

Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, fałszywego świadectwa nie mów, nie bądź pożądliwy. Albowiem wszystko, co w mocy Mej będąc, uczynisz, twoją wyłączną przewiną pozostanie. Czyż Moja to wina, jeśli zupa będzie za słona? Jeśli nad ranem śmierć przyniesie ci droga zbyt śliska i kręta? Jeśli wypełnią się słowa proroctwa, brzmiące “Pij, pij, będziesz łatwiejsza”? Od czynów twych głupich i niegodziwych umywam ręce, a i ty przeciw Mnie języka nie obracaj, abyś braci swoich ode Mnie nie odwodził.

Albowiem cesarzowi należy się akcyza, a mnie to, co boskie.

Turoń – pamiętamy

[Proszę czytać w myślach głosem Krystyny Czubówny]

Turoń należy do rodziny parzystokopytnych, jednak wyglądem znacząco odbiega od większości swoich krewnych. Uwagę od razu zwraca jego nietypowy sposób poruszania się na dwóch nogach i niezgrabna sylwetka przypominająca przygarbionego człowieka nakrytego derką lub futrem. Z nieforemnego tułowia wyłania się, osadzony na długim kiju, masywny, kudłaty łeb ozdobiony pięknymi rogami.
W sezonie wegetacyjnym turoń zamieszkuje rozległe, zwarte drzewostany, jednak w okresie zimowym, kiedy zaczyna brakować pożywienia, migruje w okolice siedzib ludzkich, gdzie głośnym kłapaniem paszczą i podzwanianiem dzwonkami domaga się jedzenia. Jest to tak zwane kolędowanie, obserwowane również u innych gatunków tego ekosystemu, jak śmierć koścista, aniołek białopióry, diabeł rogaty czy herod właściwy. Podczas kolędowania turoń powtarza swoisty rytuał: najpierw upada i przechodzi w stan anabiozy, a następnie pod wpływem cucenia, odzyskuje funkcje życiowe i kontynuuje tak zwane harce.
Niegdyś powszechnie spotykany na terenie całej Polski, dziś jest na skraju wymarcia. Mimo pogańskiego rodowodu, zdołał przetrwać nadejście chrześcijaństwa, gdyż jako symbol cyklicznie zamierającej i odradzającej się przyrody zachował należne mu miejsce podczas obchodów święta przesilenia zimowego, nazywanego dziś Bożym Narodzeniem. Obecnie jednak nie odnajduje się w kulturze konsumpcyjnej środowisk silnie zurbanizowanych. Jego wiecznie kłapiąca paszcza i wybałuszone oczy, tak skuteczne w zdobywaniu pożywienia podczas wiejskich pochodów świątecznych, okazują się być zupełnie bezużyteczne w nowej rzeczywistości wystaw sklepowych, świecących dekoracji i reklam telewizyjnych. Tam turoń przegrywa konkurencję z bałwankiem, przerośniętym krasnalem z workiem na plecach czy z reniferem – groźnym gatunkiem inwazyjnym sprowadzonym z północy Europy.
Tylko od nas zależy, czy ocalimy dla przyszłych pokoleń to niezwykłe stworzenie.

[Od tego miejsca już moim głosem, a kto go nie zna, to po prostu dowolnym miłym męskim]

Nie o samego turonia mi chodzi, ale o to, że święta tracą powoli związek z przyrodą, z którą pierwotnie były nierozerwalnie związane. Czy w naszym energooszczędnie oświetlonym świecie ktokolwiek zwraca jeszcze uwagę, że dzień zaczął się właśnie wydłużać (na Boże Narodzenie na kurze stąpienie, na Nowy Rok na barani skok)? Czy na kimkolwiek robi jeszcze wrażenie żywa zieleń świerku czy jemioły w środku zimy, skoro o każdej porze roku możemy bez problemu kupić wszystkie te awokada, winogrona, bazylie i arbuzy oraz kwiaty cięte. Czy w ogóle widać jeszcze planetę zwaną “pierwszą gwiazdką” zza tych wszystkich światełek mrygających? Czy kot lub pies gadający o północny ludzkim głosem przebije się przez kinowe hity z kablówki lub kolędy z płyty, co była na promocji w Tesco?
A przecież Jezusek na świat przyszedł nie w sterylnym szpitalu, ale w warunkach prawdziwie agroturystycznych i to właśnie bydlątka poczciwe pierwsze oddały mu pokłon. Więc żeby Wam trochę o tym przypomnieć, przygotowałem w tym roku serię kartek świątecznych ze zwierzętami pojawiającymi się w tradycyjnych polskich kolędach. Można sobie kliknąć prawym, wybrać “zapisz” i wysłać komuś z życzeniami, ale ponieważ w okresie świątecznym wskazany jest kontakt bezpośredni, z serdecznymi uściskami włącznie, to można też wziąć laptopa pod pachę i pofatygować się osobiście w celu pokazania życzeń na ekranie. Najlepiej piechotą, pod gwiazdkowym niebem. Wprawdzie śniegu ani bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście.

ZWIERZETA W KOLEDACH 1

ZWIERZETA W KOLEDACH 2

ZWIERZETA W KOLEDACH 3

ZWIERZETA W KOLEDACH 4

ZWIERZETA W KOLEDACH 5

ZWIERZETA W KOLEDACH 7

ZWIERZETA W KOLEDACH 6

Jestem męski jak Volvo

Wiele lat temu przyjaciel, który ćwiczył się wówczas w trudnym zawodzie psychologa, zrobił mi test. Chyba byłem mu potrzebny jako grupa kontrolna do pracy zaliczeniowej, czy coś w tym stylu. Test miał zapewne jakąś mądrą nazwę, której dzisiaj nie pamiętam, ale generalnie chodziło o sprawdzenie, na ile mocno delikwent identyfikuje się z tradycyjnie pojmowaną męskością – im mniej zdobył punktów, tym identyfikuje się bardziej.

Ja dostałem 0 (słownie: zero).

Przyjaciel uznał, że takie rzeczy się nie zdarzają i pewnie musiał coś pomylić przy obliczaniu wyniku, a ja uznałem, że jestem po prostu normalnie zajebisty.

Od tego czasu używam określenia “zero na skali” do usprawiedliwiania różnych moich samczych cech i zachowań, jak np. nieopuszczanie deski sedesowej, nieokiełznana potrzeba samodzielnego wykonywania wszelkich napraw (szczególnie tych, które fachowiec zrobiłby szybciej, taniej i lepiej), wstręt przed pytaniem ludzi o drogę, nieufność w stosunku do wszystkich kosmetyków poza mydłem i pastą do zębów czy okazywanie żywego zainteresowania dowolnie głupią reklamą, jeśli tylko występująca w niej pani ma odpowiednio duże oczy. Nade wszystko jednak chwalę się tym moim zerem na skali wszystkim napotkanym osobom i właściwie aż dziw bierze, że na Kompostowni piszę o tym dopiero teraz.

No bo przecież każdy facet uwielbia myśleć o sobie, że jest bardzo męski. A przynajmniej ja uwielbiam. I w tym kontekście nieco zastanawiające jest, że właściwie nie bardzo wiadomo, czym ta męskość jest.

Państwo pozwolą, anegdota. Będąc młodymi biologami, a właściwie studentami biologii, siedzieliśmy sobie na ćwiczeniach z botaniki i przerysowywaliśmy spod mikroskopu gametofity. Młodzieży wyjaśniam, że gametofit to takie coś, o czym kiedyś wszyscy musieli się uczyć w ośmioletniej podstawówce, a potem jeszcze drugi raz w liceum, żeby dzisiaj zupełnie nie pamiętać, co to takiego lub ewentualnie mgliście kojarzyć, że miało to coś wspólnego ze sporofitem. Albo może z epifitem. W każdym razie nie z epitafium. I ci sami ludzie pomstują teraz na zmniejszenie zakresu materiału przerabianego w szkołach, jakby kucie słów, których znaczenia się nie rozumie albo szybko zapomina, było niezbędnym etapem rozwoju intelektualnego każdego młodego człowieka. Ale wróćmy do naszych zajęć z botaniki. Siedzimy, łypiemy w okular, rysujemy nieporadnie. W pewnym momencie jedna z koleżanek wstaje i powiada do prowadzącej: “Narysowałam już gametofit męski. Czy mogę dostać preparat z gametofitem damskim?”.

I ja trochę w tym duchu myślę o przymiotniku “męski”. Męska może być koszula, przebieralnia, czwórka wioślarska albo toaleta. Ale mężczyzna? Mężczyzna może być męski mniej więcej tak samo, jak kobieta może być damska. Zresztą, z etymologicznego punktu widzenia, który tak bardzo lubię, kobieta powinna być kobieca, a mężczyzna – mężny. Ale ponieważ na prawdziwe męstwo nie każdego stać, to o wiele łatwiej być męskim. Bo właściwie wystarczy się takim poczuć. Tak jak Volvo. Ani z niego taki wędrowiec-awanturnik jak Jeep, ani paker bez karku jak Hummer, ani szybki Bill jak Ferrari. Ale nie przeszkadza mu to dumnie wieźć na masce najbardziej męski ze wszystkich znaczków i na przekór wszystkim pławić się w błogim samozadowoleniu.

volvoChociaż strzałka (tzw. włócznia Marsa) w logo Volvo od kilkudziesięciu lat sukcesywnie się skraca, to przecież nie długość ma znaczenie.

Ścieżką wyznaczoną przez Volvo staram się kroczyć i ja. Na swoją męskość nie mam żadnych dowodów, może poza wspomnianym testem psychologicznym i faktem, że wąsy wyrosły mi jeszcze w podstawówce, ale czuję się męskim szalenie. Do tego stopnia, że wydałem ostatnio 20 zł, żeby przed samym sobą własną męskością się popisać.

Nabyłem mianowicie różowy T-shirt. Taki naprawdę różowy – level: ciuszki Dody, Pinky Pie, Świnka Peppa. Wyszedłem bowiem z założenia, że coś tak błahego jak kolor nie jest w stanie ująć mężczyźnie męskości i przeprowadziłem na sobie test. Wypadł on pomyślnie, bo choć córka wykrzyknęła któregoś ranka “Tata ubrał się jak pani!”, to potem narysowała mój portret, na którym wyraźnie uwypukliła drugorzędowe cechy płciowe. I na którym wyglądam po prostu like a boss.

pink_T-shirtMiędzy Clintem Eastwoodem a Tatą Świnką, czyli nowoczesny wzorzec męskości.

Słowniczek okolicznościowy

Przed wyborami zawsze obserwujemy wzmożone zainteresowanie tematami okołoprokreacyjnymi. Dzieje się tak chyba dlatego, że siły polityczne rozpaczliwie próbują wmówić wyborcom i sobie samym, że są między nimi jakieś znaczące różnice programowe albo chociaż ideowe. I wychodzi zwykle na to, że te różnice lokują się, nie wiedzieć czemu, poniżej pasa. Wobec czego na tej wysokości mniej więcej toczy się dyskusja. Staram się jej w miarę możliwości przysłuchiwać, gdyż wysoko cenię sobie prokreację i żywo się nią interesuję. Ale kiedy tak słucham, to z reguły nie rozumiem nic. To znaczy rozumiem, ale inaczej. Mniej więcej tak, jak to opisałem w poniższym słowniczku okolicznościowym. Nie wiem zresztą, czy to dobra nazwa. Generalnie słowniki po to definiują słowa, żeby ludziom łatwiej było się dogadać. A ja w swoim mam głównie definicje, przez które dogadać się nie mogę.

POCZĘCIE – takie ładne słowo na zapłodnienie, czyli połączenie komórki jajowej z plemnikiem. W ten sposób powstaje zygotka z podwójnym kompletem chromosomów oraz niezbywalną godnością. W trakcie, gdy czytasz to zadnie, gdzieś na świecie trzy osoby zdążyły powiedzieć komuś, że od momentu poczęcia człowiek jest osobą ludzką, a jego życie podlega ochronie. Problematyczne jest natomiast to, że terminem “poczęcie” określa się również piękny wspólny akt kobiety i mężczyzny, w wyniku którego powstaje owo nowe życie. Przykładowo Stefan Hipotetyczny lubi sobie wspominać, jak to z żoną poczęli swoje dziecko na pięknej dzikiej plaży w promieniach zachodzącego słońca. Ale przecież ustaliliśmy, że poczęcie = zapłodnienie i dochodzi do niego, o ile pamiętam, od kilku godzin do dwóch dni po stosunku. Więc sorry, Stefanie, twoje dziecko zostało prawdopodobnie poczęte na krzesełku w smażalni, podczas gdy ty byłeś w toalecie, próbując pozbyć się tego cholernego piasku ze strefy intymnej.

CIĄŻA – takie coś, które kończy się w momencie porodu, ale nie ma zgody, kiedy się zaczyna. Z fizjologicznego punktu widzenia przyjęło się mówić o rozpoczęciu ciąży w momencie zagnieżdżenia się zarodka w ścianie macicy, bo wtedy dopiero organizm się orientuje, że ktoś nowy się dosiadł i odpala stosowne procedury. Ale ponieważ przy takiej definicji pozbycie się niezagnieżdżonego zarodka za pomocą tabletki “dzień po” nie jest formalnie przerwaniem ciąży, to coraz częściej słyszę, że ciąża zaczyna się w momencie zapłodnienia, poczęciem zwanego. Według ginekologów natomiast ciąża rozpoczyna się dwa tygodnie przed zapłodnieniem. A to dlatego, że ginekolodzy są praktykami-pragmatykami, którzy mają na te filozoficzno-etyczne spory wyjebane i liczą tak, jak im najwygodniej, czyli od ostatniej miesiączki. Więc jeśli usłyszysz, że żona jest w szóstym tygodniu ciąży, mimo że ty wróciłeś z kontraktu w Helsinkach ledwie cztery tygodnie temu, to nadal jest szansa, że to twoje dziecko. A udanego Sylwestra powinniśmy gratulować rodzicom osób urodzonych w połowie września, a nie 1 października.

PRAWO NATURALNE – tu już jestem całkiem głupi. Być może dlatego, że dla mnie “naturalny” oznacza “występujący w naturze”. Czyli przykładem prawa naturalnego jest według mnie, np. prawo powszechnego ciążenia. A jeśli chodzi o obiekty o bardziej skomplikowanych zachowaniach niż spadające jabłka, na przykład ludzi i inne zwierzęta, to wedle mojej wiedzy prawo naturalne brzmi “przeżyj i wydaj płodne potomstwo, bo inaczej nic po tobie nie zostanie”. I chyba nie ma tam pod spodem już nic więcej drobnym drukiem. Zatem taki przykładowy jenot Zygmunt ma prawo zjeść wszystko, co zdoła ukatrupić, wychędożyć wszystko, co przed nim nie ucieknie i lać w mordę każdego, kto mu będzie chciał w jednym lub drugim przeszkodzić. Tylko nie powinien być zaskoczony, jeśli to jego ktoś dogoni i, w najlepszym wypadku, zeżre.
O ileż bardziej skomplikowane jest zatem życie przykładowego inż. Zygmunta Jenota, który za to, co je, uiszcza opłatę zawierającą VAT, a chędożyć zdarza mu się wyłącznie osobę pełnoletnią, za obopólną zgodą i to tylko wtedy, gdy mąż tej osoby przebywa na kontrakcie w Helsinkach. I nie chodzi o to, że uważam, że życie jenota Zygmunta jest lepsze od życia inż. Zygmunta Jenota albo na odwrót. Po prostu za każdym razem, kiedy słyszę, że prawo stanowione powinno opierać się na prawie naturalnym, to robi mi się nieswojo, bo kły i pazury mam w zaniku. Futro ostatnimi laty też.

TOLERANCJA – pozwalanie na coś, nawet jeśli uważamy, że to nie jest OK.
AKCEPTACJA – uważanie, że to coś jest OK.
To naprawdę jest takie proste!
Ale ludzie mylą nagminnie, więc na wszelki wypadek objaśnię za pomocą pouczającego przykładu. Hipotetyczna żona hipotetycznego Witka Grabowskiego popala sobie papierosy. Witek uważa, że to niemądre bardzo i przy każdej okazji nikotynową słabość żony głośno krytykuje. No ale to w końcu dorosła kobieta, nie będzie jej zabraniał przecież, niech sobie pali. Byle nie w domu, bo będzie śmierdzieć, a dzieciom zostaną naruszone prawa dziecka. Innymi słowy: Witek nie akceptuje palenia żony poza domem, ale je toleruje. W domu natomiast go nie toleruje.

Więc błagam Was, Rodacy! Nie jęczcie, że ktoś jest nietolerancyjny tylko dlatego, że głośno krytykuje Wasze poglądy, dietę, religię, preferencje seksualne czy sympatie polityczne!

A poza tym, kto w ogóle powiedział, że tolerancja to jest dobra rzecz? Jak myślę o przemocy (czy ogólniej: krzywdzie) to widzę jednego, który bije, i pięciu, którzy to tolerują. Ale do tego tematu jakoś nikt nie ma odwagi przymierzyć się ani w kampanii, ani po wygranych wyborach.

Nadal warto być poganinem

W związku ze zbliżającą się Nocą Kupały, trochę działalności apostolskiej. Na początku planowałem po prostu przypomnieć moją zeszłoroczną listę powodów, dla których warto być poganinem, ale okazało się, że sporo jeszcze dało się w niej poprawić i uzupełnić.

A zatem:

– Puk, puk, dzień dobry, czy znajdzie pani chwilę, aby porozmawiać o pra…? Nie? No dobrze, to ja zostawię tylko tę broszurkę:

15 POWODÓW, DLA KTÓRYCH WARTO BYĆ POGANINEM

1. Nie musisz ciągle wysłuchiwać od ateistów, że wierzysz w coś, co nie istnieje. Czcisz Słońce. Jak ktoś ma wątpliwości, czy Ono istnieje, to pokazujesz palcem. Richard Dawkins może ci naskoczyć.

2. Bardzo szybko uczysz się dystansu do tego, co ludzie mówią o twojej wierze. No bo jak powiesz, że świętujesz pełnię Księżyca, to wiadomo, że będą się śmiali. I oczywiście przechodzisz nad tym do porządku dziennego, zamiast pielęgnować urazę swoich uczuć religijnych.

3. Zagadnienia teologiczne stają się znacznie bliższe życiu, kiedy w twojej religii Matka jest symbolem płodności, a nie dziewictwa.

4. Nie masz jednej księgi z odpowiedziami na fundamentalne pytania, więc szukasz w wielu różnych. Koniec końców, pewnie i tak nie znajdziesz, ale jaki będziesz oczytany!

5. Politycy i publicyści nie wycierają sobie gęby imionami twoich bogów. A nawet gdyby chcieli, to nie umieliby ich wymówić.

6. Nikt za bardzo nie wie, po czyjej jesteś stronie w sporach antyklerykałów z Kościołem, oświeceniowych racjonalistów z religijnymi fundamentalistami, moherów z lewakami itp., więc każdy może z tobą porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. A że i tak zdarza się to rzadko, to już inna rzecz.

7. Wolno ci jeść wszystko, pod warunkiem, że nie będziesz się czuł pokrzywdzony, jeśli w końcu coś zeżre ciebie.

8. Twoi bogowie nie wypierają się tego, że stworzyli gejów. Pewnie nawet gdzieś tam w Panteonie jest jakiś osobny bóg specjalnie dla nich, bo dlaczego by nie? I na pewno wygląda bo-sko!

9. Kiedy nadchodzi maj, nie musisz kupować siostrzeńcowi PS4 ani tableta, bo nikt cię nie zaprasza na Pierwszą Komunię. Jeśli już, to najwyżej na postrzyżyny. A wtedy wiadomo – idealnym prezentem jest topór. Przynajmniej dzieciak się pobawi na powietrzu.

10. W szkołach i urzędach krzyże na ścianach pojawiają się i znikają, ale pogańskie paprotki na parapetach, symbolizujące odwieczną siłę Natury, trwają niezmiennie.

11. Składanie ofiar rzeczowych ma więcej sensu, kiedy czcisz święte zwierzęta. Zmarzniętej wiewiórce sprawisz więcej radości orzeszkiem niż obrazowi Matki Boskiej kolejnym złotym wisiorkiem.

12. Rozumiesz, że nie jesteś duszą uwięzioną w ciele, tylko tym właśnie, cudownie skonstruowanym, ciałem. Fajnie jest nie czuć się uwięzionym, prawda?

13. Nie wierzysz w te bzdury, jakoby dobra karma wracała. Na podstawie wieloletnich obserwacji swojego zwierzęcia totemicznego (na przykład kota) wiesz, że dobra karma to taka, która po spożyciu nie wraca i nadaje sierści jedwabisty połysk.

14. Niebo masz zawsze nad głową, a nie w abstrakcyjnej i niepewnej przyszłości.

15. W twojej politeistycznej wizji świata jest miejsce dla każdego boga, którego przyniesie ze sobą napotkany człowiek.

Post Navigation

%d bloggers like this: