(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “Uncategorized”

Dlaczego warto być poganinem (edycja 2017)

Zgodnie z odwiecznym rytmem pór roku powraca jeden z moich ulubionych postów. Stałych czytelników przepraszam – udało mi się dodać tylko jeden nowy powód.

Poprzednim razem próbowałem tłumaczyć się i wyjaśniać, co autor miał na myśli, ale w tym roku zwyczajnie mi się nie chce. Zaznaczę tylko, że gdyby chodziło mi o bycie rodzimowiercą, to tak bym właśnie napisał.

A zatem, przed Państwem

19 POWODÓW, DLA KTÓRYCH WARTO BYĆ POGANINEM

1. Nie musisz ciągle wysłuchiwać od ateistów, że wierzysz w coś, co nie istnieje. Czcisz Słońce. Jak ktoś ma wątpliwości, czy Ono istnieje, to pokazujesz palcem. Richard Dawkins może ci naskoczyć.

2. Nikt jakoś się nie wysadza w centrum miasta z okrzykiem “bogowie są wielcy!”, więc jeśli kiedyś będziesz zmuszony uchodzić, to jest spora szansa, że cię wpuszczą. Może nawet do Polski.

3. Bardzo szybko uczysz się dystansu do tego, co ludzie mówią o twojej wierze. No bo jak powiesz, że świętujesz pełnię Księżyca, to wiadomo, że będą się śmiali. I oczywiście przechodzisz nad tym do porządku dziennego, zamiast pielęgnować urazę swoich uczuć religijnych.

4. Nie masz jednej księgi z odpowiedziami na fundamentalne pytania, więc szukasz w wielu różnych. Koniec końców, pewnie i tak nie znajdziesz, ale jaki będziesz oczytany!

5. Wolno ci jeść wszystko, pod warunkiem, że nie będziesz się czuł pokrzywdzony, jeśli w końcu coś zeżre ciebie.

6. Zagadnienia teologiczne stają się znacznie bliższe życiu, kiedy w twojej religii Matka jest symbolem płodności, a nie dziewictwa.

7. Politycy i publicyści nie wycierają sobie gęby imionami twoich bogów. A nawet gdyby chcieli, to nie umieliby ich wymówić.

8. Nikt za bardzo nie wie, po czyjej jesteś stronie w sporach antyklerykałów z Kościołem, oświeceniowych racjonalistów z religijnymi fundamentalistami, moherów z lewakami itp., więc każdy może z tobą porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. A że i tak zdarza się to rzadko, to już inna rzecz.

9. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby święte drzewo wyrosło w kształt bazyliki w Licheniu.

10. Twoi bogowie nie wypierają się tego, że stworzyli ludzi takimi, jakimi są. Na przykład gejami. Pewnie nawet gdzieś tam w Panteonie jest jakiś osobny bóg specjalnie dla nich, bo dlaczego by nie? I na pewno wygląda bo-sko!

11. W szkołach i urzędach krzyże na ścianach pojawiają się i znikają, ale pogańskie paprotki na parapetach, symbolizujące odwieczną siłę Natury, trwają niezmiennie.

12. Składanie ofiar rzeczowych ma więcej sensu, kiedy czcisz święte zwierzęta. Głodnej wiewiórce sprawisz więcej radości orzeszkiem niż obrazowi Matki Boskiej kolejnym złotym wisiorkiem.

13. Jedyny ojciec, którego czcisz, to twój własny. Co prawda nie był pewnie nieskończoną miłością, ale za to widywałeś go nie tylko w wizjach i prawdopodobnie nie groził ci skazaniem na wiekuiste męki za nieposłuszeństwo ani nie wyrzucił z domu za podjadanie jabłek z sadu.

14. Rozumiesz, że nie jesteś duszą uwięzioną w ciele, tylko tym właśnie, cudownie skonstruowanym, ciałem. Fajnie jest nie czuć się uwięzionym, prawda?

15. Na tacę kładziesz filiżankę.

16. Nie wierzysz w te bzdury, jakoby dobra karma wracała. Na podstawie wieloletnich obserwacji swojego zwierzęcia totemicznego (na przykład kota) wiesz, że dobra karma to taka, która po spożyciu nie wraca i nadaje sierści jedwabisty połysk.

17. Bogowie nie widzą niczego grzesznego w twoim zainteresowaniu zgrabnymi tyłkami. Dla równowagi pamiętaj tylko o kulcie przodków.

18. Niebo masz zawsze nad głową, a nie w abstrakcyjnej i niepewnej przyszłości.

19. W twojej politeistycznej wizji świata jest miejsce dla każdego boga, którego przyniesie ze sobą napotkany człowiek.

Uwaga, napisałem wiersz

w Warszawie moich marzeń

jest co najmniej osiem godzin

ciszy

między koncertem nocnym i tęczowym

a pielgrzymką pod oknami poranną

a sklepy w niedzielę są

czynne

i w pełni zrobotyzowane

Zmarli

Pomysł, żeby bać się zmarłych, wydaje mi się dość ekscentryczny.

I to nawet nie chodzi o to, że nie wierzę w duchy. To znaczy, nie wierzę, ale płytka jest ta moja niewiara. Na przykład w seansie spirytystycznym nigdy bym nie wziął udziału. A jak bym wziął, to istnieje ryzyko, że ze strachu zsikałbym się pod ten stolik z tym talerzykiem. Przy czym nawet w trakcie nie miałbym żadnych wątpliwości, że duchy nie istnieją. Bo to jak z horrorem oglądanym nocą w pustym mieszkaniu: wiesz, że to tylko film, ale i tak się boisz. A jak następnego ranka ładna pani w serwisie informacyjnym mówi ładnym głosem rzeczy nie tylko straszne, ale i prawdziwe, to nawet ci powieka nie drgnie.

Ludzki mózg działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

Ale ten wpis nie jest o tym, jak mózg działa, tylko o sytuacji, w której już nie działa, bo razem z resztą człowieka ulega właśnie biodegradacji sześć stóp pod ziemią. A konkretnie o tym, że ja nie bardzo rozumiem, skąd się wziął obecny w wielu (we wszystkich?) kulturach lęk przed tym, że jak już pradziadka zakopiemy, to pewnej nocy pradziadek wstanie i do nas przyjdzie. Lęk, który przez wieki kazał nam zostawiać pradziadkowi jadło i napitek, żeby się obżarł, rozleniwił i nie miał już ochoty ruszać duszy do wsi. Lęk, który kazał sadzić wokół cmentarza kolczaste drzewa i krzewy, przez które pradziadek się nie przedrze (widać wstać z grobu to jedno, a trafić do furtki – drugie). Lęk, który pierwotnie zainspirował nas do tego całego palenia świeczek na grobie, żeby światło zniechęcało pradziadka do nocnych wycieczek poza mogiłę.

No, a ja się pytam: czego tu się lękać? Dlaczego pradziadek miałby nam zrobić coś złego? Przecież my potomkowie jego ukochani. No, wyobraźcie sobie, że umieracie, a na świecie zostają wasze dzieci, żona, zięciowie, wnuki. I akurat jest pełnia, więc dostajecie przepustkę i na parę godzin możecie wyskoczyć do domu. I co? Będziecie swoim bliskim brzękać łańcuchami albo garnki z półek zrzucać? No chyba, kurwa, nie.

A jakiś duch obcy, niepradziadkowy, to po co miałby do was przyłazić? Za życia nie bywał, to po śmierci będzie się narzucał? No bez sensu pomysł. Jedyny przypadek, kiedy jakoś tam rozumiem lęk przed nachodzeniem przez nieboszczyka, to sytuacja, kiedy za życia doznał on od nas jakiejś krzywdy. Czy wręcz nawet troszkę pomogliśmy mu tym nieboszczykiem zostać. To już zupełnie inna para trupięgów! Tu rozumiem, sumienie męczy, strasznie obrazy podpowiada. Słusznie, poniekąd.

Sumienie działa, jak działa i co poradzisz? Nic nie poradzisz.

zmarli2

Ale ponieważ nie wydaje mi się, żebym miał kosę z którymkolwiek ze zmarłych, to czuję się w ich obecności całkiem dobrze. Dlatego najchętniej chadzam na cmentarz po zmroku, kiedy żywi nie plączą się między grobami i nie zakłócają spokoju. W ogóle najbardziej lubię cmentarze za ten spokój. Idę sobie alejkami i, jeśli jeszcze całkiem ciemno nie jest, czytam inskrypcje na płytach.

Żyła lat 71, pogrążeni w żalu mąż, córka i wnuki

Zginął w Niemczech (daty nie ma, widać łobuzy od historii nie podały)

Anielka. Ur. 11 V 1967, zm. 16 V 1967

I tak dalej.

Tyle tam żyć różnych, tyle historii, emocji, szczęścia i tragedii. I wszystko już nieaktualne. Wszyscy sobie teraz leżą tak samo. Bogaci i biedni, ładni i brzydcy, sympatyczni i gburowaci.

Podobno to dla niektórych ludzi przygnębiające. Dla mnie wręcz przeciwnie. Mnie to uspokaja. Kiedy tak idę między grobami, to czuję się trochę, jakbym patrzył na śpiące dzieci w żłobku. Biegały, hasały, kaszką pluły, klockami się napierdalały, a teraz leżą i śpią, aniołki kochane.

Ten tutaj cały dzień skakał, rozrabiał i powtarzał zasłyszane od starszego brata brzydkie słowo. A teraz śpi. Ta obok tak strasznie płakała za mamą, że nawet zupki nie tknęła. A teraz śpi. Ta wierzgała, rzucała się, do łóżka nie dawała się zagonić, zaklinała się, że nie chce jej się spać. A teraz śpi. A ten był już taki zmęczony, że nie miał siły walczyć, sam się ułożył na poduni. I śpi.

Wszystkie śpią, aniołki.

 

Pi-pi-pip

Nie zmyśliłem tego.

Siedzimy sobie w parę osób, coś tam robimy, o czymś rozmawiamy. Ja niby też, ale tylko niby, bo zza tych rozmów i zza tego robienia czegoś dobiega mnie ciche, ale wyraźnie słyszalne pi-pi-pip, pi-pi-pip, pi-pi-pip. Wysoki, piskliwy sygnał mówiący, że jakiś sprzęt elektroniczny potrzebuje, żeby go wyłączyć, przełączyć, coś mu wymienić albo przytulić. Inni w ogóle nie zwracają na to uwagi, ale ja jestem człowiekiem, któremu przeszkadza nawet pisk ładowarki. No, znacie to: akumulatory są już nabite do pełna, ale ładowarka dalej siedzi w gniazdku, więc zaczyna tak cichutko, cieniutko piszczeć. Nie znacie? A mi to nie daje spokoju nawet dwa pokoje dalej. Wmawiam sobie, że to taki dar, jak w “Szóstym zmyśle”. I hear piszczing ładowarkas.

No więc tym razem jest jak każdym innym razem, czyli towarzystwo nie zauważa problemu, a ja już czuję, że nie zaznam spokoju, dopóki nie zlokalizuję źródła tego pi-pi-pip. Zaczynam chodzić po mieszkaniu i szukać. Sprawę trochę utrudnia fakt, że to nie moje mieszkanie. Upewniam się, że nie jest to lodówka ani kuchenka, ani pralka, ani nic przy liczniku prądu. Inni stopniowo odrywają się od swoich rozmów oraz robienia czegoś i przyłączają się do mnie. Ulegam w związku z tym złudzeniu, że oni też słyszą to pi-pi-pi. Ale nie, oni tylko chcą pomóc.

Kiedy mamy sprawdzony już właściwie cały dom (wychynąłem nawet do połowy przez okno, żeby wykluczyć  ewentualny sprzęt nad nim), okazuje się, że pora, żebyśmy wszyscy już szli, bo coś tam. Przez pewien czas jestem tak zaaferowany owym czymś tam, że zapominam o moim pi-pi-pip. Ale kiedy w końcu żegnam się ze wszystkimi i zostaję sam na ulicy, uświadamiam sobie, że pipanie towarzyszyło mi cały czas, również na dworze.

A więc to coś, co mam w plecaku! Zaglądam do środka i sam siebie zaskakuję ilością elektroniki, którą dźwigam. Telefon i zegarek to zrozumiałe, ale pilot do telewizora? Listwa antyprzepięciowa? Wszystko po kolei oglądam i przykładam do ucha, ale za każdym razem przeklęte pi-pi-pip zdaje się rozlegać gdzieś obok. Tuż obok.

Wściekły i zmęczony postanawiam zajść do kolegi, bo akurat blisko jestem. Kolegę zastawam, kolega mnie wpuszcza, u kolegi wywalam wszystko z plecaka i kieszeni i zaczynam sprawdzać od nowa. Pipanie jest coraz głośniejsze. Znowu wszystko przykładam do ucha, próbuję powyłączać, powyjmować baterie, ale nie zawsze się udaje, bo czasem pokrywka jest przykręcona małą śrubką, zwłaszcza w zabawkach dla dzieci. Nawet nie zastanawiam się, po co właściwie taszczyłem ze sobą zabawki dla dzieci, tylko podważam klapkę, wyłamuję ją i wywalam baterie. Pi-pi-pip nie ustaje.

Zniechęcony wstaję znad kupki rozbebeszonych sprzętów, z których żaden nie ma już prawa być źródłem pipania. Kolega spogląda na mnie z troską i wysnuwa nieuchronny wniosek.
– Stary, jeśli wszędzie słyszysz pipanie, a nie pipa nic, co masz przy sobie, to znaczy, że pipa ci w głowie…

No, w sumie trudno się z taką żelazną logiką nie zgodzić. Czyli super, mam omamy słuchowe. Z jednej strony fajnie, bo wreszcie znalazłem źródło przeklętego dźwięku, ale z drugiej to jednak przejebane… Różne rzeczy mi się już z mózgiem działy, ale coś takiego… Będę musiał teraz na każdym formularzu medycznym w rubryce “halucynacje” zaznaczać opcję “tak”. Cholera.

Kolega próbuje mnie pocieszać, że to może z przemęczenia, z niedospania, że to minie, ale ja już myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej dostać się do lekarza. Dzisiaj jest czwartek, na piątek na pewno nie uda mi się zapisać, potem weekend, w poniedziałki nie przyjmuje… Czyli najwcześniej we wtorek. Przecież nie będę się tyle dni męczył z tym pieprzonym pi-pi-pip! Żegnam kolegę i pędzę do domu. Może rzeczywiście, jeśli się zrelaksuję, wyśpię… Na razie próbuję jakoś oswoić coraz głośniejsze pipanie. Może jeśli będę nucił jakąś melodię, która będzie miała akcent na pierwsze “pi”, będzie łatwiej wytrzymać? Próbuję dobrać odpowiedni rytm, ale mi się nie udaje.

*      *      *

W końcu, całkiem już wymęczony, budzę się i wyłączam ten jebany budzik, który od 56 minut robi pi-pi-pip.

Dlaczego warto być poganinem w 2016 r.

W związku z nadchodzącym Świętem Letniego Przesilenia, tradycyjnie poddaję temat pod rozwagę. W tym roku aż:

18 POWODÓW, DLA KTÓRYCH WARTO BYĆ POGANINEM*

1. Nie musisz ciągle wysłuchiwać od ateistów, że wierzysz w coś, co nie istnieje. Czcisz Słońce. Jak ktoś ma wątpliwości, czy Ono istnieje, to pokazujesz palcem. Richard Dawkins może ci naskoczyć.

2. Matka Natura nie ma ci za złe, gdy gapisz się na tyłki płci przeciwnej. Wręcz przeciwnie, cieszy się, że doceniasz, że tak ładnie jej wyszły.

3. Bardzo szybko uczysz się dystansu do tego, co ludzie mówią o twojej wierze. No bo jak powiesz, że świętujesz pełnię Księżyca, to wiadomo, że będą się śmiali. I oczywiście przechodzisz nad tym do porządku dziennego, zamiast pielęgnować urazę swoich uczuć religijnych.

4. Nie masz jednej księgi z odpowiedziami na fundamentalne pytania, więc szukasz w wielu różnych. Koniec końców, pewnie i tak nie znajdziesz, ale jaki będziesz oczytany!

5. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby święte drzewo wyrosło w kształt bazyliki w Licheniu.

6. Zagadnienia teologiczne stają się znacznie bliższe życiu, kiedy w twojej religii Matka jest symbolem płodności, a nie dziewictwa.

7. Politycy i publicyści nie wycierają sobie gęby imionami twoich bogów. A nawet gdyby chcieli, to nie umieliby ich wymówić.

8. Nikt za bardzo nie wie, po czyjej jesteś stronie w sporach antyklerykałów z Kościołem, oświeceniowych racjonalistów z religijnymi fundamentalistami, moherów z lewakami itp., więc każdy może z tobą porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. A że i tak zdarza się to rzadko, to już inna rzecz.

9. Wolno ci jeść wszystko, pod warunkiem, że nie będziesz się czuł pokrzywdzony, jeśli w końcu coś zeżre ciebie.

10. Twoi bogowie nie wypierają się tego, że stworzyli ludzi takimi, jakimi są. Na przykład gejami. Pewnie nawet gdzieś tam w Panteonie jest jakiś osobny bóg specjalnie dla nich, bo dlaczego by nie? I na pewno wygląda bo-sko!

11. W szkołach i urzędach krzyże na ścianach pojawiają się i znikają, ale pogańskie paprotki na parapetach, symbolizujące odwieczną siłę Natury, trwają niezmiennie.

12. Składanie ofiar rzeczowych ma więcej sensu, kiedy czcisz święte zwierzęta. Głodnej wiewiórce sprawisz więcej radości orzeszkiem niż obrazowi Matki Boskiej kolejnym złotym wisiorkiem.

13. Jedyny ojciec, którego czcisz, to twój własny. Co prawda nie był pewnie nieskończoną miłością, ale za to widywałeś go nie tylko w wizjach i prawdopodobnie nie groził ci skazaniem na wiekuiste męki za nieposłuszeństwo ani nie wyrzucił z domu za podjadanie jabłek z sadu.

14. Rozumiesz, że nie jesteś duszą uwięzioną w ciele, tylko tym właśnie, cudownie skonstruowanym, ciałem. Fajnie jest nie czuć się uwięzionym, prawda?

15. Na tacę kładziesz filiżankę.

16. Nie wierzysz w te bzdury, jakoby dobra karma wracała. Na podstawie wieloletnich obserwacji swojego zwierzęcia totemicznego (na przykład kota) wiesz, że dobra karma to taka, która po spożyciu nie wraca i nadaje sierści jedwabisty połysk.

17. Niebo masz zawsze nad głową, a nie w abstrakcyjnej i niepewnej przyszłości.

18. W twojej politeistycznej wizji świata jest miejsce dla każdego boga, którego przyniesie ze sobą napotkany człowiek.

_____________
*Zeszłoroczny post zachwalający praktyczne zalety pogaństwa stał się (ku mojemu szczeremu zaskoczeniu) tak popularny, że trafił również do osób biegłych w temacie. Osoby te lepiej niż ja wiedziały, o czym chciałem napisać, więc poprawiały, że nie “poganin” tylko “rodzimowierca”. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że rodzimowierstwo w naszych czasach polega na rekonstruowaniu domniemanych przedchrześcijańskich  wierzeń i praktyk religijnych swoich domniemanych przodków. Co jest bajką interesującą i godną szacunku, ale zupełnie nie moją. Choć z drugiej strony rozumiem, że wspominając o Nocy Kupały i postrzyżynach, mogłem czytelnika wprowadzić w błąd (dlatego w tegorocznej wersji usunąłem te fragmenty).

Ja natomiast używam słowa “pogaństwo” (z braku lepszego) na określenie takiego najbardziej pierwotnego i uniwersalnego (w moim wyobrażeniu) kultu Natury, której nierozerwalną część stanowił człowiek. Myślę, że to mogło być bardzo miłe, tak po prostu czcić Słońce, które daje światło i ciepło, rzekę pełną życiodajnej wody, cud narodzin, pamięć przodków, następstwo pór roku i tak dalej. Bez przesadnej nadbudowy teologiczno-mitologicznej, nadając tylko symboliczne imiona Matce Ziemi, Piorunowi, Słońcu i innym bytom szalenie w tamtych czasach ważnym, a dziś ledwo zauważanym przez okno.

Podoba mi się też spotykane dawniej tu i ówdzie wyobrażenie, że wszystko ma własnego boga: każde drzewo, rzeka, góra, miasto, naród. I to, że jeśli ktoś miał i czcił swoje bóstwo, to niekoniecznie odbierał prawo istnienia bogom cudzym. Na przykład w Księdze Wyjścia napisano: “Pan jest większy niż wszyscy inni bogowie”. Czyli nasz Tata jest silniejszy niż wasz tata. I tyle. Nawet żadnego nawracania nie było, bo to przecież bogowie wybierali narody, a nie ludzie bogów.

Chyba podoba mi się idea świata bez nawracania. Ten wpis też raczej ma za zadanie  Czytelnika rozbawić, niż do czegokolwiek przekonać. Bo jeśli przytoczone powyżej argumenty do Czytelnika trafiają, to znaczy, że w głębi serca był on poganinem jeszcze zanim zaczął czytać 😉

Psychozabawa

Ach, złote lata dziewięćdziesiąte! Ile to już lat minęło, od kiedy mieliście w ręku “Popcorn” albo “Bravo”? Kelly Family gdzieś przepadli, bracia Hanson po szalonej przygodzie z wielką sławą grają muzykę niezależną, Kurt Cobain nadal nie żyje, a Leoś DiCaprio dostał wreszcie tego Oscara.

I tylko psychozabawy się nie starzeją.

Rozpocznij test

(No kliknij, będzie fajnie)

#mość

Zalety istnienia Walentynek są bezdyskusyjne. Niejednokrotnie to właśnie dzięki nim on zbiera się wreszcie w sobie i zaprasza ją do kina oraz kupuje kwiaty, a ona się zgadza oraz ładnie maluje, ubiera i pachnie. Po amerykańskim filmie idą na włoskie żarcie, trzymają się za rączkę, z tego trzymania ona zachodzi w ciążę, rodzi się dziecko, potem drugie, a wraz z nim 500 zł od wujka Jarosława, gdzieś tam po drodze ślub, gorzko gorzko, trzeba poszukać jakiejś lepszej roboty, koniec rumakowania, kredyt we frankach i tak dalej, czyli generalnie gatunek zostaje przedłużony, a świat się kręci dalej i to chodzi.

Walentynki mają też podobno liczne wady, konkretnie, zdaje się, dwie: (1) są świętem obcym nam kulturowo, (2) zostały na polskim gruncie zaszczepione na drodze lobbingu przez żądne zysku międzynarodowe korporacje. Co do pierwszego zarzutu, to kto uważa, że celebrowanie zakochiwania się, czy ogólniej: miłości, jest dla Polaków obce kulturowo, niech pierwszy rzuci kamieniem sobie w czoło. A i z tym lobbingiem to osobiście nie do końca kupuję, bo z całym szacunkiem i sympatią dla pań kwiaciarek i ciastkarek, którym udaje się na mnie w tym dniu niekiedy zarobić, jakoś nie bardzo wyobrażam sobie, żeby to rzeczywiście one, w swoich watowanych kamizelkach i stylonowych fartuszkach, stały za wielką ogólnokrajową akcją propagandową. A poza tym, wiecie, jaka tradycja autentycznie została stworzona przez speców od marketingu? Diamentowe pierścionki zaręczynowe. Koncern De Beers, 1938 rok. Więc jeśli się Wam się nie podoba sztucznie rozdmuchiwany konsumpcjonizm, to tam kierujcie swój gniew, a Walentynki zostawcie w spokoju.

Zgadzam się jednak, że można spróbować nadać Świętu Zakochanych trochę więcej polskiego charakteru. Przede wszystkim, należy definitywnie pozbyć się słowa LOVE. Co prawda (chyba) nie mówimy jeszcze do siebie “I love you ciebie”, ale w tym dniu LOVE na czerwonych serduszkach, balonikach i czekoladkach panoszy się strasznie. A powody są, jak mi się zdaje, dwa. Po pierwsze, żyjemy w takich czasach, że wytwory kultury materialnej…

Cholera. Czytelniku. Zacząłem pisać to zdanie i tak mnie tknęło: naprawdę chcesz spędzić Walentynki czytając w necie o wytworach kultury materialnej naszych czasów? Ja nie oceniam, ja tylko pytam. No bo wiesz, dzisiaj jakoś bardziej wypadałoby się zakrzątnąć wokół przedłużania gatunku, 500 zł na drugie dziecko i tak dalej. Nie nęci? No dobra, ja się nie wtrącam, moja rzecz pisać, Twoja lajka klikać. Może zresztą źle interpretuję Twoją tu obecność. Może lubisz z partnerem lub partnerką (a może nawet z obojgiem, świntuszku) poczytać Kompostownię w ramach gry wstępnej. Albo “po”, tak zamiast papierosa. Na pewno zdrowiej. No dobra, nie moja sprawa. Kontynuujmy.

Po pierwsze, żyjemy w takich czasach, że wytwory kultury materialnej są chińskie w formie (do wtryskarki) i amerykańskie w treści i chyba nic nie poradzimy na to. Po drugie, angielskie słowa są fajne i krótkie, a polskie słowa są fajne i długie. Polska MIŁOŚĆ nie zawsze zmieści się tam, gdzie wciśnie się jednosylabowe angielskie LOVE. W ogóle anglofoni* mogą bez większego trudu całe zdania układać ze słów jednosylabowych**. A my nie. (Poprzednie zdanie jest rzadkim wyjątkiem od reguły).

Ale przecież słowa można skracać. Amerykanie są w tym mistrzami i próbują skracać wszystko, co ma więcej niż dwie sylaby. Zamiast parachute, nuclear, crocodile czy refrigerator używają jednosylabowych chute, nuke, croc i fridge. A my tymczasem męczymy się ze spadochronem, bronią/energią nuklearną, krokodylem i lodówką. A dodać należy, że trójsylabowa lodówka już sama w sobie jest brawurowym skrótem od chłodziarko-zamrażarki.

W tym kontekście Czytelnika zaskoczyć może, że akurat na słowo MIŁOŚĆ skrót mamy znany od wieków. Najczęściej brzmi on “mość”, tak jak w słowach “waszmość” (“wasza miłość”) czy  “jegomość” (“jego miłość”). Czasami udaje się zredukować miłość do dwóch zaledwie, ale za to ogromnie polskich liter “ść”, tak jak w “kończ, waść” (“kończ, wasza miłość”).

No i powiedzcie sami, czy nie przyszedł wreszcie czas, żeby tę zwięzłą “mość” wyjąć z archaicznych zwrotów grzecznościowych i wrzucić na baloniki, koszulki, hashtagi? Zróbcie to dla Ojczyzny! Niech #mość zawiśnie w powietrzu! Niech #mość będzie z Wami! Dwuznacznie mośćcie się w pościeli! Strzelcie sobie słitfocię ze swoją Walentynką i wrzućcie na Instagrama otagowaną jako #naść (“nasza miłość”)! Niech nad Wisłą zapłonie #mość (niekoniecznie Łazienkowski)!

A przede wszystkim, ponieważ prawdziwa mość umie dać w kość, to życzę Wam, żebyście wytrwali w niej również przez pozostałych 365*** dni w roku.

mosc


*Anglofon to takie zgrabne słowo na człowieka posługującego się językiem angielskim, czyli np. Anglika, Amerykanina, a nawet Australijczyka (jeśli stara się mówić wyraźnie). Są też frankofoni, ale już na pytanie o polonofona Google uznał, że na pewno chodziło mi o polonofoba i pokazał mi strony niepokojące.

**Pozdro dla kumatych and thank you for flying MJN Air.

***Tak, 365. Mamy rok przestępny, nieuku.

Turoń – pamiętamy

[Proszę czytać w myślach głosem Krystyny Czubówny]

Turoń należy do rodziny parzystokopytnych, jednak wyglądem znacząco odbiega od większości swoich krewnych. Uwagę od razu zwraca jego nietypowy sposób poruszania się na dwóch nogach i niezgrabna sylwetka przypominająca przygarbionego człowieka nakrytego derką lub futrem. Z nieforemnego tułowia wyłania się, osadzony na długim kiju, masywny, kudłaty łeb ozdobiony pięknymi rogami.
W sezonie wegetacyjnym turoń zamieszkuje rozległe, zwarte drzewostany, jednak w okresie zimowym, kiedy zaczyna brakować pożywienia, migruje w okolice siedzib ludzkich, gdzie głośnym kłapaniem paszczą i podzwanianiem dzwonkami domaga się jedzenia. Jest to tak zwane kolędowanie, obserwowane również u innych gatunków tego ekosystemu, jak śmierć koścista, aniołek białopióry, diabeł rogaty czy herod właściwy. Podczas kolędowania turoń powtarza swoisty rytuał: najpierw upada i przechodzi w stan anabiozy, a następnie pod wpływem cucenia, odzyskuje funkcje życiowe i kontynuuje tak zwane harce.
Niegdyś powszechnie spotykany na terenie całej Polski, dziś jest na skraju wymarcia. Mimo pogańskiego rodowodu, zdołał przetrwać nadejście chrześcijaństwa, gdyż jako symbol cyklicznie zamierającej i odradzającej się przyrody zachował należne mu miejsce podczas obchodów święta przesilenia zimowego, nazywanego dziś Bożym Narodzeniem. Obecnie jednak nie odnajduje się w kulturze konsumpcyjnej środowisk silnie zurbanizowanych. Jego wiecznie kłapiąca paszcza i wybałuszone oczy, tak skuteczne w zdobywaniu pożywienia podczas wiejskich pochodów świątecznych, okazują się być zupełnie bezużyteczne w nowej rzeczywistości wystaw sklepowych, świecących dekoracji i reklam telewizyjnych. Tam turoń przegrywa konkurencję z bałwankiem, przerośniętym krasnalem z workiem na plecach czy z reniferem – groźnym gatunkiem inwazyjnym sprowadzonym z północy Europy.
Tylko od nas zależy, czy ocalimy dla przyszłych pokoleń to niezwykłe stworzenie.

[Od tego miejsca już moim głosem, a kto go nie zna, to po prostu dowolnym miłym męskim]

Nie o samego turonia mi chodzi, ale o to, że święta tracą powoli związek z przyrodą, z którą pierwotnie były nierozerwalnie związane. Czy w naszym energooszczędnie oświetlonym świecie ktokolwiek zwraca jeszcze uwagę, że dzień zaczął się właśnie wydłużać (na Boże Narodzenie na kurze stąpienie, na Nowy Rok na barani skok)? Czy na kimkolwiek robi jeszcze wrażenie żywa zieleń świerku czy jemioły w środku zimy, skoro o każdej porze roku możemy bez problemu kupić wszystkie te awokada, winogrona, bazylie i arbuzy oraz kwiaty cięte. Czy w ogóle widać jeszcze planetę zwaną “pierwszą gwiazdką” zza tych wszystkich światełek mrygających? Czy kot lub pies gadający o północny ludzkim głosem przebije się przez kinowe hity z kablówki lub kolędy z płyty, co była na promocji w Tesco?
A przecież Jezusek na świat przyszedł nie w sterylnym szpitalu, ale w warunkach prawdziwie agroturystycznych i to właśnie bydlątka poczciwe pierwsze oddały mu pokłon. Więc żeby Wam trochę o tym przypomnieć, przygotowałem w tym roku serię kartek świątecznych ze zwierzętami pojawiającymi się w tradycyjnych polskich kolędach. Można sobie kliknąć prawym, wybrać “zapisz” i wysłać komuś z życzeniami, ale ponieważ w okresie świątecznym wskazany jest kontakt bezpośredni, z serdecznymi uściskami włącznie, to można też wziąć laptopa pod pachę i pofatygować się osobiście w celu pokazania życzeń na ekranie. Najlepiej piechotą, pod gwiazdkowym niebem. Wprawdzie śniegu ani bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście.

ZWIERZETA W KOLEDACH 1

ZWIERZETA W KOLEDACH 2

ZWIERZETA W KOLEDACH 3

ZWIERZETA W KOLEDACH 4

ZWIERZETA W KOLEDACH 5

ZWIERZETA W KOLEDACH 7

ZWIERZETA W KOLEDACH 6

Jestem seterem. Ale nie psem, tylko trend.

Kiedy ostatnio wypłynął w internetach temat drwalskich bród i flanelowych koszul w kratę, w naturalny sposób poczułem się wywołany do tablicy. Ci, co mnie znają dłużej, to wiedzą, a tym, co nie, wyjaśniam: może dla was to tylko moda, ale ja zarost i flanelę noszę w sercu. A tu nagle kradną mi to kolorowe magazyny. Nosz kurwa. Jednak zanim zdążyłem coś napisać, tyle już było w necie tekstów na rzeczony temat, że już patrzeć nie mogłem, a co dopiero wtrącać swoje trzy tysiące znaków.

No ale dzisiaj, kiedy rozpromieniona żona podzieliła się ze mną kolejnym niusem modowym, coś we mnie pękło. Dwa słowa: slow fashion. Nazwa jest myląca, bo nie chodzi o to, żeby się powoli ubierać, tylko żeby mieć w szafie trzy ciuchy na krzyż, ale wszystkie do siebie pasujące. I chodzić w nich na okrągło, tyle że w różnych konfiguracjach, w zależności od tego, co się ma akurat wyprane. Napisali w gazecie, szafiarki się zajarały, jedna pani drugiej pani pokazała na fejsbuczku i nagle moja żona: wow, moda bardzo, szacuneczek, sprytne takie, hasztag: zachwyt.

A podkreślmy, że to ta sama żona, która od dziesięciu lat mieszka z, jak się okazuje, ikoną slow fashion i zawsze się do mojego awangardowego stylu odnosiła krytycznie. Bo ja przez te wszystkie lata dbałem, aby moja garderoba była zorganizowana wokół dwóch dominant kompozycyjnych: spodni burobrązowych i spodni zgniłozielonych. Zawsze miałem dwie takie pary i wszystko, co kupowałem, musiało do nich pasować. Było wygodnie, było praktycznie, się nie brudziło. A ponadto, w razie Niemca, można było spierdolić do lasu i się zamaskować skutecznie.

Ale żona wiedziała swoje. Na kolejne urodziny, imieniny i Gwiazdki dostawałem eleganckie koszule, w których nie chodziłem, bo nie współgrały z wytartymi bojówkami. Od mamy zresztą też dostawałem. Tylko teściowie się znaleźli i na któreś Boże Narodzenie kupili mi pasujący dodatek, czyli siekierę. Jarałem się jak dziecko.

Dopiero gdzieś tak koło trzydziestki, kiedy żona już strasznie marudziła, że wstyd ze mną wychodzić na miasto, a ja dostałem pracę, w której, w odróżnieniu od poprzedniej, nie wszyscy chodzili w sandałach, porzuciłem w końcu flanelę.

A tu nagle okazuje się, że dwudziestoletni ja przeszedłby dzisiaj przez każde door selection.

Opowieści o tym, jak wieszczyłem nowe trendy można by zresztą mnożyć. Kiedy dziesięć lat temu wprowadzaliśmy się z żoną do pierwszego wspólnego mieszkania, z dumą położyłem w mydelniczce kostkę Białego Jelenia. Mydło męskie takie, szlachetnie proste, bez perfumy, bez barwnika, sama gliceryna i testosteron. Żona się skrzywiła, ale nic nie powiedziała. Za to jakiś czas później, kiedy organizowaliśmy parapetówkę, zauważyłem, że Biały Jeleń dyskretnie został usunięty i zastąpiony metroseksualnym mydłem Dove, zawierającym 25% kremu zmiękczającego erekcję. Co jest grane, pytam. A bo, odpowiada żona, wstyd przed gośćmi będzie z takim mydłem. Jaki wstyd? – żacham się ja. Mydło jak się patrzy, rogacz na nim odciśnięty dumny taki, jakby sam Robert Baratheon do naszej łazienki zawitał, a ona mi tutaj, że wstyd. Przykro mi się zrobiło, więc wydobyłem Białego Jelenia, gdzieś tam haniebnie na dnie szafki skitranego, obtoczyłem w żwirku z kociej kuwety i zaprezentowałem żonie jako wspaniałe mydło pillingujące.

Nie poznała się.

Ale już parę lat później nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Prawdopodobnie w jakimś magazynie Skarb z Rossmanna albo innym InStyle’u napisali, że takie szare mydła to są jednak suuuuper, dla skóry dobre bardzo, cellulit porożem bodą, i w ogóle miej je, miej. I teraz cała łazienka zajebana jeleniami, niczym jakiś landszaft z rykowiskiem. W związku z tym niedługo naprawdę spodziewam się premiery nowej formuły pillingującej z ekstraktem z kociego żwirku.

No dobra, wiem co sobie teraz myślicie. Nie opowiadaj nam tu o przeszłości, tylko zdradź, co będzie modne za rok, dwa, dziesięć, skoro moc taka w tobie drzemie. Rozumiem, służę uprzejmie. Oto kilka sprawdzonych przeze mnie propozycji lajfstajlowych, które jeszcze się nie przyjęły, ale przyjmą się na pewno.

1. Rowery w salonie. Wiem, odważne. Ale, zważcie, są nie tylko piękne, ale i praktyczne, bo to najlepsze miejsce do odwieszania mokrych ciuchów po bieganiu. Aha, i nie pytajcie mnie, co to za półnaga pani nam się pałęta po nieruchomości na tym zdjęciu. Mnie wtedy nawet w domu nie było. Żona z koleżankami jakieś balety organizowała. Ale spoko, lakieru na rowerze nie zarysowały.

rowery

____________________

2. Cebrzyk do polewania się zimną wodą po kąpieli. Każdy drwal taki ma i niektórzy poławiacze krabów podobno też. Oczywiście można polewać się prysznicem, ale cebrzyk jest bardziej stylowy. Egzemplarz widoczny na zdjęciu również dostałem na Gwiazdkę.

cebrzyk

____________________

3. Uprawa ekologiczna na odpadach kuchennych. Temat bardzo na czasie, uważam. Na zdjęciu widać to, co parę lat temu wykiełkowało nam z nasionka papryki, które utknęło w odpływie zlewu. Niestety nie udało się zoptymalizować warunków uprawy tak, żeby uzyskać roślinę owocującą, bo nabawiliśmy się dzieci i trzeba było zacząć żyć higienicznie.

roslinka2

O. No to już wiecie, co będzie modne w nadchodzących sezonach. Oczywiście, jeśli macie jakieś własne pomysły, to śmiało piszcie. Tylko pamiętajcie, że to mój blog i ja tu jestem gwiazdą, więc jeśli będą fajniejsze niż moje, to je usunę.

Wybieraj

Wybierasz bramkę numer 1 czy numer 2?

Czerwoną czy niebieską pigułkę?

Aniołka na prawym czy diabełka na lewym ramieniu?

trudny wybor

Post Navigation

%d bloggers like this: