(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “utrzymuję koty”

Systematyka kotów

Miało nie być znowu o sierściuchach, ale znalazłem w dalekim kątku twardego dysku moją prywatną systematykę kotów. Leżało tam to przez lata i czekało, aż znajdę kogoś, kto mi wyryje stosowne ryciny, żeby wydać całość w formie jakże potrzebnego światu atlasu. Nikt się nie znalazł, ale to może dlatego, że zapomniałem kogokolwiek zapytać.

W każdym razie odgrzebałem, wybrałem kilka najlepszych i opatrzyłem fotografiami z natury. Jak to się ładnie pisze w niektórych publikacjach “źródło zdjęć: internet”.

Może w sumie to taki hermetyczny humor, ale skąd ja mam to wiedzieć? W końcu połowa moich znajomych to biolodzy, z czego większość ma, miała lub mieć będzie koty.

A zatem, drodzy Państwo, koty dzielimy na:

TORBACZE

torbacze

____________

MIAUŻE

miauze

____________

PARAPETODAKTYLE

parapetodaktyle

____________

PAWIANY

pawiany

____________

PCHLARZYDEŁKOWCE

pchlarzydelkowce

____________

SIERŚCIENICE

sierscienice

____________

FIRANIE

firanie

____________

JADŁOCHŁONY

jadlochlony

____________

LEGWANNY

legwanny

____________

LEŻOZWIERZE

lezozwierze 2

Bajka na dobranoc

Nie lubię klasycznych baśni dla dzieci. Tych Perraulta i tych braci Grimm. I Andersena też w sumie nie bardzo. Nie lubiłem jako dziecko, nie lubię teraz. Tym nie mniej do obowiązków ojcowskich należy przynajmniej od czasu do czasu jakaś bajkę na dobranoc opowiedzieć. Radzę sobie zatem, bajając o zwierzątkach, które znam osobiście. Takie, wiecie, bajki non-fiction. I dlatego właśnie niekiedy można u nas w domu wieczorową porą usłyszeć prośbę “Tatooo… Opowiedz mi bajkę o tym, jak Łaciuch wypadł przez oknooo…”.

Jest to, uważam, bardzo dobra bajka, bo oparta na faktach, a zatem pozbawiona wysilonego morału, a bogata w mądrość życiową. Żona, jako najbardziej wpływowa czytelniczka i krytyczka bloga, zasugerowała ostatnio, żebym opowiedział tę historię tutaj. Oczywiście, innymi słowami niż dziecku. Takich rzeczy żonie się nie odmawia, więc jeśli ząbki umyte, to wskakujcie do łóżeczek i jedziemy.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w dogodnej lokalizacji przy stacji metra, wynajęliśmy sobie z przyszłą żoną dwupokojowe mieszkanie. Do wspólnego gospodarstwa domowego ja wniosłem rower, który zajmował pół salonu, a żona – dwa koty, które zajmowały się sianiem zarazy, pożogi i zniszczenia. Trisiek i Łaciuch im było.

Nie powiem, żeby mi się specjalnie dobrze z nimi układało. Koty jako takie zasadniczo lubię. W moim domu rodzinnym się je trzymało, a nawet rozmnażało, ale były to koty wychodzące. Trisiek i Łaciuch natomiast to sierściuchy kanapowe, w pełni indoorowe, żeby nie powiedzieć: szklarniowe. Czyli zamiast srać i sikać kulturalnie pod krzaczek sąsiada, robiły to na moje jedyne porządne spodnie. Zamiast ostrzyć pazury na mordkach innych kotów z dzielni, ostrzyły je na moich jedynych w miarę eleganckich butach. A kłaki (białe!) zamiast gubić w trakcie ciągłych walk, polowań i ucieczek, gubiły na moim jedynym przyzwoitym swetrze.

Żona uważała, że mam po prostu za mało odzieży i sugerowała poczynienie zakupów.

Ja uważałem, że mamy za dużo jebanych sierściuchów i sugerowałem wypierdolenie ich przez okno.

Miesiące mijały, konflikt narastał. Z każdym kolejnym zasikaniem plecaka, każdą następną kradzieżą wędliny z kanapki czy ananasa z pizzy (smakosze jebane), kolejnym nietrafieniem do kuwety czy włamem do szafki z karmą oraz następującym po nim bulimicznym obżarstwem i epickim rzygiem na pół kuchni, rosła we mnie wściekłość. Opisy tego, jak wyrzucę pchlarze przez okno rozwijały się, obrastały w dekoracje, didaskalia i sceny dialogowe.

W końcu któregoś lata żonę naszło na robienie kariery i postanowiła wyjechać służbowo na parę dni. Trochę była przy tym zestresowana, czy aby na pewno pod jej nieobecność karmić będę te futrzane darmozjady i czy nie zrealizuję od dawna powtarzanej groźby, że wywiozę je do kuśnierza.

Niepotrzebnie. W rzeczywistości planowałem przez tych parę dni wreszcie się z kotami zakumplować, po męsku pobratać. Usiąść przy puszce, wedle preferencji, lecha lub whiskasa, podyskutować o tym, czy fajniejsze są kociaki rude, czy jakieś tam inne i ogólnie znaleźć płaszczyznę porozumienia.

A zatem – żona wyjechała, wolna chata, męski wieczór. Ja siedzę na podłodze i gapię się w telewizor, bo leci “Hydrozagadka”. Łaciuch siedzi na parapecie i gapi się w otwarte okno, bo leci gołąb. Trisiek siedzi przy misce i wpierdala chrupki, bo nie masz dla niego większej radości na tym świecie.

Ogólna błogość i relaks. Ale, jak to w bajce, długo trwać to nie mogło. Ktoś musiał popchnąć akcję do przodu i nie mogłoby być do tej roli lepszego kandydata niż kot Łaciuch z jego pustym łebkiem i niecierpliwością łap. Sierściuch wywędrował mianowicie na zewnętrzny parapet, po czym polazł dalej od strony dworu wzdłuż kolejnych zamkniętych okien. Krzyknąłem na niego, żeby wracał. On się skonfundował, łapy mu się poplątały, pazur zgrzytnął o blachę i kot, jednego nawet miauku nie wydawszy, zniknął z radarów.

Drugie piętro.

Podbiegam do okna, patrzę w dół – pchlarza nie ma. Zbiegam na dół – też nie widać. Z jednej strony dobrze, bo przez chwilę obawiałem się widoku bardzo płaskiego futrzanego dywanika na chodniku, ale z drugiej – słabo, bo najwyraźniej sierściuch się zestresował i poszedł w długą.

No dobra, co teraz? W którą stronę iść? Gdzie szukać?

Kiepska sprawa, ale od czego ma się sąsiadów. W tym wypadku Pana Tolka, który był w naszym bloku kimś więcej niż sąsiadem. Był stałym elementem krajobrazu. A to dlatego, że coś mu dolegało w nogi, więc był na rencie i zasadniczo nie miał nic specjalnego do roboty. A ponieważ gardził chyba telewizją czy książką, całe dnie spędzał wsparty na kulach przed wejściem do klatki. Czasem kulturalnie jakieś piwko chlapnął, żeby, jak mówił, żyły w nogach się rozszerzyły i ból zelżał. Palić, nie palił, bo od tego żyły się zwężały i bolało bardziej. Ogólnie na tle innych staczy podklatowych, którzy piwem, nalewką wiśniową i wódką “Biznesową” leczyli choroby nie nóg, a duszy, Pan Tolek wypadał bardzo korzystnie. No i miał tę zaletę, że zawsze widział wszystko, co się działo.

– Szuka pan kota? – powiada Pan Tolek. – Tam pobiegł! – i wskazuje na prawo. Pędzę tedy w prawo. Zaglądam w krzaki, do śmietników, pod samochody. Próbuję wyobrazić sobie, gdzie bym pobiegł, gdybym był przerażonym małym pchlarzem. Szukam, szukam i nawołuję “Łaaaaciuuuch, Łaaaciuuuch!”.

I tu dobra rada dla wszystkich, którzy rozważają przygarnięcie kota. Kiedy będziecie wybierać imię, weźcie pod uwagę możliwość, że wcześniej czy później zwierzę wam spierdoli w teren. I będziecie wtedy musieli ganiać nocą po ulicy i wykrzykiwać jego imię. I naprawdę lepiej, żeby imię to nie brzmiało np. Uwaga, Policja, Pożar, Promocja, Cisza, Apokalipsa, Stop, Won, Ufo, Hańba czy Zbiórka. Albowiem powiadam wam, możecie zostać opacznie zrozumiani.

Imię Łaciuch, trzeba przyznać, nie budziło żadnych kontrowersji i nadawało się do wykrzykiwania znakomicie. Nędzna to jednakowoż pociecha, skoro nosiciela imienia nijak znaleźć nie mogłem. Oszczędzę Wam już opisów tego, jak to godziny mijały, zmrok zapadał, a ja tylko wróciwszy na chwilę do domu po latarkę szukałem dalej. Nie wspomnę o tych rozpaczliwych telefonach do bliskich (oczywiście z wyłączeniem żony) z pytaniem ankietowym “Gdzie byś pobiegł, gdybyś był kotem, który wypadł z okna?”. Powiem tylko, że wreszcie, kiedy straciłem już wszelką nadzieję, zacząłem chodzić po spirali, zakładając, że wcześniej czy później sprawdzę tak każde miejsce na kuli ziemskiej.

W ten sposób w końcu znalazłem biedne kocisko przyczajone pod żywopłotem. Nieruchome, milczące i w ogóle niepomagające się odnaleźć. I oczywiście żywopłot był po lewej, a nie po prawej, ale nie drążmy tematu. Najważniejsze, że kot się okazał cały i zdrowy, co potwierdził weterynarz z nocnego dyżuru, do którego zawiozłem kota po raz pierwszy (ale nie, kurwa, ostatni) taksówką.

Czyli ogólnie, jak to w bajkach bywa, wszystko dobrze się skończyło.
I jak to z bajkami bywa, dorośli wierzyć nie chcieli. Żona do dzisiaj podejrzewa, że to jednak ja wyrzuciłem pchlarza przez okno.

Cztery kółka, osiem łap

Nigdy nie spodziewałem się po sobie czegoś takiego. A jednak. Przed państwem post, w którym ciepło wypowiadam się o warszawskich taksówkarzach.

Do niedawna taksówki oglądałem głównie z zewnątrz. No bo najpierw nie potrzebowałem, potem nie było mnie stać, potem gardziłem burżujstwem i wolałem tłuc się pół godziny nocnym + 2 km z buta, a potem się skończyło rumakowanie i zaczęła mnie wozić najlepsza z żon.

Od niedawna jednak jeżdżę taryfą regularnie. Z kotami. Albowiem koty są nieustannie ‪#‎ciezkochore‬ ‪#‎umierające‬, a ja nadal nie mam prawa jazdy. A najlepsza z żon albo w ciąży, albo na porodówce, albo z dzieckiem przy cycku. Słowem: wykręca się.

No to biorę pod pachę kota Trisława, co to jest biały i tłusty jak babciny smalczyk oraz upośledzony intelektualnie w stopniu nieznacznym, a aktualnie cierpi na zarośnięty polipami kanał słuchowy pełny gronkowca opornego na, bodajże, siedem antybiotyków. Albo biorę kota Łaciucha, co to jest z kolei chudszy niż chudy twaróg, chudszy nawet niż patyk, właściwie to opisałbym go jako twaróg z patyków, ale obecnie dzięki terapii hormonalnej (!) wychodzi na prostą, przytył pół kilo i nie grzechocze już jak worek kości, kiedy się go pogłaszcze. A czasami biorę oba. I jadę do weterynarza.

Już nawet nie będę pisał, ile mnie te dwa darmozjady kosztują. Powinni dobzi ludzie w internetach rozkręcić jakieś Cat Food Bucket Challenge, żeby zrobić zbiórkę karmy chociaż i podnieść świadomość ekonomicznych aspektów posiadania kotów w wieku dwucyfrowym. W każdym razie dodatkowy hajs na taksówkę już w tej sytuacji niewiele stanowi, więc rozbijamy się z kotami po mieście taryfą like a boss. Trisiek nawet podwójnie like a boss, bo w białym futrze.

Robimy to często. Tak często, że kiedy dzwonię po taksówkę i podaję adres, pani na drugim końcu linii od razu pyta “Z kotkiem?”. I w sumie tylko raz, jak jechaliśmy na porodówkę, odpowiedziałem “Nie, tym razem z żoną”.

Pytanie stawiane przez panią z dyspozytorni ma zresztą pewien podtekst, albowiem w korporacji, która nas wozi, za kota dopłaca się dychę. Na początku trochę mnie to wnerwiało, ale potem sobie podliczyłem, że akurat ten korp jest na tyle tani, że i tak wychodzę na tym nieźle, a przynajmniej sytuacja jest czysta i nikt mi nie marudzi, że tapicerka w kłakach, alergia albo co. A dodatkowy niezaprzeczalny plus jest taki, że po deklaracji “Tak, z kotkiem” z dyspozytorni przeważnie przysyłają mi kierowców-kociarzy.

I nagle okazuje się, że ten sam taksówkarz, który w innych okolicznościach tylko słuchałby Złotych Przebojów i narzekał na to, jak na każdym skrzyżowaniu znowu wszystko beznadziejnie zrobili, w kontakcie z klatką zawierającą Triśka odsłania swoje zupełnie nowe oblicze. Rany, ci goście są naprawdę świetni!

Jeden ma pięć kotów. Drugi ma trzy koty, pibulla i jorka (oczywiście to jork przewodzi watasze). Trzeci ma 17 półdzikich kotów na działce. Pobudował im domki, dokarmia je, a nowe odławia i sterylizuje. I okazuje się, że to samo miasto, które wszystkim taksówkarzom tak beznadziejnie wszystko robi na tych wszystkich skrzyżowaniach, jemu funduje karmę i finansuje zabiegi.

No i oczywiście rozpoczynają się opowieści.

“Moja kotka to wychodzi z domu, często nawet nie wraca na noc, ale pewnego dnia przepadła i trzy dni jej nie było. No to chodziliśmy, pytaliśmy, szukaliśmy wszędzie. Ściągnęliśmy nawet takie panie z fundacji, co się zajmują zaginionymi kotami. Przyjechały i polały chodnik pod domem walerianą. Panie! Ze trzydzieści kotów wylazło z krzaków i zaczęło się w tym tarzać, ale ta nasza – nie. I dopiero potem się okazało, że była cały czas u sąsiadki. Ona trzyma drzwi na balkon otwarte i te wszystkie koty do niech przychodzą. Daje im jeść, pozwala spać na kanapie, no taki koci hotel. No i ta nasza też tam poszła. Bo wie pan, u nas to tylko dostawała whiskasa, a tam – codziennie wątróbka!”.

Albo:
“No mój kot to ma amputowaną łapę. Ale dobrze sobie radzi na trzech. W ogóle pierwszy lekarz od razu chciał ją uśpić. Dopiero drugi podjął się amputacji, ale powiedział, że potrzebny jest dawca krwi. Ja mu mówię: nie ma sprawy, mamy pięć kotów. Odłowiliśmy tego największego, zawieźliśmy do kliniki. Pół dnia tam siedział, ale w końcu okazało się, że dali sobie radę bez transfuzji. Tydzień był na nas obrażony”.

No a na koniec, jak już sobie pogadamy o tych sierściuchach naszych i przychodzi do płacenia, to przynajmniej połowa taksówkarzy nie chce tej dodatkowej dychy. “Panie, ja za kota miałbym wziąć? U mnie kot za darmo jeździ!”.

Post Navigation

%d bloggers like this: