(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “zasiedlam planetę”

Kochajmy płazy!

Trwa właśnie okres rozrodczy płazów. To ważne wydarzenie w życiu naszego ekosystemu i chciałbym was nim zainteresować za pomocą kilku ciekawostek.

1. Dlaczego żaba przebiegła przez drogę? Żeby poruchać. To ważna rzecz w życiu żaby.

Kierowco! Zwolnij. Patrz pod koła. Chroń życie kijanki w fazie prekoncepcyjnej.

2. U żab i ropuch do zapłodnienia dochodzi pozaustrojowo (in bajoro). Jeżeli bajoro jest brudne, kijanki wykluwające się z jajeczek są zwyczajnie głupie. Głupie kijanki to zagrożenie dla zrównoważonego rozwoju miast i wsi.

Turysto! Dbaj o czystość zbiorników wodnych.

3. Kijanki żaby trawnej zapylają ponad 80% kwiatów mięty wodnej (Mentha aquatica), z której pozyskiwany jest mentol, wykorzystywany w przemyśle spożywczym. W raporcie opublikowanym w 2011 r. firma Menthos deklaruje, że obserwowany od ponad dekady spadek liczebności płazów ziemno-wodnych drastycznie ograniczył dostępność tego surowca. Dla giganta spożywczego oznaczało to wielomilionowe straty i konieczność wprowadzenia nowych smaków, np. Menthos Choco.

Konsumencie! Nie kupuj Menthos Choco. Niedobre są.

4. Żaby i ropuchy są objęte w Polsce ochroną gatunkową, nie dotyczy to jednak osobników rozmnażanych w niewoli na specjalnych płazich fermach. Pod koniec marca tego roku minister Szyszko zbulwersował opinię publiczną, urządzając w swojej posiadłości istną rzeź pozyskanych od hodowców żab jeziorowych. Z dwudziestu klatek wypuszczono kilkaset płazów, a minister i jego goście uganiali się za nimi ze słomkami. Pan Szyszko chwalił się później w mediach społecznościowych żabą nadmuchaną przez siebie do rekordowych rozmiarów. Trofeum prawdopodobnie zawiśnie nad jego kominkiem między motylkiem z oberwanymi skrzydełkami, a własnonożnie rozdeptaną dżdżownicą.

Ministrze! Pierdol się.

Internauto! Jeżeli chcesz wyrazić solidarność z płazami bezogonowymi, to umieść żabę na swoim zdjęciu profilowym i udostępnij ten post. I bądź miły dla spotkanych żab i ropuch. Uważaj jednak, aby zbytnio się z nimi nie spoufalać. Pamiętaj! Całując żabę, całujesz wszystkie księżniczki, z którymi ona była.

Potęga miłości i groza Kosmosu

Przychodzi chłop (w sensie: ja) do lekarza, a lekarz mówi:
– Panie chłopie, ja tu już nie będę pracować, idę na swoje, chodź pan ze mną.
– Dobra, panie lekarzu. – mówię na to ochoczo. – Idziemy.
– Tylko niech pan stąd weźmie, panie chłopie, swoją historię choroby, bo mi jej nie wolno zabierać.

O, fajnie, cieszę się w myślach. Wreszcie się dowiem, co on tam o mnie pisze przy każdej wizycie. Bo może na przykład nic, tylko krzyżówkę rozwiązuje chyłkiem. Ale przy odbiorze papierów okazuje się, że kij tam z krzyżówką, bo w charakterze nieoczekiwanego bonusa dostaję również dokumenty sprzed 17 (!) lat. Wtedy to do tej samej przychodni wysłała mnie komisja wojskowa, żeby fachowcy stwierdzili, czy rzeczywiście nie nadaję się do służby Ojczyźnie tak bardzo, jak twierdzę.

A było to tak.

Wezwanie do Wojskowej Komisji Uzupełnień dostałem jako pierwszy w klasie. Duma bardzo, zabrałem je do szkoły i wszystkim pokazywałem na korytarzu. No bo wiecie, niby ciągle mieszkam z rodzicami i babcia mi gotuje obiadki, a mama pierze skarpety, ale jakby co, to już jestem na tyle dorosły, żeby przelewać krew za Ojczyznę, naftę i bawełnę.

Do wojska jednakowoż jakoś mi się nie spieszyło, więc na komisję wybierałem się z plikiem diagnoz, wyników i zaświadczeń przekonujących o mojej trwałej niezdolności do obrony granic. I nie zrozumcie mnie źle – nic lewego tam nie było. Po prostu, jak mówi stare przysłowie, nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. No i ja właśnie w porę zadbałem o to, żeby mieć wszystkie swoje diagnozy na piśmie. Tak uzbrojony, czekałem.

I oto nachodzi wreszcie dzień, kiedy osłonięty jedynie bokserkami i teczką pełną zaświadczeń lekarskich, wchodzę na komisję.

A tam na dzień dobry – fortepian.

O, kurwa.

Niby dla niepoznaki przykryty jakimś materiałem, no ale umiem odróżnić fortepian od czołgu nawet w kamuflażu bojowym. Trzy nogi są, gąsienic nie ma. What the fuck? – zapytałbym siebie w myślach, gdyby młodzież wtedy tak mówiła. (Jeszcze nie mówiła, więc zdumiałem się w myślach po polsku). To będą mnie do orkiestry wojskowej przesłuchiwać?
Ale nie. Fortepian jest na sali tylko dlatego, że pomieszczenia, w których stacjonuje komisja, w cywilu należą do domu kultury.

Komisja przystępuje do oględzin. Z przekazów kulturowych znam legendarne “Przodem! Tyłem! Kaszlnąć! Zdrowy!” i jestem ciekaw, czy medycyna wojskowa poczyniła pod tym względem jakieś postępy. Poczyniła. Jest tylko “Przodem! Tyłem! Zdrowy!”, bo wobec przyniesionych przez nas prześwietleń klatki piersiowej “Kaszlnąć!” okazuje się już zbyteczne. Wszystko zatem idzie naprawdę szybko i już mi chcą dawać kategorię “A”, kiedy gwałtownie oponuję, machając swoją teczką pełną papierów.

– No dobra, pokaż, co tam masz. – wzdycha Pan Komisja. Pewnie oficer. W sumie nie wiem.
– Choroba Scheuermanna! – melduję posłusznie i prezentuję zaświadczenie, które wypisał mi mój ortopeda, co to teraz magnez o doskonałej bioretencji w telewizji reklamuje. Dla niewtajemniczonych: Scheuermann to jałowa martwica kości, czyli kifoza młodzieńcza, czyli po prostu garb. Jak ostatnio przeczytałem w Wikipedii, “powoduje zeszpecenie i trwałe ograniczenie sprawności życiowej”. Story of my life.
– Eeeee, tam. – lekceważy jednak moje cierpienie, zeszpecenie i ograniczenie pewnie-oficer. Widać w nowoczesnej armii garb nie przeszkadza. W sumie łatwiej się człowiek mieści w czołgu.
– Skolioza? – próbuję nieco mniej pewnie, podając kolejną kartkę wypisaną przez ortopedę od magnezu.
– Eeee…
No to wyciągam broń ostateczną: nerwica lękowa. Tu już komisja okazuje pewne zainteresowanie. Widać żołnierz polski może być garbaty, ale nerwowy czy, nie daj Bóg, lękliwy – w żadnym razie. Dostaję skierowanie do przychodni, w której sprawdzą, co tam mam pod hełmem.

Do przychodni udaję się na rowerze. Przypominam, że rzecz dzieje się w najtisach, kiedy to rowery kradną na potęgę. Mój jest całkiem, jak na tamte czasy, przyzwoity, więc zabezpieczam go, nie tylko przypinając do nieruchomego elementu krajobrazu, ale też odkręcając koło i biorąc je pod pachę. Stylówy dopełniają krótkie bojówki (mówiłem, że najtisy), w których podczas jazdy na rowerze ciągle rozpina mi się rozporek.

W poczekalni, ku mojemu rozczarowaniu, sami z wyglądu normalni ludzie, poza jedną dziwną panią. Dziwna pani wkrótce okazuje się Panią Psychiatrą i zabiera mnie na badanie, czyli – ku mojemu ponownemu rozczarowaniu – zwykłą rozmowę bez żadnego pokazywania plam atramentowych czy coś. Potem przejmuje mnie młody Pan Psycholog i dopytuje o historię mojego życia.

Pamiętam to koło od roweru, pamiętam, że w trakcie rozmowy dostrzegłem rozpięty rozporek i z wdziękiem go sobie zasunąłem, pamiętam, że w końcu dali mi kategorię “D”, ale nie do końca pamiętam, o czym rozmawialiśmy. A wygląda na to, że mówiliśmy o sprawach absolutnie fundamentalnych. Eros, Tanatos, miejsce człowieka we Wszechświecie, te klimaty. I że mój rozmówca miał niezwykły talent do efektownego protokołowania wypowiedzi pacjentów. W otrzymanej przeze mnie dokumentacji medycznej czytam bowiem:

“Diagnoza: nerwica lękowa. W ’96 zakochał się i twierdzi, że objawy minęły. Obecnie: lęki, np. kiedy rozmyśla nad strukturą Kosmosu”.

Nadal warto być poganinem

W związku ze zbliżającą się Nocą Kupały, trochę działalności apostolskiej. Na początku planowałem po prostu przypomnieć moją zeszłoroczną listę powodów, dla których warto być poganinem, ale okazało się, że sporo jeszcze dało się w niej poprawić i uzupełnić.

A zatem:

– Puk, puk, dzień dobry, czy znajdzie pani chwilę, aby porozmawiać o pra…? Nie? No dobrze, to ja zostawię tylko tę broszurkę:

15 POWODÓW, DLA KTÓRYCH WARTO BYĆ POGANINEM

1. Nie musisz ciągle wysłuchiwać od ateistów, że wierzysz w coś, co nie istnieje. Czcisz Słońce. Jak ktoś ma wątpliwości, czy Ono istnieje, to pokazujesz palcem. Richard Dawkins może ci naskoczyć.

2. Bardzo szybko uczysz się dystansu do tego, co ludzie mówią o twojej wierze. No bo jak powiesz, że świętujesz pełnię Księżyca, to wiadomo, że będą się śmiali. I oczywiście przechodzisz nad tym do porządku dziennego, zamiast pielęgnować urazę swoich uczuć religijnych.

3. Zagadnienia teologiczne stają się znacznie bliższe życiu, kiedy w twojej religii Matka jest symbolem płodności, a nie dziewictwa.

4. Nie masz jednej księgi z odpowiedziami na fundamentalne pytania, więc szukasz w wielu różnych. Koniec końców, pewnie i tak nie znajdziesz, ale jaki będziesz oczytany!

5. Politycy i publicyści nie wycierają sobie gęby imionami twoich bogów. A nawet gdyby chcieli, to nie umieliby ich wymówić.

6. Nikt za bardzo nie wie, po czyjej jesteś stronie w sporach antyklerykałów z Kościołem, oświeceniowych racjonalistów z religijnymi fundamentalistami, moherów z lewakami itp., więc każdy może z tobą porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. A że i tak zdarza się to rzadko, to już inna rzecz.

7. Wolno ci jeść wszystko, pod warunkiem, że nie będziesz się czuł pokrzywdzony, jeśli w końcu coś zeżre ciebie.

8. Twoi bogowie nie wypierają się tego, że stworzyli gejów. Pewnie nawet gdzieś tam w Panteonie jest jakiś osobny bóg specjalnie dla nich, bo dlaczego by nie? I na pewno wygląda bo-sko!

9. Kiedy nadchodzi maj, nie musisz kupować siostrzeńcowi PS4 ani tableta, bo nikt cię nie zaprasza na Pierwszą Komunię. Jeśli już, to najwyżej na postrzyżyny. A wtedy wiadomo – idealnym prezentem jest topór. Przynajmniej dzieciak się pobawi na powietrzu.

10. W szkołach i urzędach krzyże na ścianach pojawiają się i znikają, ale pogańskie paprotki na parapetach, symbolizujące odwieczną siłę Natury, trwają niezmiennie.

11. Składanie ofiar rzeczowych ma więcej sensu, kiedy czcisz święte zwierzęta. Zmarzniętej wiewiórce sprawisz więcej radości orzeszkiem niż obrazowi Matki Boskiej kolejnym złotym wisiorkiem.

12. Rozumiesz, że nie jesteś duszą uwięzioną w ciele, tylko tym właśnie, cudownie skonstruowanym, ciałem. Fajnie jest nie czuć się uwięzionym, prawda?

13. Nie wierzysz w te bzdury, jakoby dobra karma wracała. Na podstawie wieloletnich obserwacji swojego zwierzęcia totemicznego (na przykład kota) wiesz, że dobra karma to taka, która po spożyciu nie wraca i nadaje sierści jedwabisty połysk.

14. Niebo masz zawsze nad głową, a nie w abstrakcyjnej i niepewnej przyszłości.

15. W twojej politeistycznej wizji świata jest miejsce dla każdego boga, którego przyniesie ze sobą napotkany człowiek.

Wszystko będzie dobrze

Polecam Wam chmury. Głowy do góry.

Od końca do końca korytarza są równo 84 kroki. Wiem na pewno, bo to średnia z wielu pomiarów. Wiem też oczywiście, że na oddziale pediatrycznym takich spacerów urządzać nie należy, bo nie po to się pacjentów grupuje i zamyka w pokojach według typów dolegliwości, żeby potem z nich wychodzili i swobodnie wymieniali się patogenami. Ale muszę przecież jakoś młodego wykołysać w nosidełku do snu, a między łóżeczkiem a umywalką kroki da się zrobić najwyżej trzy.

Kołysanie ważna rzecz. Kiedy dziecko czuje, że ktoś je niesie, daje się nieść. Kierunek i tempo ruchu są odgórnie ustalone, więc nie ma już co się szarpać. Przestajemy nerwowo machać kończynami, układamy się wygodnie i patrzymy, jak przed oczami przesuwają się widoki różne. Na przykład tablica korkowa, a na niej podziękowania dla lekarzy, pielęgniarek i salowych ozdobione odpowiednią liczbą słoneczek i kucyków.

Przychodzi spokój.

Na dorosłych też to działa. Wiem, bo wypróbowałem nieraz. W drodze do szpitala, do domu, do pracy, a raz nawet do Bydgoszczy. (Tato, a ty będziesz tam do nich mówił po polsku? W tej Bydgoszczy mówi się po polsku? – nie dowierzała córka).

Jednego razu na trasie szpital-dom wygospodarowałem pół godzinki i wdrapałem się na Kopiec Czerniakowski, bo go bardzo lubię, mam miłe z nim wspomnienia związane i jest prawie po drodze, jeśli jedzie się rowerem. No i tam z góry widać było chmury. Widać było też oczywiście wszystko inne: domki dla lalek, samochodziki-zabawki, ludzi jak mrówki i krowy jak boże krówki. Ale głównie to nad tym wszystkim widać było chmury, które akurat tego dnia w wyjątkowo silnym wietrze przewalały się majestatycznie i rzucały cienie bez specjalnej refleksji, na co rzucają.

Ja sobie siedziałem na barierce, a wokoło był powolny, miarowy ruch. Przychodził spokój.

Dodatkowo Spokój, konkretnie grabarza w wykonaniu Elektrycznych Gitar miałem wtedy w telefonie, słuchałem więc. Ja chyba rozumiem, o czym jest ta piosenka i od niedawna nawet wiem, w jakich ponurych okolicznościach powstała, ale mimo to (a może właśnie dlatego) nie przygnębia mnie ona ani trochę, a wręcz przeciwnie – bardzo uspokaja. No bo przecież wszystko będzie dobrze, w co łatwo uwierzyć, kiedy się patrzy na te chmury, drzewa, ludzi, domy, paproch w oku, Układ Słoneczny, a w nim wszystko równo i miarowo, wiosna, lato, jesień, zima, wschody i zachody, dom, przedszkole, praca, szpital, dom, dwadzieścia cztery godziny, wszystko będzie dobrze, stara Ziemia mnie niesie, rytm dobowy mnie kołysze.

A miesiąc później podobne chmury z tym samym podkładem muzycznym oglądałem z okna pociągu i było tak samo, tylko bardziej, bo dodatkowo Tanie Linie Kolejowe mnie kołysały. Dwóch nas tylko było w przedziale, ja i pewien pan profesjonalnie przygotowany do podróży, który jak tylko się przywitał, to położył plecak pod głową, wsadził stopery w uszy, założył opaskę na oczy i odpadł na trzy godziny. I tak leżeliśmy wyciągnięci wygodnie na przeciwległych kanapach, wiezieni tam, gdzie należało nas dostarczyć, a chmury przewalały się nad nami, nad polami, domami z pustaka, kwitnącymi bzami i rzepakiem.

Ogólnie zatem zachęcam do jeżdżenia pociągiem oraz, przede wszystkim, do częstego spoglądania w niebo. Na cumulusy i cirrostratusy, wschody i zachody, pełnie i nowie. Nie ma co tego odkładać na później, bo choć oczywiście one były, są i będą, to Wy nie.

A jak akurat naprawdę nie macie jak spojrzeć, bo Wam budownictwo wielorodzinne zasłania albo akurat siedzicie w kubiku i wyrabiacie PKB, to przynajmniej obejrzyjcie i posłuchajcie:

Post Navigation

%d bloggers like this: