(kom)postownia

Posty rzucane na kupę

Archive for the category “zgrywam erudytę”

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Cz. I. Ortografia.

Nie no, świetny, kurwa, pomysł! Piszmy raz h, raz ch, raz u, raz ó, raz ż, raz rz, ale wymawiajmy tak samo! Co za geniusz jebany to wymyślił?! I nie mów mi, proszę, że to tradycja. Nie ma takiego imienia Tradycja. Tradycyjnie to się te głoski różniły w wymowie i wtedy to wszystko jakiś sens miało. A dzisiaj nawet już “h” pozostało dźwięczne jedynie w ustach  najstarszych osobników, pamiętających przedwojenne gimnazjum (takie z greką i łaciną, bez gimbusa). No bo wiecie, generalnie jest taka zasada, że jak coś było kiedyś ważne, fajne i potrzebne, a dzisiaj tylko zawadza, to się to odstawia do szklanej gablotki albo robi z tego ikonkę “save” na komputerze. I ja bym polecał tę procedurę również w omawianym przypadku. Moskale, na przykład, jak sobie zrobili rewolucję, to od razu wywalili z alfabetu cztery znaki i jakoś to przeżyli. To znaczy nie wszyscy, bo łagry, czystki i tak dalej, ale to nie przez ortografię przecież.

No więc my też moglibyśmy się ogarnąć i wypieprzyć w diabły to “rz”, “ó” i “ch”. Ale nie! Siedzą dzieci w szkołach i wkuwają, że korzeń, bo kora, grządka, bo grabie, półka, bo położyć i groch, bo psiont groszy. I niektórym (mnie na przykład) to do głowy wchodzi łatwo, a innym wręcz przeciwnie, bo akurat tak mają, że ortoneuronki nie stykają i niczyja to wina. No ale przecież ko-ko-ko gdak-gdak szkoła nie może wypuścić absolwenta, który ortografii gdak-gdak nie przyswoił! Bo jak by on sobie potem w dorosłym życiu poradził? Jeszcze by został mechanikiem i komuś naprawił samohud albo jako programista napisał órzyteczny program na kompóteże! I co by to było?

Odpowiadam: nic by, kurwa, nie było. Dajcie dzieciakowi spokój z tymi dyktandami, niech się w tym czasie czegoś pożytecznego nauczy. Załatwiania spraw w urzędzie, na przykład. Albo jak ogarnąć zmianę dętki w rowerze, bo teraz, kiedy się ciepło zrobiło, to znowu widzę, że pół miasta jeździ z bieżnikiem tył na przód.

Od przeciwników radykalnego uproszczenia ortografii od lat słyszę te same dwa argumenty. Państwo pozwolą, że je przytoczę i się odniosę.

Argument 1. Przyzwyczajenie. “Nie wyobrażam sobie, żeby pisać koham albo żułty. Jak to w ogóle wygląda! Jak na to patrzę, to robi mi się niedobrze!”.

Szanuję twoje zdanie, ale weź się odpierdol. Dzieci nie po to się uczą pisać, żeby tobie się podobało. Mi się na przykład nie podoba słowo “pieczywo”, mlaskanie w autobusach i twoje namalowane brwi na profilowym, ale nie robię z tego zagadnienia. I daj spokój z tym przyzwyczajaniem się. Ja na przykład od dziecka byłem przyzwyczajony, że wszyscy mi dmuchają dymem w twarz, a psy srają na chodniki. Ale potem nagle okazało się, że jednak ludzi to trochę uwiera i może by tak przestać.

Argument 2. “Ej, ale to by znaczyło, że przez tyle lat zakuwaliśmy nadaremnie!”. No, znaczyłoby. I co, tylko dlatego kolejne pokolenia też mają zakuwać bez sensu? Bardzo mi się podobało, kiedy dawno temu w internetach ktoś zapytał wprost, po co nam właściwie ta cała ortografia. No i była lekka konsternacja, ale jakiś kozak uratował sytuację, odpisując “Po to, żeby się pozytywnie odróżniać od tych, którzy jej nie znają”.

Gościu, urzekła mnie twoja historia. Czyli jak ktoś zapisuje ci adres, że na przykład mieszka na ul. Żymowskiego 11 m. 26, to ty jesteś lepszy, bo wiesz, że powinno być Rzymowskiego? To ja ci, chłopie, serdecznie gratuluję. Aż normalnie specjalnie dla ciebie zatoczę w kompozycji tego posta pełne koło i powtórzę to, co w pierwszym zdaniu, czyli że nie no, kurwa, świetny pomysł! Rozbudujmy go! Zróbmy na przykład taką zasadę, że trzeba podawać imię tego Rzymowskiego. I daty życia. I numer domu w systemie dwójkowym. I jak ten cienias nie napisze bezbłędnie, że mieszka na ul. Wincentego Rzymowskiego (1883-1950) 1011 m. 11010, to już wiemy co o nim myśleć.

Ale nie zrozumcie mnie źle. Ja kocham nasz język i te wszystkie popierdolone przypadki i stopniowania, rodzaje męskie, żeńskie i nijakie, pszenice i pszczoły, skuwki i zasuwki, ja mełłem, ty mełłeś, on/ona/ono też, rzeżucha i gżegżółka, ale to powinna być, kurwa, zabawa dla koneserów! Zwykłemu człowiekowi to do niczego niepotrzebne, tylko mu samoocenę miażdży, kiedy dziecięciem będąc pisze zajebistą rozprawkę o etosie szlacheckim w Panu Tadeuszu, ale wykłada się na pasie słóckimi i rzópanie, przez co otrzymuje dostateczną mniej.

Bo może niech wystarczy, żeby ten absolwent rozumiał, co mówi i pisze? Żeby wiedział na przykład, że nie ma czegoś takiego jak najmniejsza linia oporu. Albo rozumiał, że języczek jest u wagi i z uwagą nie ma to nic wspólnego. Albo że jak masz coś na tapecie, to chodzi o tapet, a nie o tapetę? Bo tak sobie myślę, że dobrze jest wiedzieć, skąd się dane sformułowanie wzięło i co właściwie oznacza. Na przykład jest taka inicjatywa, żeby nie brać w knajpach słomek do napojów, bo one się nie rozkładają w przyrodzie i bardzo szkodzą na środowisko naturalne. I hasło tej inicjatywy brzmi “Don’t SUCK”. I to jest hahaha śmieszny żart językowy, ale zdaje się, że twórcy sloganu nie zastanowili się, skąd się wziął pejoratywny wydźwięk słowa “suck”. No chyba, że to było zamierzone i ich następne hasło będzie brzmieć “Nie bądź pedał, sortuj śmieci”.

Kompucerz

Jennifer_LawrenceDo odwracania uwagi podobno najlepiej nadają się ładnie panie w ładnej odzieży, najlepiej czerwonej. Taka odwracaczka uwagi jest mi dziś bardzo potrzebna, bo próbuję właśnie zastosować tzw. technikę kanapki. Chodzi w niej o to, że między dwiema treściami przyjemnymi staramy się ukryć treść mniej przyjemną. Kolega Marcin tłumaczył mi to na przykładzie następującej wypowiedzi: “To niezwykle sympatyczny człowiek i choć straszliwie cuchnie mu z ust, to jest bardzo punktualny”.

W dzisiejszym wpisie będzie podobnie: zaczęliśmy od zdjęcia Jennifer Lawrence (apetyczny rumiany chlebek górny), dzięki czemu nawet nie zauważycie kolejnej odsłony moich rozważań językowych (będących, według niektórych, metaforyczną nadpsutą wędliną, zwiędłą sałatą i serem już w sumie pleśniowym), a na koniec pokażę fotki Brada Pitta i marszałka Józefa Piłsudskiego (w roli sycącego chleba spodniego). Słowem: zapowiada się wesoła i pożywna przygoda.

Ruszmy zatem, jak to mówi młodzież, tę wędlinę.

Otóż. Wielu ludzi marudzi, że za bardzo nam się w polszczyźnie panoszy angielszczyzna. Na przykład wtedy, kiedy robi się epicki fuckup w związku z deadline’em na case report, a ty akurat musisz ASAP do kibla i szukasz smartfona, bo tylko scrollowanie zapewnia ci płynne wypróżnianie.

Marudzić na angielskie wtręty oczywiście można, ale fakty są takie, że żywy język ciągle potrzebuje nowych słów, a ich naturalnym źródłem są inne języki. I tyle. Reszta to kwestia estetyki. Ja na przykład uwielbiam te wszystkie odniemieckie fukszwance, laubzegi i heble, choć oczywiście płatnica, piła kabłąkowa i strug to też piękne słowa. Kabłąkowa. Powtórzcie kilka razy, a usłyszycie, że nawet samo słowo się wygina.

Można też oczywiście iść w zaparte i wymyślać polskie odpowiedniki wszystkich nowych słów. Tyle, że potem często okazuje się, że nikt ich nie używa. No bo szczerze: w sklepie prosicie o smaczliwkę wdzięczną czy o awokado? Sadzicie w ogrodzie żywotniki czy tuje? Podłączacie sobie trasownik czy router? I tak dalej.

Dużo bardziej podoba mi się spolszczanie obcych słów. Kiedyś to była reguła. Z niemieckiego ‘ritter’ zrobiliśmy sobie polsko brzmiącego rycerza, turecki ‘kontos’ przerobiliśmy na kontusz, a łaciński ‘pater (noster)’ uczyniliśmy pacierzem. Bardzo by mi się podobało, gdybyśmy dzisiaj postępowali podobnie i gdybyście czytali właśnie moją pość napisaną na kompucerzu.

Dodać należy, że wielu naszych sąsiadów stosuje tę metodę całkiem na poważnie. Nie powstrzymują się nawet przed nadawaniem swojsko brzmiącej formy obcym nazwiskom czy nazwom geograficznym. Dla Łotysza pani ze zdjęcia powyżej to Dženifere Lorensa, Litwin doda, że urodziła się ona w Luisvilyje, Kentukyje, a Słowak powie, że “Oscara a Zlatý glóbus za najlepší ženský výkon získala Jennifer Lawrenceová”. Swoją drogą film, za który dostała te nagrody, nosi na Słowacji niezwykle intrygujący dla polskiego widza tytuł “Terapia láskou”.

I właściwie to tyle w dzisiejszym kąciku językowym. Na koniec, zgodnie z obietnicą, Juzefas Pilsudskis (Litwini nie mają “ó”) oraz Brad Pitt, znany czeskiej publiczności chociażby z kultowego filmu “Klub bitkárov”.

Pilsudski_Pitt

Słowniczek okolicznościowy

Przed wyborami zawsze obserwujemy wzmożone zainteresowanie tematami okołoprokreacyjnymi. Dzieje się tak chyba dlatego, że siły polityczne rozpaczliwie próbują wmówić wyborcom i sobie samym, że są między nimi jakieś znaczące różnice programowe albo chociaż ideowe. I wychodzi zwykle na to, że te różnice lokują się, nie wiedzieć czemu, poniżej pasa. Wobec czego na tej wysokości mniej więcej toczy się dyskusja. Staram się jej w miarę możliwości przysłuchiwać, gdyż wysoko cenię sobie prokreację i żywo się nią interesuję. Ale kiedy tak słucham, to z reguły nie rozumiem nic. To znaczy rozumiem, ale inaczej. Mniej więcej tak, jak to opisałem w poniższym słowniczku okolicznościowym. Nie wiem zresztą, czy to dobra nazwa. Generalnie słowniki po to definiują słowa, żeby ludziom łatwiej było się dogadać. A ja w swoim mam głównie definicje, przez które dogadać się nie mogę.

POCZĘCIE – takie ładne słowo na zapłodnienie, czyli połączenie komórki jajowej z plemnikiem. W ten sposób powstaje zygotka z podwójnym kompletem chromosomów oraz niezbywalną godnością. W trakcie, gdy czytasz to zadnie, gdzieś na świecie trzy osoby zdążyły powiedzieć komuś, że od momentu poczęcia człowiek jest osobą ludzką, a jego życie podlega ochronie. Problematyczne jest natomiast to, że terminem “poczęcie” określa się również piękny wspólny akt kobiety i mężczyzny, w wyniku którego powstaje owo nowe życie. Przykładowo Stefan Hipotetyczny lubi sobie wspominać, jak to z żoną poczęli swoje dziecko na pięknej dzikiej plaży w promieniach zachodzącego słońca. Ale przecież ustaliliśmy, że poczęcie = zapłodnienie i dochodzi do niego, o ile pamiętam, od kilku godzin do dwóch dni po stosunku. Więc sorry, Stefanie, twoje dziecko zostało prawdopodobnie poczęte na krzesełku w smażalni, podczas gdy ty byłeś w toalecie, próbując pozbyć się tego cholernego piasku ze strefy intymnej.

CIĄŻA – takie coś, które kończy się w momencie porodu, ale nie ma zgody, kiedy się zaczyna. Z fizjologicznego punktu widzenia przyjęło się mówić o rozpoczęciu ciąży w momencie zagnieżdżenia się zarodka w ścianie macicy, bo wtedy dopiero organizm się orientuje, że ktoś nowy się dosiadł i odpala stosowne procedury. Ale ponieważ przy takiej definicji pozbycie się niezagnieżdżonego zarodka za pomocą tabletki “dzień po” nie jest formalnie przerwaniem ciąży, to coraz częściej słyszę, że ciąża zaczyna się w momencie zapłodnienia, poczęciem zwanego. Według ginekologów natomiast ciąża rozpoczyna się dwa tygodnie przed zapłodnieniem. A to dlatego, że ginekolodzy są praktykami-pragmatykami, którzy mają na te filozoficzno-etyczne spory wyjebane i liczą tak, jak im najwygodniej, czyli od ostatniej miesiączki. Więc jeśli usłyszysz, że żona jest w szóstym tygodniu ciąży, mimo że ty wróciłeś z kontraktu w Helsinkach ledwie cztery tygodnie temu, to nadal jest szansa, że to twoje dziecko. A udanego Sylwestra powinniśmy gratulować rodzicom osób urodzonych w połowie września, a nie 1 października.

PRAWO NATURALNE – tu już jestem całkiem głupi. Być może dlatego, że dla mnie “naturalny” oznacza “występujący w naturze”. Czyli przykładem prawa naturalnego jest według mnie, np. prawo powszechnego ciążenia. A jeśli chodzi o obiekty o bardziej skomplikowanych zachowaniach niż spadające jabłka, na przykład ludzi i inne zwierzęta, to wedle mojej wiedzy prawo naturalne brzmi “przeżyj i wydaj płodne potomstwo, bo inaczej nic po tobie nie zostanie”. I chyba nie ma tam pod spodem już nic więcej drobnym drukiem. Zatem taki przykładowy jenot Zygmunt ma prawo zjeść wszystko, co zdoła ukatrupić, wychędożyć wszystko, co przed nim nie ucieknie i lać w mordę każdego, kto mu będzie chciał w jednym lub drugim przeszkodzić. Tylko nie powinien być zaskoczony, jeśli to jego ktoś dogoni i, w najlepszym wypadku, zeżre.
O ileż bardziej skomplikowane jest zatem życie przykładowego inż. Zygmunta Jenota, który za to, co je, uiszcza opłatę zawierającą VAT, a chędożyć zdarza mu się wyłącznie osobę pełnoletnią, za obopólną zgodą i to tylko wtedy, gdy mąż tej osoby przebywa na kontrakcie w Helsinkach. I nie chodzi o to, że uważam, że życie jenota Zygmunta jest lepsze od życia inż. Zygmunta Jenota albo na odwrót. Po prostu za każdym razem, kiedy słyszę, że prawo stanowione powinno opierać się na prawie naturalnym, to robi mi się nieswojo, bo kły i pazury mam w zaniku. Futro ostatnimi laty też.

TOLERANCJA – pozwalanie na coś, nawet jeśli uważamy, że to nie jest OK.
AKCEPTACJA – uważanie, że to coś jest OK.
To naprawdę jest takie proste!
Ale ludzie mylą nagminnie, więc na wszelki wypadek objaśnię za pomocą pouczającego przykładu. Hipotetyczna żona hipotetycznego Witka Grabowskiego popala sobie papierosy. Witek uważa, że to niemądre bardzo i przy każdej okazji nikotynową słabość żony głośno krytykuje. No ale to w końcu dorosła kobieta, nie będzie jej zabraniał przecież, niech sobie pali. Byle nie w domu, bo będzie śmierdzieć, a dzieciom zostaną naruszone prawa dziecka. Innymi słowy: Witek nie akceptuje palenia żony poza domem, ale je toleruje. W domu natomiast go nie toleruje.

Więc błagam Was, Rodacy! Nie jęczcie, że ktoś jest nietolerancyjny tylko dlatego, że głośno krytykuje Wasze poglądy, dietę, religię, preferencje seksualne czy sympatie polityczne!

A poza tym, kto w ogóle powiedział, że tolerancja to jest dobra rzecz? Jak myślę o przemocy (czy ogólniej: krzywdzie) to widzę jednego, który bije, i pięciu, którzy to tolerują. Ale do tego tematu jakoś nikt nie ma odwagi przymierzyć się ani w kampanii, ani po wygranych wyborach.

O ikonie i polonie

Zacząłem ostatnio trochę podczytywać. Na początek nie za dużo, żeby nie było szoku dla organizmu, ot, tam coś czasem w autobusie. A ponieważ jestem zbyt młody i zbyt pełnosprawny, a po historii z dziadkiem, również zbyt empatyczny, żeby zajmować miejsca siedzące, to jedną rękę mam zawsze zajętą trzymaniem autobusu za drążek. Stwarza to konieczność przekładania kartek wyłącznie drugą ręką, co zdecydowanie łatwiejsze jest w przypadku czytnika niż książki papierowej. Wożę zatem ze sobą kindla i było mi z tym przez dłuższy czas bardzo sympatycznie, dopóki nie okazało się, że wszystko, co miałem na niego załadowane, zdążyłem przeczytać bądź oznaczyć jako “nieczytalne” (to drugie zdecydowanie częściej, co świadczy o tym, jakim jestem typem czytelnika).

Żyję oszczędnie, więc pomyślałem, że po co przepłacać, jak można wejść na wolnelektury.pl i zassać jakąś wartościową klasykę za zero złotych. Wszedłem, przeczesałem katalog i znalazłem tylko jedną interesującą mnie rzecz, co ponownie wskazuje, jakim jestem typem czytelnika.

Było to dzieło naszej noblistki, ale nie Wisławy, tylko najjaśniej nam promieniującej noblistki podwójnej Marii Kiriskłodowskiej-Skłodowskiejkiri. Wcale się nie nabijam. Ja do pani Marii mam szacunek ogromny, a do Narodu pewien żal o to, że czci ją za mało. Dlaczego feministki (dowolnie zdefiniowane) nie noszą na koszulkach jej podobizny wydrukowanej a la Che Guevara? Dlaczego w mieście moim rodzinno-stołecznym noblistka ma ulicę króciusieńką i tak mizerną, że 10 lat po niej chodziłem, nie zauważając, że to w ogóle ulica, bo myślałem, że po prostu parking? Dlaczego przed denominacją pani Maria dostała akurat banknot 20 000 zł, który z nieznanych mi przyczyn później wycofano? O obecnych banknotach to już w ogóle nic nie powiem, bo tam sami królowie (i jeden książę), którzy – jak to królowie – ciągle tylko wojny-srojny i nic nigdy nie odkryli ani nie wynaleźli. Jak dla mnie, to panteon wybitnych Polek i Polaków właśnie od Skłodowskiej-Curie się zaczyna i jeśli już koniecznie jakaś Maria musi być królową Polski, to uprzejmie proszę o rozważenie jej kandydatury.

Ale wróćmy do książki, która nosi wdzięczny tytuł O badaniu ciał radioaktywnych i jest po prostu rozprawą doktorską Marii Skłodowskiej-Curie. Składa się właściwie wyłącznie ze szczegółowych protokołów, jak wyciągnąć ociupinkę radu z 10 ton blendy smolistej, opisów właściwości nowo odkrytych pierwiastków, charakterystyki tajemniczych promieni, które z nich wylatują i opisów nowych urządzeń pomiarowych, które państwo Curie musieli wymyślić i zbudować, żeby zmierzyć nowe cechy nowych pierwiastków, które odkryli. Trafiają się też takie fragmenty: W jednym z doświadczeń p. Curie położył sobie na ramieniu preparat względnie słabo promieniotwórczy i przetrzymał go w ciągu 10 godzin. Zaczerwienienie ukazało się prawie natychmiastowo; nieco później ukazała się rana, która goiła się przez 4 miesiące.
I na tej próbie p. Curie nie poprzestał, dodajmy.

Bardzo mi się ta książka podoba, co chyba już ostatecznie przesądza, jakim typem czytelnika jestem. Jej lektura daje rzadką możliwość wglądu w warsztat pracy osób wybitnych, bez całego tego patosu, aureolki i sensacji, którą można znaleźć w książkach biograficznych. No i absolutnie cudowny jest ten archaiczny fizykochemiczny język, którym całość napisano. Pod jego wpływem nie pakuję już kanapek w folię aluminiową, tylko “owijam je cienką blaszką glinową”.

A piszę to wszystko, bo dzisiaj trochę sprzątałem i trafiłem na taką oto wycinankę sprzed paru lat:

Polka z dyplomem min

To był mój pomysł, jak zostać znanym rysownikiem, nie umiejąc rysować. Moje wycinanki miały trafić do sieci i zachwycić miliony. Była już nawet nazwa – Cięta riposta. Ale skończyło się na tej jednej radowo-kontentowej ilustracji, która ujrzała światło dzienne dopiero po latach, czyli dzisiaj.

Grudzień z Nietuzinkową Książką 2014

Tydzień temu minął rok, odkąd napisałem pierwszego kompostownianego posta. Bloga jeszcze wtedy (i przez kilka kolejnych miesięcy) nie było, a wpis pojawił się po prostu u mnie na fejsie. Ale jeśli coś uznawać za początek Kompostowni, to chyba właśnie to.

Obchody tego radosnego jubileuszu zorganizowałem sobie, zgodnie z panującą obecnie w kraju modą, w duchu rekonstrukcji historycznej. W moim wypadku oznaczało to oczywiście wycieczkę pod witrynę księgarni “Naszego Dziennika”. A com przeżył i co widział, wpis ten wszystko Wam opowie. Innymi słowy: tak, zaczynam się powtarzać. Albo może umówmy się, że to będzie taki cykl: Grudzień z Nietuzinkową Książką.

Stoję zatem pod witryną, do środka nie wchodzę, bo z jedzeniem nie wypada. Patrzę. A w witrynie już na dzień dobry miłe zaskoczenie: cała półka z tak zwanymi “pisarzami polskojęzycznymi”. Wiele tego, co prawda, nie było: dwa Tuwimy i jeden Brzechwa (albo na odwrót), ale, mimo wszystko, osobna półka. I wcale nie “osobna półka dla Żydów” w sensie pejoratywnym, tylko osobna półka na honorowym miejscu. Przyznam, że nie podejrzewałem “Naszego Dziennika” o taki filosemityzm. Nie wiem, może to był jakiś gest symboliczny, a może po prostu z klasyków poezji dziecięcej pozostali już tylko ci dwaj, od kiedy Konopnicka okazała się przebrzydłą lesbijką (lub, jak ujęła to niezawodna polska Wikipedia, “według badaczy nurtu gender i queer przez dwadzieścia lat artystki [Konopnicka i Dulębianka] były partnerkami życiowymi”). No ale żarty żartami, a ja naprawdę się cieszę, że dzieci naszdziennikowych rodziców będą mogły w tym roku znaleźć pod choinką wesołą kokoszkę, zwariowaną troszkę, mały pstryczek-elektryczek oraz ciężką, ogromną i potem spływającą lokomotywę. Bo im się to po prostu należy.

Dalsze oględziny witryny wykazały, że rzeczone dzieci mogą dostać też zestaw planszówek Boska gra + Misyjna gra:
gra_misyjnaoraz książeczkę Zabawy biblijne w wyraźnie zdefiniowanej wersji dla dziewcząt lub dla chłopców:
zabawy_biblijne
No i w sumie OK, trzeba grafikom pogratulować niewinności i czystości myśli, skoro najwyraźniej ani te golaski oddające się zabawom biblijnym po krzakach źle im się nie skojarzyły, ani ten poczciwy dziadunio misjonarz, tulący do piersi dwóch rozkosznych urwipołciów, nie przywołał na myśl Dominikany. Ja już inaczej patrzeć na to nie mogę, w czym niemała zasługa umiarkowanie wyrafinowanych antyklerykałów internetowych i jeszcze większa –  samego Kościoła. I to smutne jest właściwie, bo czuję się z tym trochę jak ów nieszczęśnik, któremu torebka Teletubisia też się kojarzyła.

Ale porzućmy smutki, porzućmy troski. Lada chwila co poniektórym rodzi się Zbawiciel i trzeba nakupić z tej okazji prezentów. Co dorosłym nabyć można w tej księgarni, zapytacie. Plan Daniela, odpowiem.

plan_Daniela
“Dieta prosto z Biblii”. No, strzał z grubej rury, przyznacie. To może ja wyjaśnię o co chodzi. W Księdze Daniela opisane jest, jak słynny babiloński niecnota imieniem Nabuchodonozor po udanym podboju wziął sobie jeńców spośród szlachetnie urodzonych młodzieńców żydowskich (w tym Daniela), żeby zrobić z nich ekskluzywną służbę pałacową i szpanować przed innymi biblijnymi villainami. Ledwie ich przywieziono do pałacu i przydzielono nadzorcę, a już doszło do napięć na tle kulturowym, bo żydowskie chłopaki nie chciały jeść niekoszernej kuchni królewskiej. Jak to usłyszał nadzorca, zafrasował się okrutnie, że mu jeńcy z głodu zmizernieją i król będzie niekontent, że taką niewyjściową służbę pałacową ma. A dalej, według Biblii Tysiąclecia, było tak:

Daniel zaś powiedział do strażnika, którego ustanowił nadzorca służby dworskiej nad Danielem, Chananiaszem, Miszaelem i Azariaszem: ”Poddaj sługi twoje dziesięciodniowej próbie: niech nam dają jarzyny do jedzenia i wodę do picia. Wtedy zobaczysz, jak my wyglądamy, a jak wyglądają młodzieńcy jedzący potrawy królewskie i postąpisz ze swoimi sługami według tego, co widziałeś”.
Przystał na to żądanie i poddał ich dziesięciodniowej próbie.
A po upływie dziesięciu dni wygląd ich był lepszy i zdrowszy niż innych młodzieńców, którzy spożywali potrawy królewskie.
(Dn 1,11-15)

I ten oto fragment, proszę państwa, leży u podstaw “diety biblijnej”. Jej zwolennicy najwyraźniej zakładają, że pozostałe dane przez Boga instrukcje, mówiące o tym, co wolno jeść, a czego nie i wymagające np. sprawdzania, czy potencjalny brunch jest przeżuwaczem oraz czy jego racica jest rozszczepiona, to tylko taki Boży żarcik. Właściwy przekaz dietetyczny brzmi “jarzyny i woda”, a ukryty jest w niepozornej historii o paru żydowskich młodzianach w trudnej sytuacji żywieniowej. Logika bardzo.

Logiczne jest też, że jeden z autorów, doktor Daniel Amen (podobno to jego prawdziwe personalia, więc chyba od urodzenia był naznaczony do napisania takiej książki), mimo opracowania diety, która dostarcza wszystkiego, ma wielki internetowy sklep z suplementami, dzięki którym dostarczycie sobie jeszcze więcej. I twierdzi, że niektóre z jego specyfików pomagają na Alzheimera.

Ale to przecież nie jedyny opisany w Biblii plan żywieniowy. Myślę, że przy odrobinie wysiłku dałoby się wypromować “dietę Jana Chrzciciela”. Szarańcza i miód leśny – to nie może nie chwycić. Białko z owadów jest przyszłością głodującej ludzkości, a o dobroczynnym działaniu miodu wie każde dziecko. W przychodni, w której ostatnio robiłem badania okresowe, stał nawet pan sprzedający różne miody ze szczegółowymi opisami, który gatunek leczy płuca, a który wątrobę. I może najtańszy ten miód nie był, ale słoik dostawało się znacznie szybciej niż numerek do lekarza.

Następnym razem może spotkam tam bioenergoterapeutę.

No dobrze, ale żeby zakończyć te biblijno-kulinarne rozważania jakimś pozytywnym akcentem i pokazać jednak coś, co rzeczywiście nadaje się na fajny prezent, prezentuję tę oto torbę, do której, według opisu producenta, “wejdzie 5 bochenków i kilka rybek, które warto mieć pod ręką w gotowości na cud”.

5-chlebow-2-ryby
A od siebie dodam, że fajnie i miłosiernie byłoby, gdyby te ryby to nie były żywe karpie.

I to chyba jedyne zalecenie żywieniowe, które czuję się upoważniony dawać Wam przed Świętami. No może poza jeszcze jednym cytatem z Biblii, który całkiem dobrze podsumowuje moje przekonania dietetyczne. W Księdze Powtórzonego Prawa napisane jest bowiem:

Nie będziecie jedli nic obrzydliwego.
(Pwt 14,3)

I tego się trzymajmy.

Słowa i wykresy – fundament pożywnego posta

Ostatnio prawie w ogóle nie czytam książek. Jakiś czas temu zdarzało mi się to jeszcze w autobusie, ale potem zacząłem drukować sobie na drogę różne materiały z pracy. Teraz nimi głównie się zaprzątam w środkach komunikacji, a współpasażerowie, o ile umieją czytać z ruchu warg, widzą, jak bardzo mnie to niekiedy porusza. Literatury jako takiej czytam natomiast mało. Dużo mniej niż przystoi szanującemu się wykształciuchowi.

I pewnie po części dlatego właśnie zainteresowałem się Ngram Viewerem czyli guglowym narzędziem do grzebania w milionach książek, których się nie czytało. A po drugiej, sporo większej, części z pewnością dlatego, że to narzędzie robi wykresy. A ja kocham wykresy.

I w związku z tym dzisiaj będzie dużo wykresów. Kto się brzydzi, niech ucieka.

Link do Ngram Viewera jest tutaj: https://books.google.com/ngrams/, a do TEDtalku, w którym objaśnione jest o co cho – tutaj: http://www.ted.com/talks/what_we_learned_from_5_million_books.

W skrócie: Google wziął i zdigitalizował 5 mln książek z lat 1800-2000. I teraz bierzesz Pan jakieś słowo, wpisujesz i dostajesz wykres częstości jego występowania w książkach na przestrzeni dwóch wieków. Chodzi tylko o książki wydane po angielsku, ale cześć z nich to przekłady z innych języków i nawet można sobie zaznaczyć, że chce się szukać tylko w literaturze rosyjskiej albo niemieckiej. Ale nie polecam. Wykresy robią się wtedy dziwne jakieś, chyba mieli za mało danych. Dziwne robią się też, kiedy rozszerzy się kryteria wyszukiwania poza rok 2000.

No dobra, ale do czego to się może przydać? W sumie nie wiem. Mi się przydało do napisania posta na Kompostownię.

Zabawka przypomina trochę statystyki z wyszukiwarek internetowych, a one zawsze mi się podobały. Na przykład kiedyś przeczytałem, że najczęściej wyszukiwanym przez Polaków mężczyzną był Jan Paweł II, a najczęściej wyszukiwaną kobietą – Doda. Było to już bardzo dawno temu, w czasach kiedy on nie był jeszcze świętym, a ona ciągle dookreślała się przydomkiem “Elektroda” i była, jeśli nie sensacją, to przynajmniej nowością. No i patrząc na takie wyniki można sobie podyskutować o wzorcach kobiecych i męskich albo można spróbować odkryć receptę na popularność w internetach. Z zamieszczonych przykładów wynikałoby, że trzeba mieć wysokie IQ i robić występy przed wielotysięczną publicznością, podczas których zwykle się śpiewa, choć w sumie nie dla śpiewu publiczność przychodzi.

Ale, jako się rzekło, Ngram Viewer nie skupia się na mediach, tylko na książkach. A to różnica zasadnicza. Przeczesując, na przykład, stare gazety, sprawdzamy, o czym w danym momencie się mówiło, jakie tematy były gorące. Zaglądając do książek, dowiadujemy się, co dla ludzi było w danym okresie naprawdę ważne. Tak sobie przynajmniej założyłem. I zacząłem sprawdzać, jak to się te priorytety zmieniały przez wieki.

Wnioskiem pierwszym Was nie zaskoczę: praktycznie nic nie pisano o rzeczach jeszcze niewynalezionych czy nieodkrytych. Mimo że dzisiaj sporo można przeczytać chociażby o teleportacji, podróżach w czasie czy drugiej linii warszawskiego metra, to dawniej najwyraźniej zachowywano większą dyscyplinę. Na przykład o telefonie nikt nie wspominał przed jego wynalezieniem w 1876 r. Potem słowo to pojawiało się coraz częściej i częściej, aż do momentu, kiedy telefon zaczął ustępować miejsca kolejnemu wynalazkowi, który po polsku należałoby chyba nazwać “fonem”.

ngrams_telefon

Postęp i marsz ku lepszemu jutru (bez ironii to piszę) możemy zaobserwować, sprawdzając takie słowa, jak “transplantacja” czy “antybiotyk”.

ngrams_antibio

Ale żeby nie było zbyt optymistycznie, warto dla równowagi zdać sobie sprawę, że astrologia ma się nieustająco świetnie, a homeopatia przeżywa wręcz drugą młodość.

ngrams_homeo

Są też oczywiście rzeczy, które istniały od zawsze, ale jakoś się o nich nie pisało. Taka czynność jak “fuck”, chociażby. Choć praktykowana z pokolenia na pokolenie, do mainstreamu przebiła się dopiero na fali rewolucji seksualnej lat 60.

ngrams_fuck

Co bystrzejsi zauważą na wykresie, że w literaturze sporo fuckami rzucano też przed 1820 r. i spytają zapewne: jakże to? Nie umiałbym odpowiedzieć, gdyby nie dodatkowa opcja w Ngram Viewerze, a mianowicie możliwość zajrzenia do wybranych publikacji z określonego okresu, zawierających szukane słowo. Okazuje się, że za fucki z czasów Napoleona odpowiada dziewiętnastowieczne “s” przypominające w druku dzisiejsze “f”, co skutecznie myliło współczesne skanery tekstu (o czym zresztą jest mowa w podlinkowanym wyżej TEDtalku). Nie chodzi zatem wcale o “fuck” tylko o “suck”. Tym, którym nadal się kojarzy, powiem: a fe, chodzi przecież o ssanie (ffanie) mleka. I dlatego w dziewiętnastowiecznym podręczniku hodowcy owiec możemy znaleźć wzmiankę o tym, że “older lambf will ftill fuck unleff they have good pafturef” (“ftarfze jagnięta nadal ffą, chyba że mają dobre paftwifka”). A w książce poświęconej opiece nad niemowlętami kobieta, która nie przystawia dziecka do piersi określona jest jako taka, która “doef not give a fuck”.

Przyznam, że ta niezamierzona gra słów mnie zainspirowała i chciałbym niniejszym zaproponować hasło wyrażające sprzeciw wobec terroru laktacyjnego:

I DON’T GIVE A SUCK WHAT YOU THINK!

Nie wiem, czy się przyjmie, ale jaką ma ładną podbudowę literacko-historyczną.

Słowom jednak z biegiem lat zmieniają się nie tylko literki, ale i znaczenia. W latach 30. problemem była ogarniająca wszystkich Great Depression czyli Wielki Kryzys. Dzisiaj swoją walkę z depresją każdy toczy indywidualnie. Chwila oddechu między jednym a drugim była tylko na przełomie lat 60. i 70. Ale to nie jest przecież blog o narkotykach, więc przemilczmy tę kwestię.

ngrams_depression

Ubawił mnie też kolejny przykład mojego ulubionego zjawiska językowego, czyli zaklinania rzeczywistości. Niebezpieczeństwo kontra ryzyko. Pierwsze grozi, czyha, czai się. Drugie można natomiast oszacować, zminimalizować, a podobno nawet nim zarządzać. Nie należy się zatem dziwić trendowi. Ale świat się od tego bezpieczniejszy nie zrobi.

ngrams_risk

Są jednak słowa, które od zawsze znaczą to samo. Niektóre znaczą coś bardzo ważnego, chociażby: wiara, nadzieja, miłość, żeby tak z grubej rury przywalić. Spodziewałem się, że będą nieustannie na topie. A tu takie coś.

ngrams_love

Co przyszło w to miejsce? Pieniądze? Przyjemność? Rozrywka? Okazuje się, że niespecjalnie. Już nie będę wklejał kolejnych wykresów, uwierzcie na słowo albo sprawdźcie sami, jak macie ochotę. A ja jakoś tak się zafiksowałem, żeby przyłapać nas, współczesnych, na konsumpcjonizmie, że wpisywałem po kolei różne dobra doczesne, aż trafiłem na najbardziej oczywiste: jedzenie. I proszę, wyszło tak:

ngrams_food

Okazuje się, że o jedzeniu nie pisze się najwięcej w czasach dobrobytu. Jedzenie jest na topie w czasie wojny. A już najbardziej wymowny wydaje mi się poniższy wykres, na którym jedzenie okazuje się być lustrzanym odbiciem śmierci.

ngrams_death

Znowu zwróćcie uwagę na obie wojny światowe. Wygląda na to, że im więcej śmierci wokoło, tym mniej chcemy o niej pisać i czytać, a tym bardziej interesuje nas jedzenie. W sumie logiczne. A nawet symboliczne.

I to byłoby właściwie ładne zakończenie, ale trzeba przecież jeszcze sprawdzić siebie.

ngrams_polska

No cóż, nie jest chyba specjalnym zaskoczeniem, że nasz kraj był najbardziej interesujący dla anglojęzycznego świata jako taki fajny płaski teren, po którym wojska różnych mocarstw mogły się ganiać wte i we wte. Aczkolwiek po cichutku miałem nadzieję na jakiś skok w latach 80.

Dobre wieści są natomiast takie, że kompost najwyraźniej przeżywa renesans.

ngrams_compost

I utrzymania tego trendu sobie i Wam życzę.

Post Navigation

%d bloggers like this: